Zgodnie
z obietnicą złożoną Rafaelowi w spokojniejszym okresie,który
zawsze następuje po Wielkim Szlemie,urządzamy przyjęcie
zaręczynowe w pierwszą sobotę po powrocie,podczas którego
mieliśmy wszystkim wyjawić datę ślubu ustaloną kilka dni
wcześniej,a ja stwierdziłam,że najwyższy czas powiedzieć
rodzicom,że wychodzę za mąż.
–
Tak? – rozległ się w
słuchawce głos mojej matki,a ja przełknęłam ślinę,bo w głębi
duszy miałam nadzieję,że nie odbierze.
–
Hmm,cześć mamo.
–
Cześć skarbie – odparła
jakby ze zdziwieniem i strachem – Co u ciebie?
–
Wszystko dobrze – odparłam
ostrożnie – A u was?
Kaszlnęła,co
najwyraźniej miałam uznać za odpowiedź.
–
Mamo... – zaczęłam zamykając
oczy i przywołując wszystkie przećwiczone słowa,które miały
wypłynąć z moich ust – Musze ci coś powiedzieć. Wychodzę za
mąż.
Parsknęła
i zaśmiała się nerwowo.
–
I mówisz mi o tym wprost
dopiero po miesiącu od zaręczyn?
Czyli
wiedziała. No jasne.
–
Tak,wiem,że powinnam powiedzieć
wam od razu,ale uwierz mi:Nie było kiedy – odpowiedziałam jedną
z wielu regułek.
–
Czyli to takie trudne wykręcić
jeden numer i powiedzieć trzy słowa?
–
Ach,i dostać kazanie na
następne pięćdziesiąt?Wybacz,ale wolałam tego uniknąć--
odparłam zjadliwie i natychmiast zganiłam się w duchu za zbytnią
nerwowość.
–
W takim razie chciałaś,żeby
media powiedziały mi za ciebie?
–
Nie,oczywiście,że nie –
odparłam łagodniejszym tonem – Chciałam po prostu oswoić cię z
tym faktem.
–
No to ci się nie udało.
Wiem.
Ale co innego miałam powiedzieć?Że zaczęłaby panikować jak to
ma w zwyczaju?Że zrobiłaby wszystko,żeby dać mi do
zrozumienia,jak bardzo tego nie popiera?
Odetchnęłam
głęboko.
–
Mamo,przepraszam. Być może to
nie było zbyt rozsądne z mojej strony,ale...
–
Uważam,że to kompletnie
nieodpowiedzialne.
Zatkało
mnie.
–
Słucham?!
–
Znasz tego mężczyznę zaledwie
rok i już chcesz za niego wyjść?Kinga,masz dopiero dwadzieścia
trzy lata. Zdążysz jeszcze wziąć ślub.
–
Po co mam czekać?Kocham go a on
kocha mnie.
–
Bo co?Bo ci tak powiedział? –
prychnęła z pogardą.
–
I udowodnił. Wiele razy –
zacisnęłam usta.
–
Ach,no jasne. Nigdy bym nie
przypuszczała,że moja córka wyjdzie za mąż dla świetnego seksu.
Ile razy w dzieciństwie powtarzałaś,że chcesz mieć dom i dzieci?
–
Wiele – przytaknęłam – I
dla ścisłości:Nie wychodzę za Rafaela tylko dlatego,że jest
świetny w łóżku.
To
tylko bardzo korzystny dodatek.
–
Tyle dlatego,że jest dobry i
się o mnie troszczy. Jestem pewna,że tata to zrozumie. Daj mi go do
telefonu.
Moja
mama sapnęła cicho.
–
On jest... – przełknęła
ślinę – Nie ma go.
–
Gdzie jest?
–
W...pracy.
–
Jest sobota – serce zabiło mi
szybciej z niepokoju.
Westchnęła
i jęknęła żałośnie.
–
W porządku. Rozstaliśmy się.
–
Co?!
Usiadłam
na małym fotelu w salonie i dotknęłam skroni. Zamrugałam szybko
chcąc przegonić cisnące się do oczu łzy.
–
Tak. To dłużej nie miało
sensu. Nie odzywaliśmy się do siebie przez tydzień,a gdy zarzucił
mi,że zabieram ci pieniądze,nie wytrzymałam.
–
Przecież to ja wysyłam wam
pieniądze – powiedziałam ze zdziwieniem wymieszanym z rozpaczą.
–
Jemu to powiedz-mruknęła
pociągając nosem.
