Tekst

piątek, 6 listopada 2015

2.15 Oferta nie do odrzucenia

Na pewno chcesz iść sama? – spytała Marina gdy złapałam w rękę czarną kopertówkę i poprawiałam spięte w koński ogon proste,ciemnobrązowe włosy.
Na pewno. – oznajmiłam z naciskiem odklejając się od lustra.
Wiesz,jestem twoją menadżerką,powinnam...
Nie – przerwałam jej – Nie możesz wiecznie mnie wyręczać. Powinnam umieć załatwić coś sama.
Dobra,dobra – skapitulowała podkładając poduszkę pod plecy. – Tylko się upewniam.
Oblizałam usta.
W porządku. Widzimy się później.
Zeszłam na dół i udałam się do taksówki. Kolacja miała się odbyć w jakiejś eleganckiej restauracji nieopodal. Sama nie wiem czemu nie mógł to być po prostu hotel.
Miałam na sobie kremową bluzkę wiązaną na szyi,czarne rurki i blade szpilki pod kolor bluzki. Moje włosy były dziś wyjątkowo oporne,więc wyprostowałam je i związałam.
Nie byłam pewna,czy mój ubiór jest odpowiedni. Mógł być zarówno zbyt poważny,jak i zbyt luźny. Kolacyjki ze sponsorami to nie jest coś co przytrafia mi się często. To Rafael zazwyczaj załatwia takie rzeczy. Owszem,od czasu do czasu się z nim gdzieś pokazuję dla dobra własnego,ale nigdy nie byłam na takim czymś sama. Tym bardziej dziwne jest to,że to właśnie ja miałam to spotkanie,a nie on.
Nie martwię się zerwaniem kontraktu. Marina co jakiś czas informuje mnie o coraz to nowych propozycjach,ale zdecydowanie je odrzucam. Nie zależy mi na kasie,chociaż Nike płaci nieźle. Wolę po prostu dobrze wyglądać. Nie zmienia to jednak faktu,że nie jestem najlepsza osobą do biznesowych transakcji.
Restauracja znajdowała się daleko,co było kolejnym zaskoczeniem. Nie sądziłam bowiem,że Stanford jest tak wielkie.
Restauracja sprawiała wrażenie dość elegankiej i w duchu ściskałam kciuki w nadziei,że ubrałam się wystarczająco dobrze.
Był to nowoczesny budynek,pomalowany na biało,z dwoma kolumnami w stylu gotyckim przed wejściem.
No,raz kozie śmierć – pomyślałam przekraczając próg budynku.
Wystój wnętrza w niczym nie przypominał nowoczesnego z zewnątrz. Ściany miały barwę ciemnej czerwieni,popadającej w bordo. Stoliki i krzesła były wykonane z prostego drewna,ale dekoracje w stylu japońskim nadawały im bardzo nastrojowy wygląd.
Zaraz zaraz...japoński?
I wtedy dotarło do mnie,że jestem w restauracji specjalizującej się w podawaniu sushi. No super. Uwielbiałam sushi,ale było bardzo drogie i trochę głupio jest pozwalać by ktoś płacił za ciebie.
Kolejny powód przemawiający za wariantem oferty nie do odrzucenia.
Ludzi było mało;jakaś japońska albo chińska rodzina,para nastolatków i jakiś samotny biznesmen rozmawiający przez telefon nad miską chiriashi. I jeden facet siedzący samotnie przy stoliku numer siedemnaście. Gdy go tylko dostrzegłam,uśmiechnął się i skinął głową.
Był w wieku Spencera,a może nawet ciut młodszy. Miał włosy w kolorze brudnego blondu postawione na żel. Na twarzy rysował się cień kilkudniowego zarostu.
