Tekst

niedziela, 29 listopada 2015

2.18 Lustro


Tygodnie skaczą po sobie w tak szaleńczym tempie,że nawet nie zdążyłam mrugnąć. Wygrałam turniej w Stanford. Zawsze to jakiś mały plusik na koncie przygotowanie do Us Open. W finale zrewanżowałam się za porażkę w Wimbledonie niejakiej Sabine Lisicki. Niby szybki korty sprzyjają tym,którzy mają dobry serwis a jednak są wyjątki od reguły.
Następny w kolejce był Rogers Cup w Toronto,gdzie przegrałam dopiero w półfinale z Sereną Williams. Trochę było drętwo,bo mężczyźni co prawda też rozgrywają ten turniej,tyle,że w Montrealu. Ale przynajmniej rozmowy są tańsze.
Potem następny wielki turniej w Cincinnati. Ten,w którym w zeszłym roku odpadłam w trzeciej rundzie. Tym razem niewiele lepiej,bo dotarłam do ćwierćfinału.
Zeszłoroczną edycję wspominam jednak lepiej. Gisela poznała się bliżej z Juanem a ja miałam okazję spotkać się z Rafą pierwszy raz po pamiętnych wakacjach. I tylko to rozmijanie się mogło popsuć mi humor...
Minęłam kilka razy moją ukochaną Karolinkę,ta jednak była tak zajęta demonstrowaniem miłości do swojego lubego,że nie miała czasu rzucać zjadliwych uwag. Miała za to czas trzepotać rzęsami i śmiać się,kiedy pojawiałam się w pobliżu.
Lepiej nie wchodzić w drogę prawdziwej miłości.
Żal mi było tylko tego jej Rory'ego. Widać było,że chłopak ma jej czasem dość. I kto by nie miał?
Przez organizatorów miała większą satysfakcję,skoro nie było ze mną Rafy. Tak się zastanawiam,czy dotarła do niej informacja o ślubie?Wiem,że rozeszła się na cały świat,ale nigdy nic nie wiadomo. A jeśli nie,nie mogę się doczekać by powiedzieć jej to osobiście.
Wyraz jej twarzy z tego momentu powinno się namalować i postawić w muzeum.
A co do samego ślubu to czasem mam wrażenie,że czar prysł. Było cudownie przez kilka dni,a teraz jest tak samo jak było wcześniej. Te oświadczyny miały być przełomem w moim życiu,ale na razie tego nie odczuwam. Obym się myliła i żeby wszystko było dobrze.
Powracamy do Nowego Jorku. W zeszłym roku tyle się tu wydarzyło,że nie wiem co wspominać. Widoki na Manhattan,randki Giseli i Juana,aferę z paparazzii czy może zwycięstwo Rafaela?Wszystko po trochu odcisnęło swoje piętno na mej duszy. Nic nie będzie jednak takim cierniem jak zdemaskowanie nas. To była chyba najgorsza rzecz w moim życiu. No,może treningiem z Fernando,ale pomińmy to. Po tym zajściu długo nie mogłam zmrużyć w nocy oka,a gdy już się wszystko wyjaśniło czułam się jak piórko,ale gdybym mogła usunęłabym to wspomnienie z pamięci najszybciej jak się da.
Znów zatrzymujemy się na Manhattanie. Rodzinna tradycja pielęgnowana z każdym rokiem,ale nie mam nic przeciwko. Apartament jest tak duży,że pomieści całą rodzinę,ten sam co w zeszłym roku o ile dobrze pamiętam. No i wszelkie luksusy. Nie będę udawać,że pieniądze mnie nie interesują,że szczęścia nie dają i tym podobne bzdury. Owszem,nie kocham Rafaela ze względu na jego pieniądze,ale nie ukrywam,że bardzo mi to schlebia. Której kobiecie by nie schlebiało?Wszystkie jesteśmy takie same,lepsze,gorsze,ale jednak kobiety. Jeden duch i jedno ciało.
Jakby luksusów było mało,miejsca jest ciut więcej,bo Marina i Spencer przyjadą dopiero pod koniec pierwszego tygodnia turnieju. Jest przecież początek września i trzeba poznać płeć dziecka. Nie mogę wytrzymać z ciekawości. Ostatnio nawet wspólnie z Rafą i Maribel zgadywaliśmy płeć. Oczywiście każdy odpowiadał za swoją,a że nas było dwie to cóż zrobić?Demokracja. Tyle,że z życiem to ona nie ma nic wspólnego.
Dawno też nie widziałam Giseli. Po tych wakacjach nie odezwała się ani słowem,więc mam nadzieję,że nie porwali jej jacyś tubylcy czy coś. Jej nazwisko jest wpisane na listę startową,ale kto wie co tam się działo? Mam nadzieję,że spotkamy się niedługo na mieście.
