W
sobotę wszyscy chodziliśmy jak bomby mogące wybuchnąć w każdej
chwili. Napięcie dało się odczuć wszędzie. Nawet pod zimnym
prysznicem nie byłam w stanie choć na chwilę zapomnieć co to za
dzień. Mój dobry humor zastępował w tej chwili niepokój a
nawet...strach. Chyba najbardziej bałam się przegranej,ale to
zrozumiałe. Poza tym obawiałam się czy mój staw wytrzyma wysiłek
na który na pewno będzie przekraczał ten co do tej pory.
Ale
już pora wyjść na kort by rozegrać mecz życia. Staram się nie
myśleć o niczym innym poza grą,ale szczerze mówiąc do tej pory
nie udało mi się to ani razu. Zawsze gdzieś przyplącze się jakaś
myśl,która powinna być głęboko upchnięta w podświadomości i
ujawni się w nieodpowiednim momencie. Stąd te momenty załamania
gry.
Po
rozgrzewce serwuję jako pierwsza. Ok,zagraj tak jak umiesz
najlepiej,pokaż wszystko co potrafisz. No,może nie
wszystko,zachowaj niektóre elementy zaskoczenia-pomyślałam
gdy wzięłam do ręki piłeczkę. Zaserwowałam na jej beckhend
pamiętając jak szybki nadgarstek ma Samantha Stosur. Return był
głęboki. Jeszcze raz odegrałam na beckhend. Tym razem dostałam
zagranie po krosie. Jeszcze raz na beckhend. Krótka piłka w
odpowiedzi. Skończyłam ja forhendem z wysokim topspinem ze środka
kortu prosto po linii. Odetchnęłam z ulgą. Poczułam jak całe
napięcie stopniowo się ulatnia. Byłam gotowa grać dalej. Tym
razem postawiłam na wyrzucający serwis,który został odegrany
krótkim returnem. Natychmiast skończyłam tę piłkę zagrywając w
przeciwny róg.30-0.Serwis w tym punkcie mi nie dopisał. Nie
spodziewałam się po sobie tak słabego drugiego podania,które
zostało natychmiast skończone returnem po linii. Wzięłam to sobie
do serca i zaserwowałam tym razem mocno,to wygrywający
serwis.40-15.Teraz trochę się z Australijką pobawiłam.
Rozrzucałam ją w tę i z powrotem aż w końcu zdesperowana zagrała
forhendem w korytarz deblowy. Pierwszy gem w kieszeni.
Stosur
również popisała się serwisem i wygrała gema do zera.
Szczególnie trudny do odebrania był jej drugi,kick-serwis kierowany
na ciało. Łokieć został przy ciele i mój beckhend poleciał w
siatkę. Zgodnie z przewidywaniami mecz zapowiadał się na trudny.
*
Po
pół godzinie gry na tablicy widniał rezultat 4:4 i wcale nie
zapowiadało się na szybkie przełamanie. Obie byłyśmy niezwykle
solidne jeśli chodzi o swoje podania i tym razem set musiał
rozstrzygnąć się w tiebreaku. Zebrałam maksymalnie
koncentrację,bo wiedziałam że to kluczowy moment dla losów seta i
nie będzie drugiej szansy. Wygrałam tego tiebreaka w dobrym stylu
grając z wysokim topspinem,a parę razy popisałam się akcjami przy
siatce. Co prawda na Stosur nie zrobiło to wielkiego wrażenia,bo
jak wiadomo jest znakomitą deblistką,ale udało mi się zaskoczyć
ją skrótem do którego nie była gotowa. Zauważyłam,że nie
porusza się zbyt dobrze i postanowiłam wykorzystać to w drugim
secie. Kiedy opadły emocje udałam się na przerwę. Pijąc wodę
szukałam Mariny i Spencera a także moich rodziców,którzy
specjalnie na tę okazję przyjechali do Paryża. Nie spojrzałam w
trybuny ani razu od początku meczu i przez to nie wiedziałam gdzie
siedzą. Kiedy tak przeczesywałam trybuny wzrokiem o mały włos nie
zakrztusiłabym się wodą. Na trybynach na przeciwko ławek,przy
samym wyjściu stał Rafael Nadal i ktoś obok niego,ale nie
potrafiłam rozpoznać kto to jest. Zamurowało mnie. Czy on tu
był cały czas,czy akurat teraz dopiero wszedł?-spytałam w
myślach samą siebie i poczułam dziwne skrępowanie. W końcu nie
codziennie ogląda cię sześciokrotny wielkoszlemowy mistrz,a poza
tym on mi się po prostu podobał. Miałam tylko nadzieję,że nie
rozpoznał mnie po tej aferze z Verdasco,ale gdy tylko zobaczyłam że
to właśnie Nando stoi obok niego, miałam ochotę zapaść się pod
ziemię.
