Tekst

środa, 3 czerwca 2015

1.7 Mecz życia.

Przed finałem ponownie musiałam zostać poddana masażom i rozmaitym ćwiczeniom. Poza tym mój nadwyrężony staw skokowy wymagał troskliwej opieki i nim również należało się zająć w odpowiedni sposób. Zostałam skierowana do lekarza turniejowego,ale na szczęście to nie było nic poważnego. Ból był co prawda trochę dokuczliwy,ale dało się wytrzymać i skończyło się jedynie na maściach i opatrunku.
W sobotę wszyscy chodziliśmy jak bomby mogące wybuchnąć w każdej chwili. Napięcie dało się odczuć wszędzie. Nawet pod zimnym prysznicem nie byłam w stanie choć na chwilę zapomnieć co to za dzień. Mój dobry humor zastępował w tej chwili niepokój a nawet...strach. Chyba najbardziej bałam się przegranej,ale to zrozumiałe. Poza tym obawiałam się czy mój staw wytrzyma wysiłek na który na pewno będzie przekraczał ten co do tej pory.
Ale już pora wyjść na kort by rozegrać mecz życia. Staram się nie myśleć o niczym innym poza grą,ale szczerze mówiąc do tej pory nie udało mi się to ani razu. Zawsze gdzieś przyplącze się jakaś myśl,która powinna być głęboko upchnięta w podświadomości i ujawni się w nieodpowiednim momencie. Stąd te momenty załamania gry.
Po rozgrzewce serwuję jako pierwsza. Ok,zagraj tak jak umiesz najlepiej,pokaż wszystko co potrafisz. No,może nie wszystko,zachowaj niektóre elementy zaskoczenia-pomyślałam gdy wzięłam do ręki piłeczkę. Zaserwowałam na jej beckhend pamiętając jak szybki nadgarstek ma Samantha Stosur. Return był głęboki. Jeszcze raz odegrałam na beckhend. Tym razem dostałam zagranie po krosie. Jeszcze raz na beckhend. Krótka piłka w odpowiedzi. Skończyłam ja forhendem z wysokim topspinem ze środka kortu prosto po linii. Odetchnęłam z ulgą. Poczułam jak całe napięcie stopniowo się ulatnia. Byłam gotowa grać dalej. Tym razem postawiłam na wyrzucający serwis,który został odegrany krótkim returnem. Natychmiast skończyłam tę piłkę zagrywając w przeciwny róg.30-0.Serwis w tym punkcie mi nie dopisał. Nie spodziewałam się po sobie tak słabego drugiego podania,które zostało natychmiast skończone returnem po linii. Wzięłam to sobie do serca i zaserwowałam tym razem mocno,to wygrywający serwis.40-15.Teraz trochę się z Australijką pobawiłam. Rozrzucałam ją w tę i z powrotem aż w końcu zdesperowana zagrała forhendem w korytarz deblowy. Pierwszy gem w kieszeni.
Stosur również popisała się serwisem i wygrała gema do zera. Szczególnie trudny do odebrania był jej drugi,kick-serwis kierowany na ciało. Łokieć został przy ciele i mój beckhend poleciał w siatkę. Zgodnie z przewidywaniami mecz zapowiadał się na trudny.