Pierwszym co zrobiłam po wejściu do apartamentu było wyjście na taras. Wciągnęłam w płuca zapach Nowego Jorku i pozwoliłam,by wiatr owionął moją twarz,a ucho wyłapało trąbienie klaksonów,przekleństwa kierowców we wszystkich językach świata a także szum przejeżdżających obok innych pojazdów. Tak. To zdecydowanie jest Nowy Jork.
Tęskniłaś? – spytał Rafael wchodząc do naszej sypialni z bagażami. Jego mięśnie seksownie napinały się pod ich ciężarem.
Trochę – zachichotałam zasuwając przeszklone drzwi i podążając za nim. Taras był bowiem w przedpokoju. – Nigdzie na świecie nie jest tak jak tutaj.
To prawda – przytaknął – Dlatego tak bardzo lubię Manhattan.
Ty? – Uniosłam prowokująco brew – Facet,który oddałby majątek,gdyby ktoś zagroził,że w przeciwnym razie zniszczy jego miasteczko?
Mhm – mruknął obejmując mnie w talii – Właśnie tak. Kocham Nowy Jork za to wszystko,co jest tak różne od Manacor.
Gwar,szum,tłumy ludzi śpieszące na wyprzedaże? – podsunęłam muskając palcami jego policzki. Przed rozpoczęciem turnieju jego twarz zawsze była gładka i przyjemna w dotyku,ale w drugim tygodniu zawsze porastał ją kilkudniowy zarost. Nie,żebym to uwielbiała,ale skoro nie chciał się golić to nie mogłam na niego wpłynąć. No chyba,że wyraźnie zacząłby mnie drapać. Wtedy już musiał coś z tym zrobić.
To i tak jest nic. Marina ma gorzej i nie narzeka. Przynajmniej kiedy ma dobry humor,a prawdopodobieństwa trafienia na ciężarną kobietę w maksymalnie dobrym nastroju równa się trafieniu szóstki w totka. Zawsze jakieś,ale niewielkie.
Dodałbym jeszcze budzenie się przy dźwiękach ulic i z tobą u boku – uśmiechnął się i ujął moją twarz w dłonie. Pocałował mnie głęboko i namiętnie,a ja z chęcią oddałam pocałunek.
Budzisz się ze mną co rano – zauważyłam odsuwając usta.
Nieprawda. Przez te dwa tygodnie budziłem się sam. I zgadnij?Było mi cholernie niewygodnie. I pusto
Tak samo mówiłeś,gdy wyjechałam od ciebie za pierwszym razem...Że tęsknisz za moim zapachem i dotykiem...
Wzruszył ramionami jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Widzisz?Już wtedy kochałem cię tak bardzo,że nie chciałem cię wypuścić choćby na sekundę. A mijało tyle czasu.
Serce mi się ścisnęło. Nie miałam pojęcia,że kiedy byłam u niego pierwszy raz już mnie kochał. Prawdę mówiąc to do końca w to nie wierzyłam. Że mnie lubił,to na pewno. Że się zauroczył,to też. Ale nigdy bym nie przypuszczała,że już wtedy mnie kochał.
Gisela podsunęła mi kiedyś artykuł na temat facetów i ich podejścia do miłości. Wynikało z niego,że mężczyźni zakochują się już po trzech randkach,a kobiety gdzieś po czternastu!I proszę,jest to prawda. Oczywiście naszych...hmm....spotkań nie można było zaliczyć jako randki,ale jako kroki na ścieżce do zakochania się-owszem. Jakie właściwie były moje?Szybkie i pewne,czy długie i mozolne?Sama nie mogłam tego przed sobą rozstrzygnąć,ale teraz to nieistotne.
A teraz?-spytałam szeptem – Jak bardzo mnie kochasz?
Tak bardzo.
Zafundował mi kolejny głęboki pocałunek i popchnął w kierunku łóżka. Wylądowałam miękko plecami na delikatnej pościeli i wsunęłam palce w jego włosy. Odchyliłam głowę i zaczął muskać wargami moją szyję. Westchnęłam przeciągle. Jego usta schodziły w dół aż do dekoltu. Poczułam jego ręce wspinające się pod moją bluzką. Łapczywie wpiłam się w jego usta. Nieco zaskoczony odwzajemnił pocałunek. Teraz jego ręce dla odmiany powędrowały w dół,do rozporka moich spodni. Odpiął guzik i rozsunął rozporek z cichym szelestem,gdy nagle usłyszeliśmy,że drzwi się otwierają. Tylko jedna osoba mogła się zjawić w tak nieodpowiednim momencie.