-
Time!- rozległ się głos sędziny.
Na
drżących nogach wyszłam na kort i łatwo przegrałam dwa pierwsze
gemy. Ta sytuacja kompletnie mnie rozproszyła. Dopiero gdy Stosur
prowadziła 3-0 powiedziałam dość!Nie pozwól by to trwało
dłużej,niech zobaczy na co cię stać! Gdy tylko odzyskałam spokój
gra zaczęła mi się układać i doprowadziłam do wyrównania.
Pozwoliłam jej potem wygrać własny gem serwisowy celowo psując
proste piłki. Starałam się,żeby nabrała pewności siebie,a gdy
zobaczy że ja wcale się nie poddaję zaplątała się. Zrobiło się
po 4.Mój seriws na 5:4.Doprowadziła w tym gemie do równowagi,miała
nawet break pointy,ale przy przewadze zaserwowałam asa,drugiego w
meczu. Na przerwie ponownie zebrałam się w sobie tym razem nie
patrząc na trybuny tylko w swoje biało-niebieskie (choć trochę
przybrudzone mączką) buty Nike. Wyszłam na kort z żądzą
wygrania. Chciałam to skończyć to teraz.
Serwis
Samanthy stał się niepewny po wygranym przeze mnie w świetnym
stylu pierwszym punkcie. Mogłam wyczuć,że ręka jej drży,bo tak
niepewnego,"lekkiego" serwisu nie miała od początku
meczu. Czuła,że chyba czas pożegnać się z marzeniami.0-15.
-
No dalej,jeszcze trzy!-dopingowałam się w myślach.
Wiedziałam,że
w takich momentach przychodzą do głowy różne dziwactwa,np.skrót
ot tak sobie ,ale ja trzymałam się ustalonego plany gry. Spencer
wbijał mi go do głowy od początku turnieju.
Byłam
teraz konsekwentna aż do bólu. Jeżeli dostawałam piłkę na
środek wkładałam całe ciało w uderzenie i kończyłam ją,jeśli
grała loba smeczowałam .Realizując to dostałam aż trzy piłki
mistrzowskie.
To
nic wielkiego,jeszcze nie kończysz,to po prostu kolejna piłka do
wygrania-powtarzałam sobie w myślach. Australijka zaserwowała
jednak teraz asa. Publiczność ryknęła z zachwytu a ja kątem oka
dostrzegłam jak zaciska dłoń w pięści. Kolejny dobry serwis,ale
tym razem go odebrałam głębokim returnem. Wymiana trwała jakieś
dwadzieścia piłek. Na zmianę przejmowałyśmy inicjatywę.
Rozpaczliwie się broniłam nie chcąc wypuścić takiej okazji.
Stosur popełniła jednak taktyczny błąd grając mi prosto na
rakietę,przez co mogłam przejąć inicjatywę. W końcu przy
dwudziestej piłce składałam się do uderzenia cofając się,bo
piłka była głęboka. Widziałam jak leci,spodziewałam się
uderzenia o linię,ale źle oceniłam tor jej lotu,bo...wylądowała
na aucie.
Opadłam
na kolana chowając twarz w dłoniach. Łzy cisnęły mi się do
oczu. Nie mogłam uwierzyć w to czego przed sekundą dokonałam.
Zmusiłam się żeby podejść do siatki i pogratulować Samancie
wspaniałego meczu,ale miałam wrażenie,że jestem gdzieś daleko,że
moja dusza opuściła kort Philipe'a Chatriera i szybuje gdzieś po
niebie. Wyszłam na środek kortu witana brawami i gwizdami,ale nie
były one wyrazem niezadowolenia a wręcz przeciwnie. Zobaczyłam w
końcu mój boks i szalejących rodziców,Marinę,a nawet i
Spencera,który zazwyczaj jest taki chłodny i opanowany. Pomachałam
im ręką i przesłałam całusy. Odważyłam się spojrzeć w stronę
Rafaela,ale poczułam się nieco rozczarowana,bo go nie zobaczyłam.
Nie
pamiętam ceremonii wręczenia nagród. Byłam zbyt roztrzęsiona,
żeby myśleć trzeźwo. Dopiero w szatni odzyskałam niejako
przytomność umysłu.
