–
Ile jeszcze będziemy czekać? –
mruknął Rafael gdy siedzieliśmy w jednym z pokojów
konferencyjnych czekając na rozlosowanie drabinki Australian Open.
Był koniec stycznia,tydzień temu przybyliśmy do Melbourne na
pierwszy Szlem sezonu żeby oswoić się z
nawierzchnią,temperaturą(co nie stanowiło problemu biorąc pod
uwagę klimat całej Hiszpanii)i najważniejsze-różnicą czasu
wynoszącą aż dziesięć godzin.
–
Cierpliwości kochanie –
szepnęłam ściskając jego dłoń – Za chwilę wszystko się
rozwiąże.
Od
mojej świątecznej depresji minął miesiąc i od tamtej pory nie
powtórzyła się ani razu. Uświadomiłam sobie,że czasu nie da się
cofnąć,chociażby nie wiem jak bardzo się tego pragnęło. I że
każdy medal ma dwie strony. Stałam się bardziej radosna,nie
zamartwiałam się czy u rodziców wszystko dobrze,czy może znów
się pokłócili.
Tak.
Zdecydowanie czas leczy rany.
Oczywiście
do tej pory jest mi przykro,że skazałam rodziców na samotność,ale
życie toczy się dalej a ja nie zamierzam go marnować. Jestem
otoczona cudownymi ludźmi,którzy się o mnie troszczą i pomagają
mi przetrwać nawet najgorsze chwile. Dzięki nim mogę być
dokładnie w tym miejscu,robić to co kocham. Zawdzięczam im moją
karierę,która mogłaby się potoczyć w zupełnie innym kierunku.
A
jeśli mowa o karierze,jestem bardzo podekscytowana zbliżającym się
turniejem. Uwielbiam samo Melbourne,pełne sprzeczności i
niekonwencjonalne w swojej prostocie. Ma swój urok podobnie jak Nowy
Jork,Paryż i Londyn. W każdym z tych miejsc zostawiam co roku
cząstkę duszy,by potem czerpać z niej garściami gdy wracam z nową
energią i motywacją. A Australia,pierwszy przystanek na szlaku
tenisowej sławy zawsze napędza mnie pozytywną energią.
W
tym roku nasz pobyt wygląda inaczej. Nie ma Mariny i Spencera,więc
jest to początek nowej ery w mojej karierze. Można rzec,że
wkraczam w tenisową dorosłość. Od teraz będę musiała radzić
sobie sama. No, może nie do końca. Paradoksalnie towarzyszy mi
więcej ludzi,ale pośród nich czuję się samotna. Nikt spośród
nich nie będzie w stanie zastąpić mi mojego pierwszego trenera i
menadżerki.
Zanim
wylecieliśmy,dowiedziałam się,że Marina przebywa w szpitalu
oczekując na poród.
–
Przecież zostały jeszcze dwa
tygodnie – zdziwiłam się w rozmowie ze Spencerem.
–
Lekarze boją się,czy to częste
latanie nie wywoła przedwczesnego porodu – wyjaśnił – W
normalnych okolicznościach zostałaby w domu jeszcze co najmniej
tydzień.
Poczułam
wyrzuty sumienia. Przeze mnie Marina została skazana na dwa tygodnie
nieustannego leżenia!
–
Przykro mi – odparłam z żalem
– Biedaczka. Co ona będzie robić tyle czasu?
–
Leżeć i odpoczywać –
oznajmił zdecydowanym tonem Spencer tonem,od którego przechodziła
mi ochota na wszelkie dyskusje o grze. – Dobrze jej to zrobi. W
domu kazałbym jej robić to samo. Wiesz jaka ona jest. Jak się na
coś uprze nic jej nie przekona do zmiany zdania. A tak przynajmniej
mam pewność,że jest pod dobrą opieką.
–
Co zamierzasz robić przez te
dwa tygodnie?
–
Pracować. I oczywiście oglądać
twoje występy w Australii. Mam nadzieję,że tak szybko nie
zapomniałaś o tym czego cię nauczyłem.
–
Och,jestem dobrze przygotowana.
Naprawdę.