Hmm... – mruknął i zmarszczył brwi patrząc,jak Rafael pospiesznie schodzi ze mnie i wygładza koszulę,a ja zapinam spodnie i poprawiam włosy.
Może zeszlibyście łaskawie na dół pomóc nam się rozpakować? – spytał jadowitym tonem,ale przynajmniej powstrzymał się od komentarza na temat tego,czym się aktualnie zajmujemy.
Tak,już idziemy – mruknął Rafael nie patrząc wujowi w oczy. Ten zamiast tego przeszył mnie wściekłym spojrzeniem mówiącym "Że też masz czelność!". Skrzyżowałam więc ręce na piersi i ruszyłam za nim na dół.
W rzeczywistości nie chodziło o pomoc przy rozpakowywaniu się,ale samą chęć przerwania nam zbliżeń. I ja mam uwierzyć,że jego można zrozumieć?
Kiedy "skończyliśmy" zajmować się czymś co miało nas jedynie rozdzielić,zadzwonił telefon Rafaela. Zmarszczyłam brwi i przysłuchiwałam się rozmowie.
Juan?...Tak. Już jesteście?...Świetnie...Lunch jutro?Ok,nie ma sprawy...pa!.
Spojrzałam na niego pytająco.
Juan i Gisela zapraszają nas jutro na lunch.
To super. Starbuck's? – uniosłam brew.
Roześmiał się.
Tak. Ale tym razem bez obaw.
To takie dziwne,że rok temu kryliśmy się ile można,a teraz nie kryjemy się z zamiarem ślubu. No,ale jak już wspomniałam-życie bywa skomplikowane.
Czyli co? Oficjalnie możemy im nadać status "w związku"? – spytał Rafael nalewając sobie soku do szklanki.
Myślę,że tak – przejechałam ręką po blacie,po czym wskoczyłam na niego. – Byli razem na wakacjach,więc wątpię,żeby wciąż łączyły ich tylko przyjacielskie stosunki.
Rafael zakrztusił się sokiem,gdy próbował parsknąć śmiechem. Kaszlnął kilka razy i odetchnął po czym oznajmił:
Wszyscy wiemy,jak wakacje potrafią się skończyć.
Rozciągnęłam usta w uśmiechu i oblizałam wargi,gdy się do mnie zbliżył.
Oj tak. I wiemy też co może nastąpić podczas nich. Coś,co tak bestialsko przerwał nam twój wuj...
Zbliżyłam twarz do niego i pocałowałam delikatnie skubiąc jego wargi. Jego ręce w błyskawicznym tempie zacisnęły się wokół moich pleców i w talii. Zjechał ustami niżej,do mojej szyi,zaś jego ręce splotły się z moimi.
Rafael,skarbie,możesz na chwilę tu przyjść? – rozległ się nagle głos Any Marii,a ja myślałam,że wrzasnę z wściekłości. Ilekroć próbujemy wejść w drugą fazę,ktoś nam musi przerwać. Zamiast krzyku zadowoliłam się westchnieniem.
Idź na górę – szepnął Rafa całując moją rękę – Zaraz wrócę.
Skinęłam więc głową i ruszyłam po skrzypiących drewnianych schodach prosto do naszej sypialni. Rzuciłam się ociężale na łóżko i zerknęłam na zegarek.
Która może być godzina w Hiszpanii? – zastanawiałam się przekrzywiając głowę. Przyjechaliśmy niecałe dwie godziny temu i mimo to,iż jestem przyzwyczajona do zmieniania stref czasowych z taką samą szybkością z jaką Fernando Verdasco zmienia kolejne dziewczyny,to czasem kompletnie nie mogłam się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Jakbym przeszła przez lustro i znalazła się w innym świecie. Cóż,po części tak jest,biorąc pod uwagę to,kim byłam w zeszłym roku i kim jestem teraz. Różnica jest kolosalna.
Biorąc pod uwagę fakt,iż tutaj jest wczesne popołudnie,na Majorce powinien zapadać wieczór przeradzający się w noc. I to tłumaczy również fakt,dlaczego jestem teraz tak napalona.
Rafa wpadł do sypialni szybciej niż się spodziewałam. Skuliłam się i przygryzłam wargę pożerając go wzrokiem.
-Chodź tu natychmiast,bo nie wiem jak długo wytrzymam.-ostrzegłam.
Będziesz musiała wytrzymać jeszcze trochę. Moja mama chce żebyśmy się stąd wyrwali. Wszyscy.
Teraz? – jęknęłam łapiąc się za głowę – W środku majorkańskiej nocy?
Wzruszył ramionami.
Możesz zostać.
I chcesz,żebym zanudziła się na śmierć oglądając „Modę na sukces”? Nie ma mowy! – prychnęłam wstając. – Daj mi chwilę


