Tekst

piątek, 15 stycznia 2016

2.25 Nowa era


Ile jeszcze będziemy czekać? – mruknął Rafael gdy siedzieliśmy w jednym z pokojów konferencyjnych czekając na rozlosowanie drabinki Australian Open. Był koniec stycznia,tydzień temu przybyliśmy do Melbourne na pierwszy Szlem sezonu żeby oswoić się z nawierzchnią,temperaturą(co nie stanowiło problemu biorąc pod uwagę klimat całej Hiszpanii)i najważniejsze-różnicą czasu wynoszącą aż dziesięć godzin.
Cierpliwości kochanie – szepnęłam ściskając jego dłoń – Za chwilę wszystko się rozwiąże.
Od mojej świątecznej depresji minął miesiąc i od tamtej pory nie powtórzyła się ani razu. Uświadomiłam sobie,że czasu nie da się cofnąć,chociażby nie wiem jak bardzo się tego pragnęło. I że każdy medal ma dwie strony. Stałam się bardziej radosna,nie zamartwiałam się czy u rodziców wszystko dobrze,czy może znów się pokłócili.
Tak. Zdecydowanie czas leczy rany.
Oczywiście do tej pory jest mi przykro,że skazałam rodziców na samotność,ale życie toczy się dalej a ja nie zamierzam go marnować. Jestem otoczona cudownymi ludźmi,którzy się o mnie troszczą i pomagają mi przetrwać nawet najgorsze chwile. Dzięki nim mogę być dokładnie w tym miejscu,robić to co kocham. Zawdzięczam im moją karierę,która mogłaby się potoczyć w zupełnie innym kierunku.
A jeśli mowa o karierze,jestem bardzo podekscytowana zbliżającym się turniejem. Uwielbiam samo Melbourne,pełne sprzeczności i niekonwencjonalne w swojej prostocie. Ma swój urok podobnie jak Nowy Jork,Paryż i Londyn. W każdym z tych miejsc zostawiam co roku cząstkę duszy,by potem czerpać z niej garściami gdy wracam z nową energią i motywacją. A Australia,pierwszy przystanek na szlaku tenisowej sławy zawsze napędza mnie pozytywną energią.
W tym roku nasz pobyt wygląda inaczej. Nie ma Mariny i Spencera,więc jest to początek nowej ery w mojej karierze. Można rzec,że wkraczam w tenisową dorosłość. Od teraz będę musiała radzić sobie sama. No, może nie do końca. Paradoksalnie towarzyszy mi więcej ludzi,ale pośród nich czuję się samotna. Nikt spośród nich nie będzie w stanie zastąpić mi mojego pierwszego trenera i menadżerki.
Zanim wylecieliśmy,dowiedziałam się,że Marina przebywa w szpitalu oczekując na poród.
Przecież zostały jeszcze dwa tygodnie – zdziwiłam się w rozmowie ze Spencerem.
Lekarze boją się,czy to częste latanie nie wywoła przedwczesnego porodu – wyjaśnił – W normalnych okolicznościach zostałaby w domu jeszcze co najmniej tydzień.
Poczułam wyrzuty sumienia. Przeze mnie Marina została skazana na dwa tygodnie nieustannego leżenia!
Przykro mi – odparłam z żalem – Biedaczka. Co ona będzie robić tyle czasu?
Leżeć i odpoczywać – oznajmił zdecydowanym tonem Spencer tonem,od którego przechodziła mi ochota na wszelkie dyskusje o grze. – Dobrze jej to zrobi. W domu kazałbym jej robić to samo. Wiesz jaka ona jest. Jak się na coś uprze nic jej nie przekona do zmiany zdania. A tak przynajmniej mam pewność,że jest pod dobrą opieką.
Co zamierzasz robić przez te dwa tygodnie?
Pracować. I oczywiście oglądać twoje występy w Australii. Mam nadzieję,że tak szybko nie zapomniałaś o tym czego cię nauczyłem.