Był szczupły i wysoki. Ubrał się w prostą niebieską koszulę i czarne spodnie. W jego brązowych,ciepłych oczach dało się dostrzec zaciekawienie i nutkę podziwu.
Panna Kolat? – spytał niskim nieco zachrypniętym głosem,od którego dostałam gęsiej skórki.
A to ciekawe,bo na balu tak samo odezwał się do mnie Rafael...
Mam deja vu.
Przełknęłam nerwowo ślinę. Męczyzna uśmiechnął się półgębkiem,a na jego policzku pojawiła się zmarszczka.
Rafa też takie ma...
Tak,to ja – odparłam nieco piskliwie. Trzeba się opanować. Był przystojny,cholernie przystojny,ale ja miałam przecież narzeczonego,w którym kocham się od dwóch lat. Czemu każdy przystojny facet tak na mnie działa?
Miło mi. – odparł,a gdy wyciągnęłam lekko rękę,dotknął jej lekko ustami
Hm...a pan nazywa się...?
Och,proszę wybaczyć moje maniery,ale zapominam się przy tak pięknych kobietach. – posłał mi rozbrajający uśmiech. – Nazywam się Jared Waller.
Proszę,oni wszyscy myślą,że jak się ładnie uśmiechną to pozamiatane?Niezła pewność siebie...
Proszę,niech pani usiądzie.
Szarmancko odsunął mi krzesło,a sam zajął miejsce naprzeciwko. Szybko odwróciłam wzrok.
A więc...preferuje pan sushi – palnęłam na poczekaniu.
Owszem – skinął głową. – Pani chyba też z tego co wiem.
Skąd?
Och tak. Mój narzeczony zabrał mnie kiedyś do swojej ulubionej restauracji z sushi w Melbourne i od tamtej pory je uwielbiam.
Ach tak,słyszałem,pani narzeczony. Pozwoli pani,że pogratuluję.
Dziękuję. – odparłam niepewnie. Wzięłam do ręki menu starając się unikać kontaktu wzrokowego. Jego oczy może i były ciepłe,ale jeśli dłużej się w nie patrzyło można się było oparzyć.
Jest pani głodna?Pozwolę sobie postawić pani kolację...
Ależ nie trzeba – zaprotestowałam odkładając kartę. – Naprawdę. Ja...
Nalegam – oznajmił stanowczo. Uniósł prowokująco brwi. – To drobiazg. I w końcu to ja panią zaprosiłem. Nawiasem mówiąc,cieszę się,że pani przyszła.
Ja również się cieszę. – skłamałam.
Prawdę mówiąc,nie miałam innego wyjścia. Kolacje ze sponsorami to część życia tenisisty. Zupełnie jak starty w turniejach.
A więc na co ma pani ochotę?
Na to,żebyś skończył tą głupią grę wstępną i przeszedł do rzeczy.
Może mi pan coś poleci?W końcu gustuje pan w tej kuchni.
A więc może pikantny tuńczyk?Jest świetny.
Może być.
Pije pani sake?
Nigdy nie piłam,ale mogę spróbować – zgodziłam się uprzejmie.
Tylko nie za dużo,bo jeśli chce mnie spić by osiągnąć sukces może od razu drzeć papiery.
Waller przywołał kelnerkę skinieniem ręki i złożył zamówienie. Zapadła niezręczna cisza.
Uśmiechnął się po raz kolejny,chcąc ją rozproszyć,ale niespecjalnie mi to pomogło. Mimo to odchrząknęłam i odezwałam się pierwsza:
Od jak dawna pracuje pan w Nike?Współpracuję z wami od ponad roku,ale pana do tej pory nie spotkałam.
I wielu pracowników także. – przytaknął – Zna pani wyłącznie tych współpracujących z tenisistami.
Nie rozumiem – zmarszczyłam brwi.
To proste. Przeniesiono mnie.
Można wiedzieć dlaczego?
Roześmiał się i odchylił na krześle stukając palcami o blat.