–
Gdzie teraz mieszka?
-U
swojego brata.
Przestałam
powstrzymywać łzy.
–
Od jak dawna to trwa?
–
Wyprowadził się tydzień temu.
Pokiwałam
głową. Łzy kapały na materiałowe obicie.
–
Dlaczego nie zadzwoniłaś?
–
Mogłabym ci zadać to samo
pytanie-odparła ponuro.
Trafiony,zatopiony.
Zdusiłam
szloch na tyle,by oznajmić:
–
Zadzwonię jutro. Trzymaj się
mamo.
A
potem tama puściła i rozszlochałam się na dobre wtulając twarz w
poduszkę.
Wiedziałam,że
tak będzie. Jakąś cząstką duszy to przewidywałam. Moi rodzice
prawie się nie kłócili przed moją przeprowadzką. Więc to była
tylko i wyłącznie moja wina.
–
Kinga jesteś tu? – rozległo
się wołanie Any Marii w parze z ciężkimi krokami na schodach do
naszego mieszkania.
–
W salonie – pociągnęłam
nosem i otarłam oczy rękawem.
Twarz
jej się rozjaśniła gdy weszła.
–
Och skarbie dobrze,że jesteś.
Rafael dzwonił do mnie i mówił,że twój telefon był zajęty. Nie
ma w sklepie buraków i... – zmarszczyła brwi – Ojej,co się
stało?
–
Nic takiego – skłamał mój
głos,ale zapuchnięte oczy zdradzały prawdę.
–
Daj spokój,widzę,że coś się
dzieje.-usiadła na brzegu białej materiałowej sofy i wzięła mnie
za rękę. – Powiedz o co chodzi.
–
Co chciał Rafael? – Puściłam
jej słowa mimo uszu.
–
Nigdzie nie mają świeżych
buraków,więc ten twój barszcz chyba odpada.
–
Och,trudno. Ale jeśli ma pani
pomidory to mogę zrobić zwykłą pomidorową zupę.
–
Dobrze – skinęła głową –
Ale teraz powiedz mi dlaczego płaczesz.
Odetchnęłam
głęboko i zamknęłam oczy. Jeszcze raz uścisnęła pocieszająco
moją dłoń.
–
Zadzwoniłam do mamy,żeby jej
powiedzieć o weselu. Oczywiście zganiła mnie za to,że nie
powiedziałam jej do tej pory...a potem powiedziała,że rozstała
się z ojcem. Przeze mnie.
Oczy
Any Marii rozszerzyły się i błysnął w nich żal.
–
Biedactwo,przecież to nie twoja
wina. Nie możesz siebie winić za to,że twoi rodzice przestali się
kochać – powiedziała łagodnie.
–
Ale zanim się wyprowadziłam
wszystko było w porządku...
Pokręciła
głową wprawiając w ruch delikatne perłowe kolczyki.
–
Równie dobrze mogli się
kłócić,gdy ty wyjeżdżałaś. Wiesz mi,Sebastian i ja kłóciliśmy
się dużo wcześniej zanim postanowiliśmy się rozstać. A gdy
podjęliśmy już tą decyzję,Rafaela przy nas nie było. A
wolałabyś gdyby ciągle się kłócili?
–
Nie. Ale gdybym się nie
wyprowadziła wciąż byliby razem.
Powiedziałam
to i wybuchnęłam płaczem po raz kolejny. Może i bezpośrednio
rozstanie rodziców nie było moją winą,ale pośrednio dzięki
wyprowadzce na pewno.
–
Co ty opowiadasz?Nie
płacz,proszę cii...
Na
dole trzasnęły drzwi a po chwili słychać było kroki na schodach
i kolejny trzask.
–
Uspokój się już! – syknęła
Ana Maria nerwowo spoglądając na łuk prowadzący do salonu. Ukazał
się w nim Rafael obładowany różnymi torbami. Mięśnie jego
opalonych ramion apetycznie napinały się pod ciężarem produktów.
I to właśnie był powód,dla którego mnie zganiła. Rafael i jego
obsesyjna troska.
Sapnął
stawiając torby na podłogę.
–
Mam tu wszystko o co
prosiłyście. Jestem pewien,że...o Boże,Kinga,co ci się stało?
W
ułamku sekundy znalazł się przy mnie i ścisnął moje ramię po
czym spojrzał na matkę. Ta z kolei pokręciła głową.
Otarłam
ręką ostatnie łzy i zniosłam jego pytające spojrzenie.
