Tekst

piątek, 29 maja 2015

1.6 Wierzę w siebie !

Następnego dnia trenowaliśmy na pobocznych kortach treningowych,zamkniętych dla widowni. Sami. Potrzebowałam skupienia,a poza tym to by się kłóciło z moim planem. Na kortach obok trenowała między innymi Agnieszka Radwańska. Pomachałam w jej stronę,zaś parę kortów od nas,zgodnie z moimi przewidywaniami trenowali Fernando Verdasco,David Ferrer i reszta Hiszpanów,których z daleka nie rozpoznawałam. Podczas rozciągania mięśni ukradkowo zerkałam w jego stronę chcąc sprawdzić czy mnie zauważył. Chyba jednak nie,ale to tylko kwestia czasu. W przerwach między rozgrywanymi piłkami napotkałam jego wzrok. Moje spojrzenie pozostawało jednak obojętne aż do końca treningu. Wiedziałam,że tu przyjdzie prędzej czy później,dlatego zaoferowałam,że pozbieram piłki. Spencer był wyraźnie zdziwiony moja dzisiejsza postawą,ale nie protestował,wręcz przeciwnie był ze mnie zadowolony. Chłopcy tez skończyli trening i teraz rozmawiali na korcie,który leżał najbliżej "mojego".Kątem oka dostrzegłam,że ktoś się do nich zbliża. Odwróciłam głowę i zamarłam,bo oto do swoich przyjaciół dołączał Rafael Nadal. Moja odwaga momentalnie uciekła,pojawiło się widmo kompromitacji.
Idź stąd,idź,proszę!-błagałam go w myślach. Nic z tego. Zaczęłam w panice zbierać pozostałe piłki pragnąc uciec jak najszybciej,zapominając o planie.
Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami. Przełknęłam ślinę. Nici z ucieczki. Zgodnie z planem wrzasnęłam i zaczęłam się wyrywać. Gdy tylko mnie puścił spojrzałam na niego i wrzeszczałam dalej:
-­ Co ty sobie wyobrażasz?!Myślisz,że jak raz cię pocałowałam to masz prawo mnie dotykać?!Ani mi się waż!!
-­ Ale...ja...--­ kajał się zaskoczony.
-­ Żadne ale!Zapomnij,że kiedykolwiek coś ci proponowałam!
Chwyciłam torby i szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia. Nie odważyłam się spojrzeć na pozostałych Hiszpanów,ale słyszałam jak wybuchnęli śmiechem. Serce biło mi szybko ze zdenerwowania. Dałam popis swoich umiejętności aktorskich i w dodatku pozbyłam się "cichego wielbiciela".A przynajmniej miałam taką nadzieję.

