–
Na pewno chcesz iść sama? –
spytała Marina gdy złapałam w rękę czarną kopertówkę i
poprawiałam spięte w koński ogon proste,ciemnobrązowe włosy.
–
Na pewno. – oznajmiłam z
naciskiem odklejając się od lustra.
–
Wiesz,jestem twoją
menadżerką,powinnam...
–
Nie – przerwałam jej – Nie
możesz wiecznie mnie wyręczać. Powinnam umieć załatwić coś
sama.
–
Dobra,dobra – skapitulowała
podkładając poduszkę pod plecy. – Tylko się upewniam.
Oblizałam
usta.
–
W porządku. Widzimy się
później.
Zeszłam
na dół i udałam się do taksówki. Kolacja miała się odbyć w
jakiejś eleganckiej restauracji nieopodal. Sama nie wiem czemu nie
mógł to być po prostu hotel.
Miałam
na sobie kremową bluzkę wiązaną na szyi,czarne rurki i blade
szpilki pod kolor bluzki. Moje włosy były dziś wyjątkowo
oporne,więc wyprostowałam je i związałam.
Nie
byłam pewna,czy mój ubiór jest odpowiedni. Mógł być zarówno
zbyt poważny,jak i zbyt luźny. Kolacyjki ze sponsorami to nie jest
coś co przytrafia mi się często. To Rafael zazwyczaj załatwia
takie rzeczy. Owszem,od czasu do czasu się z nim gdzieś pokazuję
dla dobra własnego,ale nigdy nie byłam na takim czymś sama. Tym
bardziej dziwne jest to,że to właśnie ja miałam to spotkanie,a
nie on.
Nie
martwię się zerwaniem kontraktu. Marina co jakiś czas informuje
mnie o coraz to nowych propozycjach,ale zdecydowanie je odrzucam. Nie
zależy mi na kasie,chociaż Nike płaci nieźle. Wolę po prostu
dobrze wyglądać. Nie zmienia to jednak faktu,że nie jestem
najlepsza osobą do biznesowych transakcji.
Restauracja
znajdowała się daleko,co było kolejnym zaskoczeniem. Nie sądziłam
bowiem,że Stanford jest tak wielkie.
Restauracja
sprawiała wrażenie dość elegankiej i w duchu ściskałam kciuki w
nadziei,że ubrałam się wystarczająco dobrze.
Był
to nowoczesny budynek,pomalowany na biało,z dwoma kolumnami w stylu
gotyckim przed wejściem.
No,raz
kozie śmierć – pomyślałam
przekraczając próg budynku.
Wystój
wnętrza w niczym nie przypominał nowoczesnego z zewnątrz. Ściany
miały barwę ciemnej czerwieni,popadającej w bordo. Stoliki i
krzesła były wykonane z prostego drewna,ale dekoracje w stylu
japońskim nadawały im bardzo nastrojowy wygląd.
Zaraz
zaraz...japoński?
I
wtedy dotarło do mnie,że jestem w restauracji specjalizującej się
w podawaniu sushi. No super. Uwielbiałam sushi,ale było bardzo
drogie i trochę głupio jest pozwalać by ktoś płacił za ciebie.
Kolejny
powód przemawiający za wariantem oferty nie do odrzucenia.
Ludzi
było mało;jakaś japońska albo chińska rodzina,para nastolatków
i jakiś samotny biznesmen rozmawiający przez telefon nad miską
chiriashi. I jeden facet siedzący samotnie przy stoliku numer
siedemnaście. Gdy go tylko dostrzegłam,uśmiechnął się i skinął
głową.
Był
w wieku Spencera,a może nawet ciut młodszy. Miał włosy w kolorze
brudnego blondu postawione na żel. Na twarzy rysował się cień
kilkudniowego zarostu.
Był
szczupły i wysoki. Ubrał się w prostą niebieską koszulę i
czarne spodnie. W jego brązowych,ciepłych oczach dało się
dostrzec zaciekawienie i nutkę podziwu.
–
Panna Kolat? – spytał niskim
nieco zachrypniętym głosem,od którego dostałam gęsiej skórki.