–
Moi...rodzice...rozstają się –
wydusiłam po raz kolejny z żalem.
Otworzył
usta,a potem je zamknął. W końcu wymamrotał tylko:
–
Mamo,możesz nas zostawić?
Była
pani Nadal skinęła głową i wyszła. Na myśl o tym,że moja mama
będzie byłą panią Kolat znów poczułam łzy w kącikach oczu.
–
Kochanie chodź tutaj – ujął
moje dłonie zmuszając do wstania i przejścia na kanapę,po czym
otoczył mnie ramionami i pogłaskał po włosach.
–
Chcesz pić?
Skinęłam
głową. Wyjął małą wodę mineralną. Wypiłam pół za jednym
razem wypłukując smutek i ból blokujące gardło.
–
Lepiej?Dobrze. To teraz opowiedz
mi wszystko po kolei.
Powtórzyłam
więc to samo,co jego matce. Gdy skończyłam,pokręcił głową i
spuścił wzrok.
–
Doskonale cię rozumiem.
Przechodziłem przez to samo co ty.
–
Ale twoi rodzice nie rozstali
się przez ciebie.
–
Uwierz mi,twoi też.
–
A jak inaczej to wytłumaczysz?
Rafael
westchnął i ponownie wsunął palce w moje włosy łagodnie je
przeczesując.
–
Być może było źle od
jakiegoś czasu – przełknął ślinę,a ja zdałam sobie sprawę,że
rozdrapałam starą ranę. – Mówiłaś mi o tym.
–
Bo było – westchnęłam –
Ale nie do tego stopnia,żeby pokłócili się na śmierć i życie.
Rafael
zacisnął usta i spuścił wzrok.
–
To trudne,wiem o ty. Wyobraź
sobie co było z moją rodziną. Był to szok,ale minęło trochę
czasu i uporaliśmy się z tym. Ty też sobie poradzisz. Jesteś
silną kobietą. Jedną z najsilniejszych jakie znam.
Zaśmiałam
się krótko. Właśnie dałam doskonały przykład tego,jak bardzo
jestem silna.
–
Silna? Ja? Doceniam,że chcesz
mnie pocieszyć,ale...
–
Ale jesteś też kobietą. A
kobiety bardzo wylewnie wyrażają swoje emocje. – dokończył za
mnie.
Zamilkłam.
Co do tego miał rację. Niestety.
–
Nie takie rzeczy znosiłaś.
Chociażby odejście Mariny i Spencera – ciągnął.
–
To akurat dało się rozwiązać
– przypomniałam mu. – A w tej kwestii,no cóż,raczej zbyt wiele
nie da się zrobić.
–
Do czasu. Wiesz,że ten układ
się skończy kiedy Marina będzie przed samym porodem. A może i
wcześniej.
A
potem będzie tylko płacz,zgrzytanie zębów i spadek w rankingu...
–
Łatwo ci mówić – Nie
wytrzymałam – Bo ty już nie musisz przez to przechodzić.
Strząsnęłam
jego rękę i wyszłam. Rafa ruszył za mną do łuku wyjściowego,ale
go powstrzymałam.
–
Nie. Chcę być teraz sama.
Rozpakuj zakupy.
–
Możemy odwołać
przyjęcie,jeśli chcesz.
Pokręciłam
głową,chociaż chętnie bym się zgodziła. Nie było jednak sensu
sprawiać zawodu całej jego rodzinie.
–
Po prostu...daj mi
chwilę,dobrze?
Kątem
oka dostrzegłam jego zatroskane spojrzenie. Drzwi do sypialni
zamknęły się z trzaskiem,gdy otworzyłam taras oddając moje
skołatane nerwy w opiekę morskiej bryzie.
*
Na
wieczór postanowiłam założyć tą samą sukienkę,którą miałam
na sobie podczas oświadczyn w Krakowie. W końcu to oficjalne
zaręczyny. Czułam się jak księżna Kate,której zaręczynowa
sukienka stała się słynna na cały świat. O sukni ślubnej nie
wspominając.
A
co do tego,nie miałam jeszcze szczegółowego planu. Chcę połączyć
tradycyjne hiszpańskie koronki na welonie i sukni z nowoczesnymi
krojami. Być może Marinie uda się zdziałać cuda i załatwić
wykonanie projektu,ale na razie nie liczyłabym na to. Stwierdziła
ostatnio,że gdy urodzi,wróci do projektowania i postara się o
odnowienie kontaktów ze szwalnią. Ten pomysł podobałby mi się o
wiele bardziej,gdyby została ze mną. Już teraz czuję ucisk w
sercu na myśl,że nadejdzie pora rozstania.