*

Gdy po meczu trzeciej rundy z Martinez Sanchez zeszłam z kortu,byłam w euforii. Uważałam ją za swój życiowy sukces,ale nigdy bym nie przypuszczała,ze zajdę aż do finału!W ćwiartce wygrałam z Lucie Safarovą w trzech setach,6:4,6:7,6:4, zaś w półfinale natknęłam się na Anę Ivanovic i nie ukrywam,ze to był trudny sprawdzian mimo pokonania jej 6:4 7:5. A w finale nie kto inny jak mistrzyni Serena Williams. Spencer twierdzi,ze lepiej nie mogłam trafić,bo nadarzy mi się okazja do rewanżu. Nie byłabym tego taka pewna,mimo wszystko ja jestem tylko kwalifikantką a ona numerem jeden na świecie. To sprawia, że odczuwam presję, chociaż wierzę w siebie
Mecz był co prawda o piętnastej,ale Marina i Spencer od rana suszyli mi głowę. W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam im,żeby dali mi spokój,bo i tak nie będę z nimi gadać o tenisie(myślę też,że to przez ta akcję z Fernando,bo po meczu trzeciej rundy Marina znalazła o tym wzmiankę w Internecie i zaczęło się piekło. Chcieli mnie w ten sposób zmusić do myślenia tylko o pracy. Swoją drogą, od tamtej pory Fernando nie odezwał się ani razu).Potrzebowałam w spokoju zebrać myśli,które nie krążyłyby wokół topspinu,woleja i forhendu. Miałam ochotę wybrać się dzisiaj wieczorem na mecz finałowy panów. Może to dziwne,zważywszy na to ze jestem tenisistką, ale nigdy nie byłam na żadnym meczu jako widz!Spojrzeć na tenis z zupełnie innej perspektywy i pozachwycać się Rafaelem Nadalem zmieniającym koszulkę...Zaraz jednak uświadomiłam sobie,że to nie jest dobry pomysł,bo mógłby mnie rozpoznać,a nie chciałam być pamiętana jako "ta,która dała kosza Verdasco" tylko "ta,która doszła do finału w Rzymie" i szybko odrzuciłam od siebie tę myśl. Leżałam w spokoju przez trzy godziny po treningu zatopiona we własnych myślach. Wstałam tylko na lekki obiad o godzinie 13 i zaczęłam zbierać swoje rzeczy. Marina przyniosła mi poprzedniego dnia sukienkę tenisową z Babolatu-odpowiednik mojego czerwonego kompletu,którą dostałam od firmy produkującej moje rakiety. Ostroznie zapięłam na szyi zawieszkę Svarowskiego i ucałowałam ją modląc się by przyniosła mi szczęście. Nigdy przedtem nie odprawiałam takich rytuałów,ale czułam że tym razem nie zaszkodzi. W szatni byłam już o czternastej. Zawsze trzeba było przychodzić wcześniej,żeby potem nie było niespodzianek w postaci opóźnienia meczu z powodu niekompetencji zawodnika. Sereny jeszcze nie było więc udałam się do szatni żeby się trochę rozpakować i powtórzyć w myślach całą taktykę. Byłam niezmierne stremowana.
Kiedy wychodziłam na kort moje ciało stopniowo się rozluźniało. Nie wiem jakim cudem,ale ta presja gdzieś uleciała. Poczułam,że w tym meczu nie mam nic do stracenia:przegram-trudno i tak zaszłam daleko,wygram-też dobrze. To w końcu ona ma odczuwać presję z bycia faworytką,nie ja. Postaram się zrobić wszystko by czuła się z tym niepewnie.