A
to ciekawe,bo na balu tak samo odezwał się do mnie Rafael...
Mam
deja vu.
Przełknęłam
nerwowo ślinę. Męczyzna uśmiechnął się półgębkiem,a na jego
policzku pojawiła się zmarszczka.
Rafa
też takie ma...
–
Tak,to ja – odparłam nieco
piskliwie. Trzeba się opanować. Był przystojny,cholernie
przystojny,ale ja miałam przecież narzeczonego,w którym kocham się
od dwóch lat. Czemu każdy przystojny facet tak na mnie działa?
–
Miło mi. – odparł,a gdy
wyciągnęłam lekko rękę,dotknął jej lekko ustami
–
Hm...a pan nazywa się...?
–
Och,proszę wybaczyć moje
maniery,ale zapominam się przy tak pięknych kobietach. – posłał
mi rozbrajający uśmiech. – Nazywam się Jared Waller.
Proszę,oni
wszyscy myślą,że jak się ładnie uśmiechną to
pozamiatane?Niezła pewność siebie...
–
Proszę,niech pani usiądzie.
Szarmancko
odsunął mi krzesło,a sam zajął miejsce naprzeciwko. Szybko
odwróciłam wzrok.
–
A więc...preferuje pan sushi –
palnęłam na poczekaniu.
–
Owszem – skinął głową. –
Pani chyba też z tego co wiem.
Skąd?
–
Och tak. Mój narzeczony zabrał
mnie kiedyś do swojej ulubionej restauracji z sushi w Melbourne i od
tamtej pory je uwielbiam.
–
Ach tak,słyszałem,pani
narzeczony. Pozwoli pani,że pogratuluję.
–
Dziękuję. – odparłam
niepewnie. Wzięłam do ręki menu starając się unikać kontaktu
wzrokowego. Jego oczy może i były ciepłe,ale jeśli dłużej się
w nie patrzyło można się było oparzyć.
–
Jest pani głodna?Pozwolę sobie
postawić pani kolację...
–
Ależ nie trzeba –
zaprotestowałam odkładając kartę. – Naprawdę. Ja...
–
Nalegam – oznajmił stanowczo.
Uniósł prowokująco brwi. – To drobiazg. I w końcu to ja panią
zaprosiłem. Nawiasem mówiąc,cieszę się,że pani przyszła.
–
Ja również się cieszę. –
skłamałam.
Prawdę
mówiąc,nie miałam innego wyjścia. Kolacje ze sponsorami to część
życia tenisisty. Zupełnie jak starty w turniejach.
–
A więc na co ma pani ochotę?
Na
to,żebyś skończył tą głupią grę wstępną i przeszedł do
rzeczy.
–
Może mi pan coś poleci?W końcu
gustuje pan w tej kuchni.
–
A więc może pikantny
tuńczyk?Jest świetny.
–
Może być.
–
Pije pani sake?
–
Nigdy nie piłam,ale mogę
spróbować – zgodziłam się uprzejmie.
Tylko
nie za dużo,bo jeśli chce mnie spić by osiągnąć sukces może od
razu drzeć papiery.
Waller
przywołał kelnerkę skinieniem ręki i złożył zamówienie.
Zapadła niezręczna cisza.
Uśmiechnął
się po raz kolejny,chcąc ją rozproszyć,ale niespecjalnie mi to
pomogło. Mimo to odchrząknęłam i odezwałam się pierwsza:
–
Od jak dawna pracuje pan w
Nike?Współpracuję z wami od ponad roku,ale pana do tej pory nie
spotkałam.
–
I wielu pracowników także. –
przytaknął – Zna pani wyłącznie tych współpracujących z
tenisistami.
–
Nie rozumiem – zmarszczyłam
brwi.
–
To proste. Przeniesiono mnie.
–
Można wiedzieć dlaczego?
Roześmiał
się i odchylił na krześle stukając palcami o blat.
Nie
znoszę gdy ktoś śmieje się dla samego śmiechu. To
sztuczne,odsłania słabość człowieka w danej chwili. Podobnie jak
rozmowa z samym sobą na korcie. Jasny sygnał,że jest z tobą źle.