Cóż,nie
można mieć wszystkiego.
Nałożyłam
na twarz odrobinę podkładu i już miałam go rozetrzeć,gdy
rozdzwoniła się moja komórka. Uśmiechnęłam się widząc na
wyświetlaczu numer osoby,o której przed chwilą myślałam.
–
Halo? – wymamrotałam usiłując
równocześnie trzymać telefon i wytrzeć ręce.
–
Cześć. Nie przeszkadzam ci? –
spytała niepewnie – Albo raczej...wam?
–
Co?Nie! – Policzki zaróżowiły
mi się pod plamami pudru na jej sugestię. – Właśnie maluję się
przed zaręczynową kolacją.
–
Robicie zaręczynową kolację?
– zdziwiła się Marina.
–
To tradycja w całej Hiszpanii –
wyjaśniłam – Dodaj do tego więzy rodzinne Nadalów a wyjdzie ci
obowiązek.
Gwizdnęła.
–
Poważna sprawa. Czemu nic nie
gadałaś?
Wzruszyłam
ramionami usiłując rozmazać podkład,który zdążył zacząć
wysychać.
–
Nie? Moja wina. A co u was? Jak
się czujesz?
–
Cóż,Spencer obiecał,że jutro
przedłuży sobie przerwę i zabierze mnie na zakupy do pokoju dla
małej. Zobaczymy co z tego wyjdzie. – zachichotała. Spencer był
zdystansowany i obowiązkowy,ale jego ojcostwo zdecydowanie nie
mieściło się pod żadną a tych kategorii.
–
Zamierzasz postawić na
klasyczny róż?
–
Skąd! – zaprotestowała
oburzona – Może tylko dekoracje. Myślałam o żółto-zielonym.
–
Fajnie – ucieszyłam się
szczerze – Kolorowo i przytulnie. A tak właściwie to myśleliście
już nad imieniem?
–
Hmm,poniekąd w tej sprawie do
ciebie dzwonię – zasępiła się.
–
Do mnie? – parsknęłam – A
co ja jestem,urząd?To wy powinniście wybrać imię.
–
Tak,ale nie chcę wyrządzić
mojej córce krzywdy przed urodzeniem,więc muszę się z kimś
skonsultować.
–
No,dawaj
–
Co sądzisz o Cheryl?
Postukałam
palcami w podbródek.
–
Jak ta piosenkarka? Cheryl Cole?
–
Poniekąd – przytaknęła. –
A zdrobniale Cherry?
Parsknęłam
śmiechem.
–
Wiesz,nie sądzę,żeby była
dumna z tego,że nosi imię wzięte od owocu.
-
Zatem Amanda?
-Kategorycznie
nie-skrzywiłam się
–
A Jade?
–
Też.
Westchnęła
cicho.
–
W porządku. Dzięki za
uratowanie mojej córki przed zepsuciem życia. Odezwij się jutro po
kolacji. Pa!
I
tak będę musiała to zrobić,by poinformować ich o terminie ślubu.
Ale na razie to może być niespodzianka.
Machnęłam
ręką na zaschnięte plamy podkładu na twarzy i zaczęłam robić
makijaż od początku,po czym wskoczyłam w kieckę i zeszłam na dół
pomóc w przygotowaniach.
Na
wielkim stole nakrytym białym obrusem, wypożyczonym od matki
chrzestnej Rafaela,Marilen zostało postawionych dziesięć nakryć.
Pośrodku stały dwie sałatki na przemian ze świecami,z brzegu zaś
Ana Maria umieściła zupę. Na główne danie zdecydowałyśmy się
zrobić pierogi,jako że rodzina powinna zasmakować polskiej
kuchni,a na dokładkę makaron z krewetkami,ulubione danie Rafaela.
Wszystko było dopięte na ostatni guzik i pozostało czekać na
gości. Zamiast nich pierwszy po schodach zszedł Rafa. Uśmiechał
się zapinając drugi guzik nieskazitelnie białej koszuli. Wtedy
wiedziałam co czuł,gdy zobaczył mnie po raz pierwszy schodzącą
po schodach na balu zwycięzców. Podniecenie i skrępowanie.
–
Gotowa? – szepnął mi do ucha
i cmoknął w policzek. Pachniał prawdziwie męskimi perfumami,które
uwielbiałam.
–
Jasne – odparłam,ale mimo to
czułam się spięta,a serce biło mi szybciej pobudzając krew do
szybszego ruchu.