Och,jestem dobrze przygotowana.
Naprawdę. To jeszcze jeden z powodów,dla których nie mogę się doczekać rozpoczęcia turnieju. Toni wykazał profesjonalizm w treningach. Nie obyło się bez zgrzytów,ale warto było zaryzykować,by dokręcić parę śrubek w mojej tenisowej maszynerii. Jego punkt widzenia pozwolił mi spojrzeć na swój styl gry zupełnie innej perspektywy dając do zrozumienia,że jeśli chcę coś jeszcze wygrać muszę pracować nad pojedynczymi elementami,w których mam ewidentne braki. Serwis na przykład. Kazał mi zmienić nieco uchwyt,by móc serwować nieco bardziej płasko i szybko i uczynić z niego atut na szybkiej, twardej nawierzchni. Minie jeszcze trochę czasu,nim nasze relacje będzie można nazwać przyjacielskimi,ale przełamanie wzajemnej niechęci musi na razie wystarczyć. Spencer miał rację. Toni poważnie wziął sobie do serca jego słowa.
Ku radości Rafaela,ceremonia losowania drabinki przebiegła dość szybko i sprawnie. Jako rozstawieni gracze przypadli nam w udziale kwalifikanci,jak w każdym Wielkim Szlemie zresztą. Ale nie chodziło o przeciwników pierwszych rund. Losowanie drabinki pomagało w ustaleniu drogi po tytuł i szczegółowym opracowaniu taktyki. Tym samym wiadomo,czego można się spodziewać w przyszłości. A raczej kogo.
Co myślisz o swojej drabince? – spytałam mojego narzeczonego gdy szliśmy na wspólny popołudniowy trening.
Nie jest źle – stwierdził poprawiając torby na ramieniu – Ale każdy mecz może być cięższy niż się wydaje. Zwłaszcza ewentualny finał z Djokovicem.
Typowe dla Rafaela. Chociażby miał nie wiem jak z pozoru łatwą drabinkę,za nic się do tego nie przyzna. To między innymi efekt edukacji Toniego:zawsze respektuj rywali,nawet jeśli dzielą go od ciebie lata świetlne.
Na wspomnienie nazwiska Serba nawet i ja się skrzywiłam.
Nie umiesz sobie z nim ostatnio poradzić – skwitowałam ponuro – Tyle meczy rozegranych w poprzednim sezonie i nic.
Ale nadchodzi nowy – odparł pogodnie – Nie uda mu się grać na takim samym poziomie przez dwa sezony z rzędu.
Może-przytaknęłam – Ale nikt nie wie ile to jeszcze potrwa.
A jak wygląda twoja drabinka?
Całkiem nieźle – zacisnęłam usta i przyspieszyłam nieco kroku.
Nie kręć – uciął i złapał mnie za rękę. – Nie trafiłaś dobrze,co?
Nie,naprawdę wszystko dobrze – zaprotestowałam wyrwaniem ręki z uścisku. Zbyt gwałtownie,by mógł to zlekceważyć.
Żeby uniknąć dalszych spekulacji,dodałam:
Ale jest jeden mały szczegół...
Jaki? – odgarnął ręką niesforne kosmyki poruszone wiatrem i spojrzał na mnie przenikliwie.
W perspektywie ćwierćfinału mam Radwańską...
Zaśmiał się serdecznie.
No to co?Powinnaś się cieszyć. Pierwszy raz w historii dwie Polki mają szansę spotkać się w ćwierćfinale,mam rację?
Skinęłam głową.
To moja przyjaciółka – westchnęłam.
Kinga,na korcie przyjaźń zawsze schodzi na drugi plan. =- zmarszczył brwi i przeszedł przez ogrodzenie.
Na korcie wszystko schodzi na drugi plan. – zauważyłam – A jednak boję się tego meczu jak cholera.
Najpierw musi do niego dojść,potem będziemy martwić się całą resztą. A teraz chodź. Przyspieszymy nieco ten proces solidnym treningiem.