*

Po pół godzinie gry na tablicy widniał rezultat 4:4 i wcale nie zapowiadało się na szybkie przełamanie. Obie byłyśmy niezwykle solidne jeśli chodzi o swoje podania i tym razem set musiał rozstrzygnąć się w tiebreaku. Zebrałam maksymalnie koncentrację,bo wiedziałam że to kluczowy moment dla losów seta i nie będzie drugiej szansy. Wygrałam tego tiebreaka w dobrym stylu grając z wysokim topspinem,a parę razy popisałam się akcjami przy siatce. Co prawda na Stosur nie zrobiło to wielkiego wrażenia,bo jak wiadomo jest znakomitą deblistką,ale udało mi się zaskoczyć ją skrótem do którego nie była gotowa. Zauważyłam,że nie porusza się zbyt dobrze i postanowiłam wykorzystać to w drugim secie. Kiedy opadły emocje udałam się na przerwę. Pijąc wodę szukałam Mariny i Spencera a także moich rodziców,którzy specjalnie na tę okazję przyjechali do Paryża. Nie spojrzałam w trybuny ani razu od początku meczu i przez to nie wiedziałam gdzie siedzą. Kiedy tak przeczesywałam trybuny wzrokiem o mały włos nie zakrztusiłabym się wodą. Na trybynach na przeciwko ławek,przy samym wyjściu stał Rafael Nadal i ktoś obok niego,ale nie potrafiłam rozpoznać kto to jest. Zamurowało mnie. Czy on tu był cały czas,czy akurat teraz dopiero wszedł?-spytałam w myślach samą siebie i poczułam dziwne skrępowanie. W końcu nie codziennie ogląda cię sześciokrotny wielkoszlemowy mistrz,a poza tym on mi się po prostu podobał. Miałam tylko nadzieję,że nie rozpoznał mnie po tej aferze z Verdasco,ale gdy tylko zobaczyłam że to właśnie Nando stoi obok niego, miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
-­ Time!-­ rozległ się głos sędziny.
Na drżących nogach wyszłam na kort i łatwo przegrałam dwa pierwsze gemy. Ta sytuacja kompletnie mnie rozproszyła. Dopiero gdy Stosur prowadziła 3-0 powiedziałam dość!Nie pozwól by to trwało dłużej,niech zobaczy na co cię stać! Gdy tylko odzyskałam spokój gra zaczęła mi się układać i doprowadziłam do wyrównania. Pozwoliłam jej potem wygrać własny gem serwisowy celowo psując proste piłki. Starałam się,żeby nabrała pewności siebie,a gdy zobaczy że ja wcale się nie poddaję zaplątała się. Zrobiło się po 4.Mój seriws na 5:4.Doprowadziła w tym gemie do równowagi,miała nawet break pointy,ale przy przewadze zaserwowałam asa,drugiego w meczu. Na przerwie ponownie zebrałam się w sobie tym razem nie patrząc na trybuny tylko w swoje biało-niebieskie (choć trochę przybrudzone mączką) buty Nike. Wyszłam na kort z żądzą wygrania. Chciałam to skończyć to teraz.
Serwis Samanthy stał się niepewny po wygranym przeze mnie w świetnym stylu pierwszym punkcie. Mogłam wyczuć,że ręka jej drży,bo tak niepewnego,"lekkiego" serwisu nie miała od początku meczu. Czuła,że chyba czas pożegnać się z marzeniami.0-15.
No dalej,jeszcze trzy!-dopingowałam się w myślach.
Wiedziałam,że w takich momentach przychodzą do głowy różne dziwactwa,np.skrót ot tak sobie ,ale ja trzymałam się ustalonego plany gry. Spencer wbijał mi go do głowy od początku turnieju.
Byłam teraz konsekwentna aż do bólu. Jeżeli dostawałam piłkę na środek wkładałam całe ciało w uderzenie i kończyłam ją,jeśli grała loba smeczowałam .Realizując to dostałam aż trzy piłki mistrzowskie.
To nic wielkiego,jeszcze nie kończysz,to po prostu kolejna piłka do wygrania-powtarzałam sobie w myślach. Australijka zaserwowała jednak teraz asa. Publiczność ryknęła z zachwytu a ja kątem oka dostrzegłam jak zaciska dłoń w pięści. Kolejny dobry serwis,ale tym razem go odebrałam głębokim returnem. Wymiana trwała jakieś dwadzieścia piłek. Na zmianę przejmowałyśmy inicjatywę. Rozpaczliwie się broniłam nie chcąc wypuścić takiej okazji. Stosur popełniła jednak taktyczny błąd grając mi prosto na rakietę,przez co mogłam przejąć inicjatywę. W końcu przy dwudziestej piłce składałam się do uderzenia cofając się,bo piłka była głęboka. Widziałam jak leci,spodziewałam się uderzenia o linię,ale źle oceniłam tor jej lotu,bo...wylądowała na aucie.
Opadłam na kolana chowając twarz w dłoniach. Łzy cisnęły mi się do oczu. Nie mogłam uwierzyć w to czego przed sekundą dokonałam. Zmusiłam się żeby podejść do siatki i pogratulować Samancie wspaniałego meczu,ale miałam wrażenie,że jestem gdzieś daleko,że moja dusza opuściła kort Philipe'a Chatriera i szybuje gdzieś po niebie. Wyszłam na środek kortu witana brawami i gwizdami,ale nie były one wyrazem niezadowolenia a wręcz przeciwnie. Zobaczyłam w końcu mój boks i szalejących rodziców,Marinę,a nawet i Spencera,który zazwyczaj jest taki chłodny i opanowany. Pomachałam im ręką i przesłałam całusy. Odważyłam się spojrzeć w stronę Rafaela,ale poczułam się nieco rozczarowana,bo go nie zobaczyłam.
Nie pamiętam ceremonii wręczenia nagród. Byłam zbyt roztrzęsiona, żeby myśleć trzeźwo. Dopiero w szatni odzyskałam niejako przytomność umysłu.
-­ Udało się,udało się!!!-­ pokrzykiwali wszyscy raz po raz aż w końcu oznajmiłam,że muszę iść pod prysznic. Kiedy woda spływała po mnie,spłukała resztki stresu i emocji pozwalając mi wrócić na ziemię i w miarę normalnie odpowiadać podczas konferencji prasowych. Zdziwiło mnie pytanie odnośnie Nadala na trybunach, ale gładko a nie odpowiedziałam. Niech nie szukają na siłę sensacji. Poczułam jednak, że mam obowiązek w związku z tym coś zrobić.
W hotelu czekał na mnie komitet powitalny. Wszyscy zaczęli w holu wiwatować i rozległ się huk otwieranego szampana.
-­ Twoje zdrowie-­ oznajmił Spencer stukając o mój kieliszek
Wypiliśmy dwa kieliszki na dole po czym przenieśliśmy się na górę. Przed windą zatrzymałam Marinę.
-­ Coś się stało?-­ spytała zaniepokojona. Na jej policzkach malowały się rumieńce i to nie za sprawą nieodstępnego różu
-­ Nie,spokojnie. Dałabyś radę załatwić mi bilet na jutrzejszy męski finał?
-­ Co?Po co?-­ zdziwiła się.
-­ Oj,po prostu-­ zniecierpliwiłam się-­ Dasz radę czy nie?
-­ Ok,zaraz zadzwonię do biura i zapytam-­ odparła wciąż zdziwiona
-Super-uśmiechnęłam się i weszłam do windy.