Nie znoszę gdy ktoś śmieje się dla samego śmiechu. To sztuczne,odsłania słabość człowieka w danej chwili. Podobnie jak rozmowa z samym sobą na korcie. Jasny sygnał,że jest z tobą źle. A ten cały Waller nie był do końca uczciwym pracownikiem,skoro pozwalał sobie na lekkie flirty podczas zawierania umów.
Mogłam jednak wziąć ze sobą Marinę. Szybko by się otrząsnął.
Nie rozumiem co w tym śmiesznego – odparłam zimnym tonem.
Jest pani bardzo dociekliwa.
Czy to jakiś problem? – zaczynałam się irytować.
Ależ skąd – zaprzeczył szybko – To po prostu...ciekawa cecha
Serio?
Uniosłam podbródek i zmrużyłam oczy.
A więc twierdzi pan,że jestem wścibska?
Wisiało mi to,co mnie myślał. Chciałam popatrzeć jak będzie się tłumaczył.
N-nie – wyjąkał – Lubię kiedy kobiety są ciekawskie.
Ach,w ten sposób.
Przyzna pani,że to dodaje kobiecie charakteru. – ciągnął swój nie wiadomo do czego zmierzający wywód.
Owszem – skinęłam głową na kelnerkę,która przyniosła nam sake,po czym nalałam sobie porcję do małej miseczki. – Ale może tez doprowadzić do zguby,jeśli przekracza pewien poziom.
Na przykład jaki? – nerwowo nalał sobie porcję sake.
Wtedy,gdy ktoś za bardzo wtyka nos w nie swoje sprawy.
Splótł dłonie na stole i spuścił głowę nieco zażenowany. Czyli dotarło.
Przez chwilę milczeliśmy popijając sake. Waller próbował dobrać słowa by skutecznie poprawić swój wizerunek. Nie miał chyba pojęcia,że rzutuje to na opinii jego firmy. Poważnie,co chciało osiągnąć Nike wysyłając kogoś takiego?
Podano sushi i od razu zrobiłam się głodna. Przypomniały mi się te wszystkie rybne cuda z Melbourne,którymi karmił mnie(dosłownie)Rafael i zachichotałam pod nosem.
Coś nie tak? – Mężczyzna zmarszczył brwi ujmując pałeczki.
Wszystko dobrze,dziękuję.
Mam nadzieję,że pani posmakuje – dodał lodowato uprzejmym tonem.
Ja również. – odparłam przysuwając bliżej talerz.
Kiepsko sobie radziłam z pałeczkami,więc minęła chwila zanim zdołałam spróbować tutejszej wersji japońskiego przysmaku. A kiedy w końcu mi się udało,wydałam z siebie cichy jęk zachwytu.
To naprawdę jest pyszne – przyznałam "polując" na kolejny kawałek.
Mówiłem – mruknął Amerykanin grzebiąc pałeczkami w swojej wegetariańskie porcji.
Jedzenie było dobre,ale nie dlatego tu przyszłam. Pora zacząć biznes.
Dobrze – zagaiłam odkładając pałeczki i nachylając się nad stołem. Dobrze,że nie ubrałam bluzki z dekoltem. – Oboje wiemy,że nie jesteśmy tu po to by rozmawiać o mentalności kobiet i delektować się sushi. Proszę przejść do rzeczy.
Ach tak – ocknął się,jakby zapomniał,że to nie jest randka,ale bądź co bądź spotkanie biznesowe.
Czekałam cierpliwie,aż wypije łyk sake i otrze usta i dłonie chusteczką.
A więc...wie pani zapewne,że od roku zarówno pani jak i Rafael są największą reklamą naszej firmy...
Nie miałam o tym pojęcia. Myślałam,że wasza największa gwiazda to Szarapowa. – odparłam bez cienia dezorientacji.
Cóż,notowania się zmieniają... – wzruszył ramionami – Maria oczywiście również jest cenną klientką,jednakże pani i pani narzeczony dużo bardziej.
Co w związku z tym?