*

Ostatnia piłka. To może być ostatnia piłka .Nie,to wcale nie jest ostatnia. To tylko jedna z wielu. Zagraj ją tak jak dotychczas. To nic wielkiego-szeptały na zmianę głosy w mojej głowie. Miałam wyraźną świadomość tego,iż jest to piłka meczowa i od niej zależy czy wygram. Drżącą ręką posłałam wyrzucający serwis na forhend. Return wpadł tuż poza karem. Taka prosta do skończenia piłka....
I oto nagle do głowy przyszedł mi oryginalny pomysł. Zrobiłam skrót z kończącej. Poszybował trochę wyżej niżbym się spodziewała i tym samym upadł nieco dalej. Na szczęście asekurowała go mocna rotacja i tuż nad ziemią piłka skręciła w stronę korytarza,ale Serena do niej dobiegła i odegrała wolejem,którego przytomnie złapałam i tym samym skończyłam piłkę,wymianę,cały gem,set i mecz 2:6,6:4,7:5.Zamknęłam oczy gdy do mnie to doszło i podniosłam dłonie w geście tryumfu. Przy siatce Serena uśmiechnęła się i obok standardowego „dziękuję” powiedziała:
-­ Byłaś świetna.
Na ceremonii rozdania nagród cała drżałam,ale nie płakałam,choć głos momentami mi się załamywał. Podziękowałam wszystkim,którzy wzięli udział w moim zwycięstwie i przyszedł czas na sesję zdjęciową,standardową po każdym turnieju. Pozowałam uśmiechając się i całując trofeum. Po jakichś piętnastu minutach bolały mnie wszystkie mięśnie twarzy,więc jakby nigdy nic zeszłam z podium i zaczęłam się pakować.
Myślałam,że tej nocy nie zmrużę oka. Po meczu czekała mnie dwugodzinna konferencja prasowa,jedna standardowo po angielsku,a na drugą-co było wyjątkowym zaskoczeniem przybyli dziennikarze z Polski. Nawet nie pamiętam co odpowiadałam,marzyłam tylko o ciepłej kąpieli i masażu,bo zaczynało mi brakować sił. Konferencje skończyły się mniej więcej o wpół do dziewiątej i chciałam od razu udać się do hotelu. Kiedy wchodziłam do taksówki non stop błyskały flesze i słyszałam rzucane w moją stronę pytania. Odetchnęłam z ulgą gdy w końcu usadowiłam się na siedzeniu obok Mariny. Moje dłonie były przepocone od kurczowego trzymania pucharu,jakbym mogła się nim cieszyć tylko chwilę a potem zamierzano mi go odebrać. Spojrzałam na niego.
Więc to przez ciebie!-pomyślałam z goryczą-Jakim cudem zaczarowałeś pół miasta,żeby rzucali się za mną w pogoń?.
-­ Przyzwyczajaj się-­ usłyszałam głos Mariny.
-­ Słucham?-­ otrząsnęłam się z rozmyślań.
-­ Od teraz będziesz takie ściskać często-­ wyjaśniła patrząc na mnie z lekko przechyloną głową.
-­ Skąd ta pewność?
-­ Zaufaj mi .I sama też w to uwierz-powiedziała tajemniczo się uśmiechając.
Wzruszyłam ramionami i wyjrzałam przez okno. Ulice były spokojniejsze niż kilka metrów dalej,nikt nie biegł za nami. Tymczasem telefon Mariny bez przerwy się urywał. Dzwonili z telewizji,gazet,programów śniadaniowych. Ciągle słyszałam tylko:"Przemyślimy to" albo"Porozmawiam z nią" czy "Damy znać tego i tego o tej i o tej"
W hotelu przewinęło się też kilka kontraktów na ubrania.
-­ Dzwonili z Lacoste'a-­ oznajmiła w holu.
-­ To fajnie-ziewnęłam-­ Ale możesz powiedzieć,że damy znać rano?
Skinęła głową
-­ Jasne. Idź weź kąpiel i odpocznij. Że teź wcześniej o tym nie pomyślałam,przecież jesteś pewnie nieludzko zmęczona!-­ zganiła się.
-­ A gdzie Spencer?.
-­ Pewnie ciągle uwalnia się od paparazzich-­ zaśmiała się.
Przytaknęłam niemrawo i ruszyłam w stronę windy. Rzuciłam tylko szybko "Zobaczymy się rano" i pojechałam na drugie piętro.
W pokoju postawiłam puchar na szafie i uśmiechnęłam się. Dopiero teraz do mnie dotarło czego dokonałam. Wygrałam turniej najwyższej kategorii zaraz po Wielkim Szlemie,zarobiłam 900 punktów do rankingu i milion dolarów. Miałam powody do dumy.