*

Następnego dnia,po nocy spędzonej na świętowaniu zwycięstwa o godzinie 14:45 byłam ponownie na korcie centralnym,ale tym razem w charakterze widza. Marina zdołała załatwić mi wejście,lecz nie mogła mi towarzyszyć bo bilet był tylko jeden. Siedziałam dość blisko kortu,tak,że mogłam z bliska przyjrzeć potu kapiącemu ze skroni zawodników(ale tak naprawdę nie było go wiele)
Kiedy oklaskiwałam Rafaela po wygraniu pierwszego seta 6:4 przez moment nasze spojrzenia się spotkały. Moje wyrażało podziw i dumę,zaś jego-mimo wygrania pierwszej partii-niepewność i nieśmiałość. Tak,jakby odczuwał jakąś skruchę,chociaż zupełnie nie miał powodu,bo z mojego punktu widzenia( w końcu jestem profesjonalistką i wiem o czym mówię) grał dobrze.
To był pierwszy mecz,który obejrzałam na żywo. To takie dziwne,że będąc profesjonalną tenisistką nigdy nie siedziałam na widowni i nie patrzyłam na zmagania innych. To wszystko przez Spencera,który twierdzi że mam się skupić na własnej grze,a na innych patrzeć tylko w kategoriach moich potencjalnych przeciwników. Mężczyźni nie należą więc do tej kategorii.
W drugim secie Rafie wychodziło wszystko co tylko zagrał,zaś Soderling zazwyczaj taki pewny przy uderzeniach tym razem grał niepewnie,a jego wspaniały dotychczas serwis ustąpił miejsca słabemu i lekkiemu. Rafa bezlitośnie to wykorzystał i wygrał drugą partię 6:2.
Trzeci set był bardziej wyrównany,ale i tym razem Rafael ze stoickim spokojem prowadził grę po swojemu często przejmując inicjatywę. Był tak pewny tego co robi,że mógłby grać z zamkniętymi oczami. Zrobiło to na mnie duże wrażenie. Za nic w świecie nie potrafię być taka spokojna,zarówno na jak i poza kortem. Owszem,łatwo doprowadzam się do porządku i motywuję do gry,ale to nic w porównaniu ze spokojem Nadala.
Ten spokój bez wątpienia pomógł mu osiągnąć mistrzostwo. Po ostatniej piłce upadł na kort i chwilę leżał na wznak. Wstałam z miejsca żeby go oklaskiwać. Dziś zasługiwał na to bardziej niż ktokolwiek,pokonał kontuzję i różne przeciwności losu,żeby ponownie stać na korcie Philipe'a Chatrier'a i trzymać w górze Puchar Muszkieterów.
Czułam,że on wie o mojej obecności. Nie spojrzał mi prosto w oczy, w ogóle nie spojrzał w moją stronę,ale czułam to bardzo wyraźnie. Może istnieje jakaś telepatyczna więź między mistrzami o której nie mam pojęcia?Tak czy inaczej jestem pewna,że on odczuwa moją obecność w takim samym stopniu jak ja.
Po meczu wróciłam do hotelu by odpocząć i następnego dnia udać się samolotem do domu,a stamtąd do Eastbourne na turniej rozgrzewkowy przed Wimbledonem. Nie poszło mi w nim rewelacyjnie,ale też szczerze mówiąc nie starałam się za bardzo. Odpadłam dopiero w ćwierćfinale pozwalając tym samym zrewanżować się Stosur za finał French Open. Miałam dzięki temu więcej czasu na przygotowanie się do Wimbledonu. Musiałam być w dobrej formie,bo po znakomitym turnieju w Paryżu kibice z pewnością będą oczekiwali po mnie dużo dużo więcej i trochę mnie to martwiło. Nie sądzę,że będę w stanie sprostać tym wymaganiom.