Wie pani zapewne,że w związku z wysoką rangą projektujemy dla Marii własną linię ubrań.
Grzech nie wiedzieć. Jest carycą kortowej mody.
Tak... – skinął powoli głową – Od czasu jej największych sukcesów robimy to dla niej nieprzerwanie.
O ile się nie mylę to Rafa również ma specjalną linię?
Właśnie. I to również ze względu na jego status.
Wciąż nie rozumiem co ja mam z tym wspólnego.
Już tłumaczę. Otóż pomyśleliśmy,że skoro są państwo razem... – przerwał widząc moje nieco gniewnie uniesione brwi. – To możemy zaprojektować specjalną serię i dla was. Oczywiście za państwa zgodą...
I już?Po to ta cała awangarda?Po zgodę na zaprojektowanie specjalnej linii ciuchów sportowych?
Dostaną państwo oczywiście większe wynagrodzenie...
Oho,wróć. Nie powinien był tego mówić. Nie,jeśli liczył na pomyślna transakcję.
Muszę porozmawiać z Rafaelem – odpałam uprzejmie,sięgając po pałeczki. – W końcu to dotyczy nas obojga.
Rozumiem – odparł marszcząc brwi. Wyraźnie nie tego się spodziewał.
Ale zanim to zrobię,może pokaże mi pan umowę?
Umowę?
Tak. Chyba,że zakładał pan z góry,że odmówię.
Prawdę mówiąc nie,ale sprawa jest jeszcze świeża. Umowa pojawi się,jeśli państwo wyrażą zgodę.
Ach tak.
Wiedziałam,że coś tu jest nie tak...
Zajęliśmy się przez chwilę swoim sushi i popatrzyłam na zegarek.
Robi się późno – stwierdziłam. – Mam jutro mecz,rozumie pan. I tak przyleciałam na turniej nieco później,więc powinnam rano porządnie potrenować. Nie chcę mieć też kłopotów z dyrekcją.
Jasne.
Wstałam i chwyciłam swój płaszcz. Waller zrobił to samo.
Zamówię pani taksówkę – oznajmił,po czym zostawił na stole pieniądze.
Nie trzeba. Już i tak płacił pan za kolację.
To sama przyjemność. – zapewnił ubierając się.
Dam sobie radę – tym razem nie ustępowałam.
No dobrze. – westchnął doganiając mnie przy wyjściu. – Proszę,niech pani to weźmie.
Wręczył mi małą,sztywną karteczkę papieru.
To moja wizytówka. Gdyby państwo się zdecydowali,proszę dać mi znać.

Z pewnością – powiedziałam chowając świstek do kieszeni i odchodząc w ciemność zostawiając tego pewnego siebie Amerykanina samemu sobie.

Suuuuuuuuussssssssssshiiiiiiiii. Kocham <3
Chciałabym serdecznie podziękować za ponad 5000 wyświetleń. Serce rośnie,kiedy patrzy się na taką statystykę. <3
No,dziś troszeczkę krótszy rozdział,nie męczcie oczu na weekend,za to zostawiam Was z przemyśleniami do następnego tygodnia ;)
Buziaki!
Gatique

2 komentarze:

  1. Jakiś dziwny ten gość, jakby chciał Kingę poderwać... :/ Szanowny panie, zostaw ją Rafie!
    Chociaż skoro przypominał Kindze Rafę, to coś w tym musi być... Czyżby miało to zostać rozwinięte?... Aż się boję.
    Do następnego :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziwna osoba z tego Wallera. Sądzę, że właśnie ze względu na wygląd to właśnie on został wysłany na tą kolację. Dobrze, że Kinga była taka asertywna. Moda tenisowa... Chyba już wspominałam, że się tym interesuję, ale nie będę zadręczać moimi przemyśleniami na ten temat;]

    OdpowiedzUsuń