*

Jejku,ale dobrze was widzieć! – powiedziałam następnego dnia,gdy razem z Rafą wybraliśmy się na umówiony lunch z Gi i Pico.
Gisela miała na sobie ażurowy błękitny sweterek i białe dżinsy,jako że dzień do zbyt upalnych nie należał. Jej brudno blond włosy związane zostały w kok na czubku głowy odsłaniając pociągłą twarz. W uszach miała małe błękitne kolczyki w kształcie łez. Jej oczy podkreślone eyelinerem zdawały się błyszczeć. Nigdy nie widziałam jej tak podekscytowanej.
Juan wyglądał normalnie-ubrany w prosty biały T-shirt i czarne dżinsy sprawiał wrażenie eleganckiego i dostojnego mężczyzny i dodatkowo podkreślił jego latynoską urodę. A w oczy rzucała się jeszcze jedna rzecz.
Ściąłeś włosy? – spytałam przyglądając mu się krytycznie.
Odruchowo przejechał po nich ręką.
Ach,tak. Trochę.
Gisela uśmiechnęła się słodko. Dalszy komentarz odnośnie źródła nowej fryzury całkiem zbędny.
W środku barwnego,przyjaznego wnętrza panował tłok. Ludzie z całego świata gromadzili się o tej porze na lunch. Kiedy weszliśmy do środka,dwie kobiety przy stoliku najbliżej wejścia zaczęły szeptać poruszone między sobą. Pozostali po prostu się przyglądali,marszczyli czoła usiłując sobie przypomnieć ,skąd nas znają albo po prostu zajmowali się swoim lunchem.
Wygładziłam brzeg czarnej obcisłej bluzki z nadrukiem w serca czując na sobie spojrzenia tych wszystkich ludzi,podczas gdy reszta pewnie zmierzała do stolika w kącie. Najwyraźniej oni nie mieli tego samego co ja. Czasem,gdy ludzie się na mnie patrzą boję się tego co mogą pomyśleć. Czy są to dobre,czy złe rzeczy. Z reguły mam gdzieś co myślą o mnie obcy,ale jeśli jest to taki tłum,który gapi się na ciebie jak na zwierzę w klatce,nie sposób się nie denerwować.
Rafael usiadł przy stoliku bez cienia zdenerwowania na twarzy i przeczesał palcami włosy. Założył dziś prosty czerwony T-shirt polo i zwykłe dżinsy. Tak to już jest z facetami. Jeśli wydaje ci się,że wyglądasz normalnie,facet dzięki swojemu prostemu strojowi sprawi,że wyglądasz jakbyś szła na bal. I osobiście przyznam,że nie zawsze jest to korzystny układ.
Co zamawiamy? – spytał wesoło Juan opierając dłonie na blacie.
Poczekaj,dopiero co usiedliśmy – skarciła go Gisela ze śmiechem.
Ale ja jestem głodny! – jęknął.
Juan poszedł złożyć zamówienie. Kiedy wrócił,wraz z Giselą zaczęli patrzeć sobie w oczy i chichotać. Rafael i ja popatrzyliśmy po sobie.
Heloou,my tu jesteśmy – powiedziałam machając ręką.
Oderwali od siebie wzrok i odchrząknęli.
Sorry – mruknął Pico. – Ale pierwszy raz od roku czuję się taki...
Zakochany? – podsunęłam.
Szczęśliwy? – Rafa poszedł za moim przykładem.
Wolny – oznajmił Juan – Zaira była tak inna od Gi. Była zazdrosna o wszystko.
Trzeba umieć wrzucić na luz – stwierdziła krzyżując ręce na piersi i wykrzywiając lekko twarz na wspomnienie o Zairze – Najwyraźniej niektórzy nie umieją.