Cum-ple-años fe-liz. Cum-ple-años fe-liz ! Wszystkiego najlepszego Rafa !
Że też dzisiaj musi nastąpić ta apokalipsa. No ale jako, że Rafa ma dzisiaj urodziny to przede wszystkim życzę mu dzisiejszej wygranej. I całego turnieju. Żeby było tak, jak oglądała Kinga. Potem w kolejności:zdrowia(żeby żadne cholerne kolana się już nie dawały we znaki),małego Nadalątka(zaraz się dowiemy, że Murray też będzie miał i co?Wstyd będzie!), no i kolejnych zwycięstw :)
Co do rozdziału: przepraszam, że krótszy, ale wolałam oddzielić RG od Wimbledonu. No i mogę powiedzieć, że zacznie się robić ciekawiej :D
Do piątku. O ile nie zmiażdży mnie tenisowa apokalipsa.
Gatique.
Pomeczowy edit:No i mnie zmiażdżyła. Ale rozdział będzie. Nie ma to tamto.  MASZ, NAŻRYJ SIĘ. Wsadź sobie ten puchar gdzieś. O ile wygrasz. Co ja gadam, na pewno. Same najgorsze bluzgi mi się cisną na usta, ale nie będę tu klęła. Tylko 3 sety. Brawo. Po prostu cudownie. Rafa idzie w ślady Radwańskiej. A ten będzie miał z 5 tysięcy punktów przewagi nad całą resztą. Jak można tak non stop wygrywać? Novaku Djokovic, obrzydzasz mi całe piękno tenisa. Amen.

4 komentarze:

  1. Już nie mogę się doczekać tego hitu. Poproszę pięć seciorów, panowie ;D Nie chcę Was męczyć, żeby zwycięzca rychło odpadł i turnieju nie wygrał, bo obciach by był wylecieć zaraz w półfinale z jakimś szczylem ze Szkocji lub w finale przegrać ze Stachem od młodej panny (potępiamy postawę!) albo Tsongą. Do Tsongi nic nie mam, ale RG po prostu MUSI wygrać Rafa albo Novak, zależy kto wygra starcie tytanów.
    No i chyba nie bez powodu Rafa zjawił się na trybunach podczas meczu Kingi... Coś ich ciągnie do siebie ;) Żałuję tylko, że to nie Wimbledon, gdzie jest tradycja, że na imprezce po turnieju mistrz i mistrzyni razem tańczą... Nie no, nic straconego, nie pamiętam teraz, w którym roku Rafa Wimbledon wygrał, żeby to jeszcze przeprowadzić, a Kinga niech rozniesie towarzystwo i na trawie, co tam :D
    Miłego oglądania meczu i do piątku :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rafa wygrał w 2010 roku :) Znaczy się w tym samym kiedy dzieje się akcja :D

      Usuń
  2. Apokalipsa będzie jak Djokovic wygra! Wszystkie ręce na pokład, dmuchajmy mu piłki na aut! Co sądzisz, Gatique? ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sądze ze jest beznadziejnie :( Jak ta cholera biega ! Szkoda ze tak pozno ten komentarz odczytalam

      Usuń