*

Po czterech dniach odpoczynku w domu i własnym łóżku przyszedł czas na ostateczny sprawdzian formy a mianowicie Roland Garros. Tym razem z udziałem w turnieju nie było najmniejszych problemów,bo wygrana dała mi spory awans(Miejsce nr.43!) i jestem jego pełnoprawną uczestniczką. We Wrocławiu oczywiście też roiło się od fotografów,którzy czyhali na mnie za każdym rogiem,ale jestem im nawet za to wdzięczna,bo dzięki nim powoli przyzwyczajam się do bycia ciągle na językach. Obecność reporterów nie krępuje mnie i nie paraliżuje już tak jak po zwycięstwie w Rzymie. Szczerze mówiąc pierwszy raz czuję się w jakiś sposób doceniona,bo dotychczas mimo mojego sukcesu w Madrycie nikt oprócz mojego boksu zbytnio się nim nie przejmował. Teraz mam większą szansę na zwrócenie uwagi i dzięki temu na dalszy rozwój. Nie najgorzej się ułożyło.Marina też nie daje mi ani chwili wytchnienia. Mój telefon bez przerwy się urywa,bo ta co i raz dzwoni do mnie z propozycjami a to wywiadów,a to kontraktów. Na wszystkie odpowiadam "Nie".Po prostu nie uważam,że osiągnęłam tak dużo żeby móc opowiadać o tym godzinami.
Cieszę się więc,że jutro rano wylatuję do Paryża i będę teraz postrzegana nie jako "Ta,która wygrała Rzym" tylko jako jedna ze 128 zawodniczek biorących udział w rywalizacji. Dzisiaj, 20 maja pakuję swoje rzeczy na dwa tygodnie pobytu w stolicy Francji(mam nadzieję,że to będą dwa tygodnie!). Szukając czegoś w szafie, usłyszałam dzwonek telefonu.
-­ Co tym razem?-­ spytałam lekko zniecierpliwiona,kiedy na ekranie wyświetlił się numer Mariny.
-­ Nie uwierzysz...Nike!-­ oznajmiła piskliwym głosem.
Rozszerzyłam oczy ze zdumienia
-­ Co takiego?
-­ Nike chce podpisać z tobą kontrakt. Oferują 300 tysięcy. Na początek oczywiście.
-­ Co to znaczy na początek?-­ spytałam przełykając ślinę.
-­ No na początku będziesz brała od nich 300 tysięcy,a potem masz szansę na podniesienie stawki-­ oznajmiła jakby tak wielkie pieniądze były dla niej codziennością. A przecież zarabia u mnie grosze!
-­ Biorę-zdecydowałam natychmiast.
-­ Ok,przesłali mi potrzebne dokumenty. Musisz je tylko jutro podpisać. Ja muszę się jeszcze tylko spotkać z ich przedstawicielem i po problemie. Będziesz nosiła na korcie fajne ciuchy i jeszcze dostawała za to kasę. Nie powiem,trochę ci zazdroszczę-­ ostatnie zdanie powiedziała żartobliwie
-­ Jesteś wspaniała-­ powiedziałam z wdzięcznością.
-­ Przestań-­ żachnęła się-­ To twoja zasługa. Usiłowałam ci załatwić ten kontrakt wiele razy pamiętasz?
-­ Pamiętam-­ odparłam z goryczą-­ Gdybym nie wygrała tego turnieju nigdy nie podpisałabym tego kontraktu.
-­ Tego się już nie dowiesz-­ ucięła-­ Nie przejmuj się,masz go i już. Przepraszam,muszę kończyć. Znów ktoś na drugiej linii.