-
Udało się,udało się!!!- pokrzykiwali wszyscy raz po raz aż
w końcu oznajmiłam,że muszę iść pod prysznic. Kiedy woda
spływała po mnie,spłukała resztki stresu i emocji pozwalając mi
wrócić na ziemię i w miarę normalnie odpowiadać podczas
konferencji prasowych. Zdziwiło mnie pytanie odnośnie Nadala na
trybunach, ale gładko a nie odpowiedziałam. Niech nie szukają na
siłę sensacji. Poczułam jednak, że mam obowiązek w związku z
tym coś zrobić.
W
hotelu czekał na mnie komitet powitalny. Wszyscy zaczęli w holu
wiwatować i rozległ się huk otwieranego szampana.
-
Twoje zdrowie- oznajmił Spencer stukając o mój kieliszek
Wypiliśmy
dwa kieliszki na dole po czym przenieśliśmy się na górę. Przed
windą zatrzymałam Marinę.
-
Coś się stało?- spytała zaniepokojona. Na jej policzkach
malowały się rumieńce i to nie za sprawą nieodstępnego różu
-
Nie,spokojnie. Dałabyś radę załatwić mi bilet na jutrzejszy
męski finał?
-
Co?Po co?- zdziwiła się.
-
Oj,po prostu- zniecierpliwiłam się- Dasz radę czy nie?
-
Ok,zaraz zadzwonię do biura i zapytam- odparła wciąż
zdziwiona
-Super-uśmiechnęłam
się i weszłam do windy.
*
Następnego
dnia,po nocy spędzonej na świętowaniu zwycięstwa o godzinie 14:45
byłam ponownie na korcie centralnym,ale tym razem w charakterze
widza. Marina zdołała załatwić mi wejście,lecz nie mogła mi
towarzyszyć bo bilet był tylko jeden. Siedziałam dość blisko
kortu,tak,że mogłam z bliska przyjrzeć potu kapiącemu ze skroni
zawodników(ale tak naprawdę nie było go wiele)
Kiedy
oklaskiwałam Rafaela po wygraniu pierwszego seta 6:4 przez moment
nasze spojrzenia się spotkały. Moje wyrażało podziw i dumę,zaś
jego-mimo wygrania pierwszej partii-niepewność i nieśmiałość.
Tak,jakby odczuwał jakąś skruchę,chociaż zupełnie nie miał
powodu,bo z mojego punktu widzenia( w końcu jestem profesjonalistką
i wiem o czym mówię) grał dobrze.
To
był pierwszy mecz,który obejrzałam na żywo. To takie dziwne,że
będąc profesjonalną tenisistką nigdy nie siedziałam na widowni i
nie patrzyłam na zmagania innych. To wszystko przez Spencera,który
twierdzi że mam się skupić na własnej grze,a na innych patrzeć
tylko w kategoriach moich potencjalnych przeciwników. Mężczyźni
nie należą więc do tej kategorii.
W
drugim secie Rafie wychodziło wszystko co tylko zagrał,zaś
Soderling zazwyczaj taki pewny przy uderzeniach tym razem grał
niepewnie,a jego wspaniały dotychczas serwis ustąpił miejsca
słabemu i lekkiemu. Rafa bezlitośnie to wykorzystał i wygrał
drugą partię 6:2.
Trzeci
set był bardziej wyrównany,ale i tym razem Rafael ze stoickim
spokojem prowadził grę po swojemu często przejmując inicjatywę.
Był tak pewny tego co robi,że mógłby grać z zamkniętymi oczami.
Zrobiło to na mnie duże wrażenie. Za nic w świecie nie potrafię
być taka spokojna,zarówno na jak i poza kortem. Owszem,łatwo
doprowadzam się do porządku i motywuję do gry,ale to nic w
porównaniu ze spokojem Nadala.
Ten
spokój bez wątpienia pomógł mu osiągnąć mistrzostwo. Po
ostatniej piłce upadł na kort i chwilę leżał na wznak. Wstałam
z miejsca żeby go oklaskiwać. Dziś zasługiwał na to bardziej niż
ktokolwiek,pokonał kontuzję i różne przeciwności losu,żeby
ponownie stać na korcie Philipe'a Chatrier'a i trzymać w górze
Puchar Muszkieterów.
Czułam,że
on wie o mojej obecności. Nie spojrzał mi prosto w oczy, w ogóle
nie spojrzał w moją stronę,ale czułam to bardzo wyraźnie. Może
istnieje jakaś telepatyczna więź między mistrzami o której nie
mam pojęcia?Tak czy inaczej jestem pewna,że on odczuwa moją
obecność w takim samym stopniu jak ja.