*

Wheeere haveee you beeen allll my life?
Obudziłam się gwałtownie nie wiedząc co się dzieje. Było po północy,a mój telefon dzwonił wyrywając mnie z głębokiego,spokojnego snu po wygraniu meczu drugiej rundy z Cassey Dellaquą.
Co do cholery? – warknęłam sennie na oślep zapalając nocną lampkę. Rafael poruszył się niespokojnie obok.
Halo? – rzuciłam gniewnie do słuchawki.
MAM CÓRKĘ!!!
Zamrugałam parę razy starając się przyswoić sobie tę informację. Rozszerzyłam oczy ze zdumienia gdy dotarł do mnie sens tych dwóch słów.
Co? – wykrztusiłam z siebie.
Dzisiaj rano Marina urodziła – oznajmił Spencer. Jego głos drżał od nadmiaru emocji.
Rafael obrócił się w moją stronę i powoli otworzył oczy.
Jakie dzisiaj? Jest środek...Och. – urwałam nie do końca jeszcze obudzona.
Co się dzieje? – spytał sennie mój narzeczony
Machnęłam ręką,żeby nie przerywał.
Ups,wybacz całkiem zapomniałem,że u was jest noc...
Nie szkodzi. Dlaczego nie zadzwoniłeś wcześniej?
Miałaś wyłączony telefon.
Ach,prawda – walnęłam się ręką w czoło – Przecież grałam. Jak się czuje Marina?
Cholernie zmęczona. O trzeciej nad ranem odeszły jej wody,a urodziła dopiero o siódmej osiemnaście.
Ojej – skrzywiłam się. – Mam nadzieję,ze szybko dojdzie do siebie. A mała? Wszystko z nią w porządku? Jak wygląda? I jak ma w końcu na imię?
Jest śliczna. Maleńka,waży zaledwie trzy kilogramy,ale nie ma powodów do obaw. A nazywa się Melanie Zarya.
Zarya? – zdziwiłam się. Rafael patrzył na mnie ze zniecierpliwieniem – Czy dobrze zgaduję,że drugie imię jest rosyjskie?
Tak. W końcu jej mama jest Rosjanką. Oznacza po rosyjsku świt.
Idealnie – skwitowałam tłumiąc ziewnięcie – Przekaż Marinie pozdrowienia. I koniecznie ucałuj małą.
Dobrze. Do zobaczenia. I pamiętaj:mam cię na oku.
Marina urodziła? – spytał natychmiast Rafael.
Tak. Dziś rano. – odparłam gasząc lampkę.
Nareszcie! – Widziałam cień jego uśmiechu w ciemności – Na czym w końcu stanęło?Czyżbym usłyszał jakieś rosyjskie imię?
Melanie Zarya,bo urodziła się o siódmej osiemnaście nad ranem – wyjaśniłam wtulając się w jego ramię.
A czy..?
Cicho. Nie zadawaj tyle pytań. – mruknęłam – Mieliśmy ciężki dzień.

A czekają nas kolejne,jeszcze cięższe...


Привет маленькая Заря,czyli witamy maleńką Zaryę! :P
Wiem wiem,cieszycie się :D Zbliżamy się do końca tej części,więc należy mi tu domknąć pewne wątki aby otworzyć nowe ;)

2 komentarze:

  1. Trzy kilogramy i maleńka? To sporo!:) Tak, witamy nowego członka tej opowiadaniowej rodziny. Teraz to dopiero Marina i Spencer dostaną w kość :]

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ złowrogie ostatnie zdanie, no wiesz...!
    Pięęękne rosyjskie literki, które są dla mnie równie obce jak np. arabskie robaczki :D
    Pobudkę w środku nocy z takiego powodu to można przeżyć ;) Teraz będzie córeczka tatusia, Spencer wniebowzięty :D
    Wszystko się pięknie układa, a to znak, że czekamy na trzecią część z nowymi emocjami i wątkami, jak sama tu wspominasz, a przecież ślub się zbliża... Będzie się działo...
    Zapraszam na ostatni rozdział na pierwszym blogu i pozdrawiam śniegowo (cudowne, wielkie płaty leciały, jak byłam w szkole, teraz już trochę spokojniej, ale cóż, idealnie na moje ferieeee! ;)

    OdpowiedzUsuń