A ten cały Waller nie był do końca uczciwym pracownikiem,skoro
pozwalał sobie na lekkie flirty podczas zawierania umów.
Mogłam
jednak wziąć ze sobą Marinę. Szybko by się otrząsnął.
–
Nie rozumiem co w tym śmiesznego
– odparłam zimnym tonem.
–
Jest pani bardzo dociekliwa.
–
Czy to jakiś problem? –
zaczynałam się irytować.
–
Ależ skąd – zaprzeczył
szybko – To po prostu...ciekawa cecha
Serio?
Uniosłam
podbródek i zmrużyłam oczy.
–
A więc twierdzi pan,że jestem
wścibska?
Wisiało
mi to,co mnie myślał. Chciałam popatrzeć jak będzie się
tłumaczył.
–
N-nie – wyjąkał – Lubię
kiedy kobiety są ciekawskie.
Ach,w
ten sposób.
–
Przyzna pani,że to dodaje
kobiecie charakteru. – ciągnął swój nie wiadomo do czego
zmierzający wywód.
–
Owszem – skinęłam głową na
kelnerkę,która przyniosła nam sake,po czym nalałam sobie porcję
do małej miseczki. – Ale może tez doprowadzić do zguby,jeśli
przekracza pewien poziom.
–
Na przykład jaki? – nerwowo
nalał sobie porcję sake.
–
Wtedy,gdy ktoś za bardzo wtyka
nos w nie swoje sprawy.
Splótł
dłonie na stole i spuścił głowę nieco zażenowany. Czyli
dotarło.
Przez
chwilę milczeliśmy popijając sake. Waller próbował dobrać słowa
by skutecznie poprawić swój wizerunek. Nie miał chyba pojęcia,że
rzutuje to na opinii jego firmy. Poważnie,co chciało osiągnąć
Nike wysyłając kogoś takiego?
Podano
sushi i od razu zrobiłam się głodna. Przypomniały mi się te
wszystkie rybne cuda z Melbourne,którymi karmił
mnie(dosłownie)Rafael i zachichotałam pod nosem.
–
Coś nie tak? – Mężczyzna
zmarszczył brwi ujmując pałeczki.
–
Wszystko dobrze,dziękuję.
–
Mam nadzieję,że pani posmakuje
– dodał lodowato uprzejmym tonem.
–
Ja również. – odparłam
przysuwając bliżej talerz.
Kiepsko
sobie radziłam z pałeczkami,więc minęła chwila zanim zdołałam
spróbować tutejszej wersji japońskiego przysmaku. A kiedy w końcu
mi się udało,wydałam z siebie cichy jęk zachwytu.
–
To naprawdę jest pyszne –
przyznałam "polując" na kolejny kawałek.
–
Mówiłem – mruknął
Amerykanin grzebiąc pałeczkami w swojej wegetariańskie porcji.
Jedzenie
było dobre,ale nie dlatego tu przyszłam. Pora zacząć biznes.
–
Dobrze –
zagaiłam odkładając pałeczki i nachylając się nad stołem.
Dobrze,że
nie ubrałam bluzki z dekoltem. – Oboje
wiemy,że nie jesteśmy tu po to by rozmawiać o mentalności kobiet
i delektować się sushi. Proszę przejść do rzeczy.
–
Ach tak – ocknął się,jakby
zapomniał,że to nie jest randka,ale bądź co bądź spotkanie
biznesowe.
Czekałam
cierpliwie,aż wypije łyk sake i otrze usta i dłonie chusteczką.
–
A więc...wie pani zapewne,że
od roku zarówno pani jak i Rafael są największą reklamą naszej
firmy...
–
Nie miałam o tym pojęcia.
Myślałam,że wasza największa gwiazda to Szarapowa. – odparłam
bez cienia dezorientacji.
–
Cóż,notowania się
zmieniają... – wzruszył ramionami – Maria oczywiście również
jest cenną klientką,jednakże pani i pani narzeczony dużo
bardziej.