A propos,wiecie,że dokładnie w tym miejscu rok temu mieliście pierwszą...”randkę”.? – spytałam
Wiemy – Gisela skinęła głową – I dlatego właśnie wybraliśmy Starbucks'a na miejsce tego spotkania.
Rafa uniósł brwi z ciekawością.
Macie zamiar nam coś ogłosić?
Skądże – Juan potrząsnął głową – Nie sięgamy na razie tak daleko jak wy.
Cóż,ja nie miałem wyjścia. Wy dwoje mieszkacie w jednym kraju. Gdybym nie zaproponował ślubu,uciekłby mi ten skarb – zażartował Rafael i cmoknął mnie w skroń.
Ej,nieprawda!Oświadczyłeś mi się później. – zaprotestowałam dając mu lekkiego kuksańca w ramię.
Spaliłaś mi dowcip! – jęknął udając zawstydzenie.
-Rzeczywiście było co spalać.
Roześmialiśmy się jednocześnie. Tego mi właśnie trzeba było. Ucieczki od hotelowego zgiełku i spotkania z przyjaciółmi.
Opowiedzcie lepiej jak minęły wakacje – zaproponowałam nachylając się bliżej.
Krótko mówiąc...było cudownie – westchnęła Gisela.
Pico słysząc komplement uśmiechnął się promiennie. Najwyraźniej on także postawił sobie za cel niezapomniany wakacyjny romans przeradzający się w trwały związek i tym samym osiągnął cel.
I tyle? Liczyłam na pikantniejsze szczegóły.
Opowiem ci kiedy pójdziemy kupić ci sukienkę na Turniej Mistrzyń.
Dobra. – skinęłam głową. A potem dotarło do mnie co powiedziała. – Zaraz zaraz,co?
No Turniej Mistrzyń w Stambule – powiedziała,jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Chyba nie sądzisz,że przegapię kupowania ciuchów na taką okazję?
Pewnie,że nie. Po prostu...zapomniałam.
Dużo czasu zostało – uspokoił mnie Pico – Zdążycie.
Stary,nie wiesz,że takie przygotowania trwają miesiącami? – zaśmiał się Rafael.
No to wygląda na to,że będziecie musiały zmieścić się w jednym.

Ponownie wybuchnęliśmy śmiechem. Tak,cudownie było znowu znaleźć wśród swoich.


Tak,wiem. Nie bijcie. Miałam,że tak się wyrażę problemy techniczne,w związku z którymi nie mogłam nawet poinformować o opóźnieniu. No i jeszcze kolokwium,które udało mi się zaliczyć na 4+ ograniczało mi czas. Ale już jestem :)
So...say hello to our old friends!
Buziaki,
Gatique

2 komentarze:

  1. No to gratki za to kolokwium! Ja i tak cały czas nie wiem, jak godzisz blog ze studiami.;] Chwili nie mają Rafa z Kingą, żeby pobyć ze sobą sam na sam. Gisela w pełni szczęścia, chyba cel już ostatecznie został osiągnięty.
    Jakbyś miała chwilkę czasu, to u mnie też (wreszcie) nowość :)
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Dołączam się do gratulacji! :) A problemy techniczne to zawsze zepsują człowiekowi szyki.
    Rafa i Kinga wracają do miejsca z dobrymi wspomnieniami i rzeczywiście wreszcie mają czas dla siebie. Giseli i Pico też się układa, czyli chyba mamy ciszę przed burzą...
    Trzymaj się :*

    OdpowiedzUsuń