To jeszcze jeden z powodów,dla których nie mogę się doczekać
rozpoczęcia turnieju. Toni wykazał profesjonalizm w treningach. Nie
obyło się bez zgrzytów,ale warto było zaryzykować,by dokręcić
parę śrubek w mojej tenisowej maszynerii. Jego punkt widzenia
pozwolił mi spojrzeć na swój styl gry zupełnie innej perspektywy
dając do zrozumienia,że jeśli chcę coś jeszcze wygrać muszę
pracować nad pojedynczymi elementami,w których mam ewidentne braki.
Serwis na przykład. Kazał mi zmienić nieco uchwyt,by móc serwować
nieco bardziej płasko i szybko i uczynić z niego atut na szybkiej,
twardej nawierzchni. Minie jeszcze trochę czasu,nim nasze relacje
będzie można nazwać przyjacielskimi,ale przełamanie wzajemnej
niechęci musi na razie wystarczyć. Spencer miał rację. Toni
poważnie wziął sobie do serca jego słowa.
Ku
radości Rafaela,ceremonia losowania drabinki przebiegła dość
szybko i sprawnie. Jako rozstawieni gracze przypadli nam w udziale
kwalifikanci,jak w każdym Wielkim Szlemie zresztą. Ale nie chodziło
o przeciwników pierwszych rund. Losowanie drabinki pomagało w
ustaleniu drogi po tytuł i szczegółowym opracowaniu taktyki. Tym
samym wiadomo,czego można się spodziewać w przyszłości. A raczej
kogo.
–
Co myślisz o swojej drabince? –
spytałam mojego narzeczonego gdy szliśmy na wspólny popołudniowy
trening.
–
Nie jest źle – stwierdził
poprawiając torby na ramieniu – Ale każdy mecz może być cięższy
niż się wydaje. Zwłaszcza ewentualny finał z Djokovicem.
Typowe
dla Rafaela. Chociażby miał nie wiem jak z pozoru łatwą
drabinkę,za nic się do tego nie przyzna. To między innymi efekt
edukacji Toniego:zawsze respektuj rywali,nawet jeśli dzielą go od
ciebie lata świetlne.
Na
wspomnienie nazwiska Serba nawet i ja się skrzywiłam.
–
Nie umiesz sobie z nim ostatnio
poradzić – skwitowałam ponuro – Tyle meczy rozegranych w
poprzednim sezonie i nic.
–
Ale nadchodzi nowy – odparł
pogodnie – Nie uda mu się grać na takim samym poziomie przez dwa
sezony z rzędu.
–
Może-przytaknęłam – Ale
nikt nie wie ile to jeszcze potrwa.
–
A jak wygląda twoja drabinka?
–
Całkiem nieźle – zacisnęłam
usta i przyspieszyłam nieco kroku.
–
Nie kręć – uciął i złapał
mnie za rękę. – Nie trafiłaś dobrze,co?
–
Nie,naprawdę wszystko dobrze –
zaprotestowałam wyrwaniem ręki z uścisku. Zbyt gwałtownie,by mógł
to zlekceważyć.
Żeby
uniknąć dalszych spekulacji,dodałam:
–
Ale jest jeden mały szczegół...
–
Jaki? – odgarnął ręką
niesforne kosmyki poruszone wiatrem i spojrzał na mnie przenikliwie.
–
W perspektywie ćwierćfinału
mam Radwańską...
Zaśmiał
się serdecznie.
–
No to co?Powinnaś się cieszyć.
Pierwszy raz w historii dwie Polki mają szansę spotkać się w
ćwierćfinale,mam rację?
Skinęłam
głową.
–
To moja przyjaciółka –
westchnęłam.
–
Kinga,na korcie przyjaźń
zawsze schodzi na drugi plan. =- zmarszczył brwi i przeszedł przez
ogrodzenie.
–
Na korcie wszystko schodzi na
drugi plan. – zauważyłam – A jednak boję się tego meczu jak
cholera.
–
Najpierw musi do niego
dojść,potem będziemy martwić się całą resztą. A teraz chodź.
Przyspieszymy nieco ten proces solidnym treningiem.
*
Wheeere
haveee you beeen allll my life?
Obudziłam
się gwałtownie nie wiedząc co się dzieje. Było po północy,a
mój telefon dzwonił wyrywając mnie z głębokiego,spokojnego snu
po wygraniu meczu drugiej rundy z Cassey Dellaquą.