 *

A więc czas na Miasto Miłości. Tylko co to za frajda,skoro nie ma się swojej miłości...
Gdy w końcu dolecieliśmy,o mało co bym się nie wywróciła tak było mi spieszno na paryską ziemię. Przez te dwie godziny strasznie mi się nudziło i niczego bardziej nie pragnęłam jak lądowania .Kiedy w końcu moje stopy dotknęły ziemi poczułam ulgę. Co prawda nie bałam się juz tak jak za pierwszym razem,jednak ciągle niepewnie się czułam stąpając po pokładzie samolotu. Szybko wyjęłam telefon i wysłałam do rodziców SMS-a informującego że zakończyłam swoją podróż i właśnie udaję się do hotelu. W samą porę, prawdę mówiąc. Jest dziewiąta,a więc pora na śniadanie. Zanim udałam się do pokoju weszłam do jadalni i wzięłam sobie trzy świeżutkie croissanty,prawdziwe francuskie,o niebo lepsze od tych w Rzymie.
-A gdzie Spencer?-spytałam Marinę siadając przy stole i zajadając śniadanie
-Napisał,że mają drobne opóźnienie i przyleci mniej więcej o dwunastej-odparła mieszając swoją kawę.
-Czyli do południa mamy wolne?-spytałam z nadzieją
-Ty masz.Ja muszę się spotkać z tym przedstawicielem Nike,więc jak zjesz to podpisz te dokumenty
-Jasne
Dokończyłam swoją porcję,wzięłam długopis i podpisałam się kilka razy na dokumentach po czym podałam je Marinie.
-Powodzenia.A,może lepiej się trochę ogarnij zanim przyjedzie Spencer i ten przedstawiciel co?-powiedziałam puszczając do niej oczko i odeszłam w stronę windy.
W pokoju skontaktowałam się z Giselą.Ona też gra w turnieju,ale jako "dzika karta" więc ma trochę utrudnione zadanie.Przyleci do Paryża około trzynastej,także wychodzi na to,że będę się nudzić przez całe popołudnie.Świetnie.Całe szczęście,że w pokoju jest telewizor.Rozłożyłam się na łóżku i skakałam po kanałach,ale nie znalazłam niczego ciekawego.Poszłabym na kort trochę poodbijać,ale nie mam nawet z kim.Kiedy tak leżałam na wznak i rozmyślałam przypomniałam sobie,że być może Aga jest już na miejscu i warto by było do niej zadzwonić.
-Halo?-odezwała się Agnieszka kiedy wybrałam jej numer
-Hej,cześć.Zastanawiam się czy nie miałabyś ochoty na mały trening?
-Hm...wiesz,właśnie wybieram się z Ulą na zakupy,ale może pójdziesz z nami?
W sumie mogłabym iść,ale znając siebie zaraz wpadnie mi w oko coś na co nie będę mogła sobie pozwolić i przez cały pobyt będę się zamartwiała tą rzeczą.A że nie wolno mi teraz zbyt pochopnie inwestować pieniędzy nie jest to dobry pomysł.
-Niee,dzięki ale ja odpadam.To pa,bawcie się dobrze.
Westchnęłam ciężko gdy się rozłączałam.Pozostaje mi tylko mieć nadzieję,że Marina zaraz wróci.
Po jakiejś godzinie spędzonej na oglądaniu w telewizji programów,których kompletnie nie rozumiem usłyszałam pukanie do drzwi.
-Proszę-mruknęłam nie odrywając wzroku od telewizora
-To ja-w drzwiach pojawiła się moja menedźerka
-No wreszcie!
Natychmiast poderwałam się z łóżka i wskazałam jej miejsce obok siebie
-I co?
-Wszystko załatwione-oznajmiła z uśmiechem-O drugiej przywiozą ci wszystkie rzeczy
-Tak szybko?-zdziwiłam się-Myślałam,że to dopiero w niedzielę i to o ile dobrze pójdzie
-A na co tu czekać?Powiedziałam im wcześniej,że podpiszesz ten kontrakt,więc byli przygotowani na tę ewentualność.W niedzielę albo poniedziałek musisz już grać w ich rzeczach
-Super-pisnęłam i przytuliłam ją-Dziękuję
-Nie ma za co-wzruszyła ramionami-A teraz może chodźmy gdzieś pozwiedzać miasto!