Po
meczu wróciłam do hotelu by odpocząć i następnego dnia udać się
samolotem do domu,a stamtąd do Eastbourne na turniej rozgrzewkowy
przed Wimbledonem. Nie poszło mi w nim rewelacyjnie,ale też
szczerze mówiąc nie starałam się za bardzo. Odpadłam dopiero w
ćwierćfinale pozwalając tym samym zrewanżować się Stosur za
finał French Open. Miałam dzięki temu więcej czasu na
przygotowanie się do Wimbledonu. Musiałam być w dobrej formie,bo
po znakomitym turnieju w Paryżu kibice z pewnością będą
oczekiwali po mnie dużo dużo więcej i trochę mnie to martwiło.
Nie sądzę,że będę w stanie sprostać tym wymaganiom.
Cum-ple-años fe-liz. Cum-ple-años fe-liz ! Wszystkiego najlepszego Rafa !
Że też dzisiaj musi nastąpić ta apokalipsa. No ale jako, że Rafa ma dzisiaj urodziny to przede wszystkim życzę mu dzisiejszej wygranej. I całego turnieju. Żeby było tak, jak oglądała Kinga. Potem w kolejności:zdrowia(żeby żadne cholerne kolana się już nie dawały we znaki),małego Nadalątka(zaraz się dowiemy, że Murray też będzie miał i co?Wstyd będzie!), no i kolejnych zwycięstw :)
Co do rozdziału: przepraszam, że krótszy, ale wolałam oddzielić RG od Wimbledonu. No i mogę powiedzieć, że zacznie się robić ciekawiej :D
Do piątku. O ile nie zmiażdży mnie tenisowa apokalipsa.
Gatique.
Pomeczowy edit:No i mnie zmiażdżyła. Ale rozdział będzie. Nie ma to tamto. MASZ, NAŻRYJ SIĘ. Wsadź sobie ten puchar gdzieś. O ile wygrasz. Co ja gadam, na pewno. Same najgorsze bluzgi mi się cisną na usta, ale nie będę tu klęła. Tylko 3 sety. Brawo. Po prostu cudownie. Rafa idzie w ślady Radwańskiej. A ten będzie miał z 5 tysięcy punktów przewagi nad całą resztą. Jak można tak non stop wygrywać? Novaku Djokovic, obrzydzasz mi całe piękno tenisa. Amen.
Pomeczowy edit:No i mnie zmiażdżyła. Ale rozdział będzie. Nie ma to tamto. MASZ, NAŻRYJ SIĘ. Wsadź sobie ten puchar gdzieś. O ile wygrasz. Co ja gadam, na pewno. Same najgorsze bluzgi mi się cisną na usta, ale nie będę tu klęła. Tylko 3 sety. Brawo. Po prostu cudownie. Rafa idzie w ślady Radwańskiej. A ten będzie miał z 5 tysięcy punktów przewagi nad całą resztą. Jak można tak non stop wygrywać? Novaku Djokovic, obrzydzasz mi całe piękno tenisa. Amen.
Już nie mogę się doczekać tego hitu. Poproszę pięć seciorów, panowie ;D Nie chcę Was męczyć, żeby zwycięzca rychło odpadł i turnieju nie wygrał, bo obciach by był wylecieć zaraz w półfinale z jakimś szczylem ze Szkocji lub w finale przegrać ze Stachem od młodej panny (potępiamy postawę!) albo Tsongą. Do Tsongi nic nie mam, ale RG po prostu MUSI wygrać Rafa albo Novak, zależy kto wygra starcie tytanów.
OdpowiedzUsuńNo i chyba nie bez powodu Rafa zjawił się na trybunach podczas meczu Kingi... Coś ich ciągnie do siebie ;) Żałuję tylko, że to nie Wimbledon, gdzie jest tradycja, że na imprezce po turnieju mistrz i mistrzyni razem tańczą... Nie no, nic straconego, nie pamiętam teraz, w którym roku Rafa Wimbledon wygrał, żeby to jeszcze przeprowadzić, a Kinga niech rozniesie towarzystwo i na trawie, co tam :D
Miłego oglądania meczu i do piątku :*
Rafa wygrał w 2010 roku :) Znaczy się w tym samym kiedy dzieje się akcja :D
UsuńApokalipsa będzie jak Djokovic wygra! Wszystkie ręce na pokład, dmuchajmy mu piłki na aut! Co sądzisz, Gatique? ;D
OdpowiedzUsuńSądze ze jest beznadziejnie :( Jak ta cholera biega ! Szkoda ze tak pozno ten komentarz odczytalam
Usuń