–
Co do cholery? – warknęłam
sennie na oślep zapalając nocną lampkę. Rafael poruszył się
niespokojnie obok.
–
Halo? – rzuciłam gniewnie do
słuchawki.
–
MAM CÓRKĘ!!!
Zamrugałam
parę razy starając się przyswoić sobie tę informację.
Rozszerzyłam oczy ze zdumienia gdy dotarł do mnie sens tych dwóch
słów.
–
Co? – wykrztusiłam z siebie.
–
Dzisiaj rano Marina urodziła –
oznajmił Spencer. Jego głos drżał od nadmiaru emocji.
Rafael
obrócił się w moją stronę i powoli otworzył oczy.
–
Jakie dzisiaj? Jest
środek...Och. – urwałam nie do końca jeszcze obudzona.
–
Co się dzieje? – spytał
sennie mój narzeczony
Machnęłam
ręką,żeby nie przerywał.
–
Ups,wybacz całkiem
zapomniałem,że u was jest noc...
–
Nie szkodzi. Dlaczego nie
zadzwoniłeś wcześniej?
–
Miałaś wyłączony telefon.
–
Ach,prawda – walnęłam się
ręką w czoło – Przecież grałam. Jak się czuje Marina?
–
Cholernie zmęczona. O trzeciej
nad ranem odeszły jej wody,a urodziła dopiero o siódmej
osiemnaście.
–
Ojej – skrzywiłam się. –
Mam nadzieję,ze szybko dojdzie do siebie. A mała? Wszystko z nią w
porządku? Jak wygląda? I jak ma w końcu na imię?
–
Jest śliczna. Maleńka,waży
zaledwie trzy kilogramy,ale nie ma powodów do obaw. A nazywa się
Melanie Zarya.
–
Zarya? – zdziwiłam się.
Rafael patrzył na mnie ze zniecierpliwieniem – Czy dobrze
zgaduję,że drugie imię jest rosyjskie?
–
Tak. W końcu jej mama jest
Rosjanką. Oznacza po rosyjsku świt.
–
Idealnie – skwitowałam
tłumiąc ziewnięcie – Przekaż Marinie pozdrowienia. I koniecznie
ucałuj małą.
–
Dobrze. Do zobaczenia. I
pamiętaj:mam cię na oku.
–
Marina urodziła? – spytał
natychmiast Rafael.
–
Tak. Dziś rano. – odparłam
gasząc lampkę.
–
Nareszcie! – Widziałam cień
jego uśmiechu w ciemności – Na czym w końcu stanęło?Czyżbym
usłyszał jakieś rosyjskie imię?
–
Melanie Zarya,bo urodziła się
o siódmej osiemnaście nad ranem – wyjaśniłam wtulając się w
jego ramię.
–
A czy..?
–
Cicho. Nie zadawaj tyle pytań.
– mruknęłam – Mieliśmy ciężki dzień.
A
czekają nas kolejne,jeszcze cięższe...
Привет
маленькая Заря,czyli witamy maleńką Zaryę! :P
Wiem wiem,cieszycie się :D Zbliżamy się do końca tej części,więc należy mi tu domknąć pewne wątki aby otworzyć nowe ;)
Trzy kilogramy i maleńka? To sporo!:) Tak, witamy nowego członka tej opowiadaniowej rodziny. Teraz to dopiero Marina i Spencer dostaną w kość :]
OdpowiedzUsuńAleż złowrogie ostatnie zdanie, no wiesz...!
OdpowiedzUsuńPięęękne rosyjskie literki, które są dla mnie równie obce jak np. arabskie robaczki :D
Pobudkę w środku nocy z takiego powodu to można przeżyć ;) Teraz będzie córeczka tatusia, Spencer wniebowzięty :D
Wszystko się pięknie układa, a to znak, że czekamy na trzecią część z nowymi emocjami i wątkami, jak sama tu wspominasz, a przecież ślub się zbliża... Będzie się działo...
Zapraszam na ostatni rozdział na pierwszym blogu i pozdrawiam śniegowo (cudowne, wielkie płaty leciały, jak byłam w szkole, teraz już trochę spokojniej, ale cóż, idealnie na moje ferieeee! ;)