*

Te trzy dni spędzone tylko i wyłącznie na treningach i dobrej zabawie minęły w mgnieniu oka,dziś jest poniedziałek i pora zacząć turniej. Gram dzisiaj trzeci mecz na korcie numer 11,a moja przeciwniczka to mocno uderzająca i dysponująca świetnym serwisem,Amerykanka Melenie Oudin. Normalnie trochę bym się jej bała,ale jako że korty ziemne nie służą dobrze serwującym nie mam zbytnich powodów do obaw i żyję w przekonaniu że ją pokonam. Słusznym czy nie okaże się wieczorem.
Rzeczy z Nike,których mi wczoraj dostarczono było mnóstwo. Dres,bluza od dresu,T-shirt,buty do treningu,buty na kort,nawet kurtka na chłodniejsze dni,ale przede wszystkim sukienki tenisowe. Pozwolono mi wybrać kolor,więc wybrałam lazur, gdyż ciemny róż jakoś do mnie nie przemawia.
Mecz z Oudin wygrałam po dość wyrównanej walce w pierwszym secie 7:5,w drugim zaś zupełnie przejęłam kontrolę nad sytuacją i wygrałam 6:2.Amerykanka kompletnie się w tej partii pogubiła i miałam wrażenie,że w ciągu półtorej godziny rozegrałam dwa inne mecze. Spencer stwierdził,że powinnam być bardziej cierpliwa,bo zbyt szybko atakowałam i mogłam wygrać pierwszego seta dużo szybciej i zachować więcej sił.
Po dniu odpoczynku stanęłam do walki z rozstawioną z "piątką" Eleną Dementievą i ku zdumieniu wszystkich a przede wszystkim mojemu własnemu też wygrałam,choć nie było łatwo.W pierwszym secie byłam jak sparaliżowana,bo przegrałam 2:6.Doszłam do wniosku,że to przez grę z zawodniczkami rozstawionymi mam po prostu tremę. W drugim jakoś się pozbierałam i wygrałam 6:4.Trzeci był prawdziwym wyzwaniem,bo mimo że przegrywałam 2:5 zebrałam maksymalnie koncentrację i uderzałam pewnie,zaś Elena zupełnie zgubiła rytm i doprowadziłam do wyrównania .Cały czas byłam skupiona na maksa,a mój umysł został całkowicie uwolniony od zbędnych myśli. Liczyła się tylko gra. Każde kolejne uderzenie i każdy kolejny punkt. Rosjanka kompletnie nie mogła przyjąć tego do wiadomości i tym samym podnieść jakość swojej gry. Wyszło więc na to,że mecz wygrałam. Nie mogłam w to uwierzyć. Mój pierwszy występ w Roland Garros i od razu dochodzę do trzeciej rundy eliminując piątą zawodniczkę świata!Znowu zaczęłam być w centrum zainteresowania,mówi się że jestem "czarnym koniem" turnieju i dużo jest w tym prawdy,bo takiego rozwiązania nikt się chyba nie spodziewał.
Następnie rozgromiłam Aleksandrę Woźniak 6:1 6:2 i przeszłam do czwartej rundy. Ludzie wciąż dziwili się jakim cudem gram przez tak długi okres czasu na tym samym,wysokim poziomie i tym samym jak dziewczyna będąca 43 w światowym rankingu zdołała zajść tak wysoko .Ja sama nie znam odpowiedzi na to pytanie,ale mniemam,że odpowiedź leży w mojej psychice która teraz funkcjonuje jak należy. Potrafię trzeźwo myśleć,ale przede wszystkim zachowywać spokój w kluczowych momentach. Oczywiście na korcie nie gra się tylko i wyłącznie głową. Trzeba też mieć jakieś umiejętności,a moje od początku roku uległy znacznej poprawie.
Mecz czwartej rundy to pojedynek z Chanelle Scheepers. W tym meczu wszystko było wyrównane i właściwie żadna z nas nie była faworytką,a to dlatego że obie byłyśmy pierwszy raz na tym etapie w wielkoszlemowym turnieju i obie miałyśmy tyle samo zacięcia żeby zajść jeszcze wyżej. W pierwszym secie pokazałam klasę i wygrałam 6:3.Drugi był prawdziwą wojną i żadna z nas nie chciała ustąpić. Skończył się dopiero w tiebreaku,którego ona wygrała do pięciu. Mnie zabrakło trochę zimnej krwi,bo jestem pewna,że gdybym bardziej się postarała zdołałabym wygrać w dwóch setach. W trzecim secie nadrobiłam zaległości i wygrałam cały mecz 6:3,6:7,6:4 i tym samym osiągnęłam pierwszy w karierze ćwierćfinał Wielkiego Szlema. Na konferencji nie kryłam swojej radości i z chęcią opowiadałam o przebiegu meczu. Cieszyłam się tym bardziej,że było to naprawdę trudne spotkanie z kimś na tym samym poziomie.
Przed ćwierćfinałem szukałam natchnienia w sklepach i kupiłam sobie fajne białe dżinsowe rurki. Nie trudno zgadnąć,że zakupy wprawiły mnie w dobry nastrój i w dzień ćwierćfinałów byłam uśmiechnięta i wdzięczna losowi za to,że zdołałam zajść tak daleko.
Mecz z Petrovą był prawdziwą szkołą przetrwania. Ona odbija piłki bardzo mocno,tak że niekiedy ciężko cokolwiek z nimi zrobić i trzeba po prostu poczekać aż to bombardowanie się skończy,albo przynajmniej nieco się uspokoi. Gdyby nie ten dobry nastrój i chłodny umysł mogłaby to być trzeystówka,ale udało mi się skończyć w dwóch ciężkich setach 7:6,7:6.Z każdym zwycięstwem cieszyłam się coraz bardziej,ale mimo dnia odpoczynku przed półfinałami zaczynałam odczuwać trudy turnieju. Postawiłam na nogi całą armię masażystów i fizjoterapeutów,byle tylko doprowadzili mnie do należytego porządku.
Półfinał ze Schiavone rozegrałam z bólem w stawie skokowym. Byłam zmuszona poprosić nawet o opatrzenie go,bo momentami ból był nie do zniesienia. Przegrywałam wtedy ten mecz 4:6 2:3.Dzięki temu masażowi udało mi się jakoś stanąć na nogi i wygrać ostatecznie tego seta do czterech,mimo że nie grałam zbyt rewelacyjnie. W trzecim zaczęłam grać coraz lepiej zapominając o bólu,ale Schiavone też nie pozostawała dłużna. Wiedziała,że teraz nie odpuszczę i była zdecydowana zrobić to samo. W tym secie wyrównana walka trwała do stanu po 4,bo stwierdziłam że warto teraz się skupić na własnych gemach serwisowych i zachować siłę na kluczowy moment i tak też się stało. Przełamałam ją,gdy serwowała na 5:4 i byłam o krok od zakończenia. Ręka mi się trzęsła i mimo prowadzenia 40:0 w gemie zdołałam go wygrać dopiero po równowadze. Gdy już się to stało wpadłam w euforię i wydałam z siebie piskliwy okrzyk,który miał oznaczać"Mam finał Wielkiego Szlema!".