Pierwszy
zjawił się ojciec Rafaela. Poczułam żal i ukłucie zazdrości
patrząc,jak dobrze dogaduje się z byłą żoną. Całą siłą woli
zmusiłam się,by znów się nie rozpłakać. Przeczesałam nerwowo
kręcone kosmyki brązowych włosów starając się opanować
drżenie.
Po
Sebastianie zjawił się Juan Parera,ojciec chrzestny Rafy wraz z
ciotką Marilen,a potem-o zgrozo!-Toni. Zmarszczył brwi widząc jak
oboje z Rafą sztucznie uśmiechamy się do gości,ale powstrzymał
się od komentarza i skinął uprzejmie głową,co było dla mnie
szokiem. Albo dostał reprymendę od Rafy(co mało prawdopodobne)albo
sam zmądrzał(co jest nieprawdopodobne jeszcze bardziej). Tak czy
siak,zapowiadał się wieczór bez ścięć.
Gdy
zjawili się wszyscy i usiedliśmy przy stole,zapadła niezręczna
cisza. Nadalowie i państwo Parera rzucali mi ukradkowe spojrzenia.
Nie wszyscy bowiem do tej pory mieli okazję bliżej mi się
przyjrzeć a tu proszę-ta obca dziewczyna z Polski to przyszła żona
ich krewniaka.
Nerwowość
przytłaczała mnie do tego stopnia,że nie byłam w stanie jeść.
Skubnęłam dwie łyżki zupy pomidorowej i może trzy pierogi i
odpowiedziałam z uśmiechem na pytania. O dziwo,Toni prawie w ogóle
się nie odzywał, jeśli już to były to krótkie odpowiedzi.
Zerknęłam ukradkiem na jego talerz i ze zdumieniem spostrzegłam,że
pierogi mu posmakowały. Zamrugałam gwałtownie łapiąc jego wzrok.
–
Dobrze gotujesz – powiedział
cicho,ale i tak wszyscy zdążyli usłyszeć.
–
Dz-dziękuję – wyjąkałam
zaskoczona. Żeby uniknąć dalszych niezręcznych sytuacji z Tonim i
mną w roli głównej,Ana Maria,dumna gospodyni wzięła do ręki
kieliszek z winem i oznajmiła:
–
No więc,może najwyższy
czas,żebyście przestali trzymać nas w niepewności i zdradzili
datę ślubu?
–
Oczywiście – uśmiechnął
się Rafael i spojrzał na mnie – To będzie...
–
Jedenastego lutego. –
dokończyłam na jednym oddechu.
Toni
wydął usta i zmarszczył brwi, po czym skinął lekko głową.
Najprawdopodobniej szukał w pamięci,czy ta data pokrywa się z
turniejami. Cóż,w moim wypadku pokrywa się z Dubajem,ale tego
jeszcze nie wiedział. Ustaliliśmy z Rafą,że lepszego terminu nie
będzie i lepiej zaplanować ceremonię na owy dzień.
Rozległy
się oklaski kobiet i pomruki mężczyzn,a ja w końcu rozluźniłam
się,bo wiedziałam,że znalazłam akceptację.
No moi drodzy,czas na małe smuteczki,ale spokojnie,to i tak tylko wierzchołek góry lodowej :) Ale do tego dojdziemy za parę tygodni.
Lecę skomentować zaległości i na wykłady.
Buziaki!
Gatique
Aż się boję, co to za góra lodowa...
OdpowiedzUsuńWiadomo, że rozstanie rodziców to nie Kingi wina, ale ona to będzie przeżywać. Podobny wątek u mnie (znów telepatia), praktycznie w jednym i w drugim, bo nie tylko w "dzisiejszym" blogu, ale i u Radwańskich i jest to zjawisko popularne akurat u najbliższych tenisistów, bo u Rafy też.
Kinga przeżyła kolację, to już postęp ;) Nie ogarniam tylko jak termin ślubu może się pokrywać z planami startowymi - jak to sobie wyobraża :D
Z chęcią udzielę Ci bliższych informacji na temat ligi, zapraszam :)
Do napisania! :*
Ty nas tutaj nie strasz górą lodową, ty!
OdpowiedzUsuńNo dobra, do rzeczy. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała przechodzić przez to co Kinga. Rozwód rodziców to zawsze tragedia, bez względu na wiek. Faktycznie klan Nadalów to wyzwanie, u nich rodzina to rzecz święta ;]