–
Co w związku z tym?
–
Wie pani zapewne,że w związku
z wysoką rangą projektujemy dla Marii własną linię ubrań.
–
Grzech nie wiedzieć. Jest
carycą kortowej mody.
–
Tak... – skinął powoli głową
– Od czasu jej największych sukcesów robimy to dla niej
nieprzerwanie.
–
O ile się nie mylę to Rafa
również ma specjalną linię?
–
Właśnie. I to również ze
względu na jego status.
–
Wciąż nie rozumiem co ja mam z
tym wspólnego.
–
Już tłumaczę. Otóż
pomyśleliśmy,że skoro są państwo razem... – przerwał widząc
moje nieco gniewnie uniesione brwi. – To możemy zaprojektować
specjalną serię i dla was. Oczywiście za państwa zgodą...
I
już?Po to ta cała awangarda?Po zgodę na zaprojektowanie specjalnej
linii ciuchów sportowych?
–
Dostaną państwo oczywiście
większe wynagrodzenie...
Oho,wróć.
Nie powinien był tego mówić. Nie,jeśli liczył na pomyślna
transakcję.
–
Muszę porozmawiać z Rafaelem –
odpałam uprzejmie,sięgając po pałeczki. – W końcu to dotyczy
nas obojga.
–
Rozumiem – odparł marszcząc
brwi. Wyraźnie nie tego się spodziewał.
–
Ale zanim to zrobię,może
pokaże mi pan umowę?
–
Umowę?
–
Tak. Chyba,że zakładał pan z
góry,że odmówię.
–
Prawdę mówiąc nie,ale sprawa
jest jeszcze świeża. Umowa pojawi się,jeśli państwo wyrażą
zgodę.
–
Ach tak.
Wiedziałam,że
coś tu jest nie tak...
Zajęliśmy
się przez chwilę swoim sushi i popatrzyłam na zegarek.
–
Robi się późno –
stwierdziłam. – Mam jutro mecz,rozumie pan. I tak przyleciałam na
turniej nieco później,więc powinnam rano porządnie potrenować.
Nie chcę mieć też kłopotów z dyrekcją.
–
Jasne.
Wstałam
i chwyciłam swój płaszcz. Waller zrobił to samo.
–
Zamówię pani taksówkę –
oznajmił,po czym zostawił na stole pieniądze.
–
Nie trzeba. Już i tak płacił
pan za kolację.
–
To sama przyjemność. –
zapewnił ubierając się.
–
Dam sobie radę – tym razem
nie ustępowałam.
–
No dobrze. – westchnął
doganiając mnie przy wyjściu. – Proszę,niech pani to weźmie.
Wręczył
mi małą,sztywną karteczkę papieru.
–
To moja wizytówka. Gdyby
państwo się zdecydowali,proszę dać mi znać.
–
Z pewnością – powiedziałam
chowając świstek do kieszeni i odchodząc w ciemność zostawiając
tego pewnego siebie Amerykanina samemu sobie.
Suuuuuuuuussssssssssshiiiiiiiii. Kocham <3
Chciałabym serdecznie podziękować za ponad 5000 wyświetleń. Serce rośnie,kiedy patrzy się na taką statystykę. <3
No,dziś troszeczkę krótszy rozdział,nie męczcie oczu na weekend,za to zostawiam Was z przemyśleniami do następnego tygodnia ;)
Buziaki!
Gatique
Jakiś dziwny ten gość, jakby chciał Kingę poderwać... :/ Szanowny panie, zostaw ją Rafie!
OdpowiedzUsuńChociaż skoro przypominał Kindze Rafę, to coś w tym musi być... Czyżby miało to zostać rozwinięte?... Aż się boję.
Do następnego :*
Dziwna osoba z tego Wallera. Sądzę, że właśnie ze względu na wygląd to właśnie on został wysłany na tą kolację. Dobrze, że Kinga była taka asertywna. Moda tenisowa... Chyba już wspominałam, że się tym interesuję, ale nie będę zadręczać moimi przemyśleniami na ten temat;]
OdpowiedzUsuń