A więc tak jak jest napisane w nagłówku-cały świat patrzy jak Kinga powstaje. 
Szarapowa na stos. Już zapalam. CO TO ZA DRABINKA JA SIĘ PYTAM??!! Boję się oglądać tego Garrosa, żeby nie być świadkiem przedwczesnego odpadnięcia Rafy. Rzygam już Djokovicem. 
Chyba zostanę przy maratonie serialu.
Gatique.
P.S Ja także uwielbiam tenisowe stroje, więc wrzucam zdjęcie opisywanego:







1 komentarz:

  1. No no, coraz lepsze wyniki. Czekam z niecierpliwością na rozdział z Kingą w finale Rolanda. Domyślam się, że nieprzypadkowo akurat tego turnieju, w którym akurat Rafa regularnie wygrywał... ;D No nie wiem, jak to się w tym roku potoczy. Jestem rozdarta między moimi ulubionymi panami. Z jednej strony zagrożenie spadku Nadala w rankingu (no bo jeśli nie obroni tych 2000 pkt za ubiegłoroczne zwycięstwo to będzie biednie), a z drugiej - szansa dla Djokovica na skompletowanie wszystkich trofeów wielkoszlemowych w życiu... Nie wiem doprawdy, jak zniosę nerwowo ich mecz.
    Wracając do rozdziału... był jakiś taki... lżejszy od poprzednich, jakbyś... no nie wiem... pisała go po dłuższej przerwie, z nową energią... Czyta się lepiej, płynie się po zdaniach i jakby słucha, jak opowiadasz.
    Kiedy następny?! :D
    U mnie dziś też nowy rozdział. Zapraszam i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń