Tekst

piątek, 22 stycznia 2016

2.26 Najpiękniejszy tryumf

Ziściły się moje początkowe przewidywania-w ćwierćfinale rzeczywiście spotykam się z Agnieszką.
Stałyśmy obie w szatni pod trybunami. Szum stadionu dudnił mi w uszach zagłuszając wszystko dookoła.
Postaraj się-myślałam wpatrując się w plecy Agnieszki-Dla nich,dla siebie,dla kraju.
Isia nie podchodziła do tego meczu z równym niepokojem. Kiedy usłyszała,że zagramy razem,zadzwoniła do mnie i ze śmiechem zaproponowała układ,który stosuje od lat z Karoliną-wygrana stawia kolację. Zgodziłam się z nerwowym wyczekiwaniem na dzień sądu.
Z początku nic nie wydawało się łatwe. Wiedziałam co prawda jak ona gra,ale nigdy nie miałam okazji się o tym przekonać. W pierwszych gemach starałam się szukać jakiejś słabości,wyczuć co sprawia jej największy problem,a co wykonuje bezbłędnie. I mimo,że odnalazłam pęknięcia,celując w które mogę roztrzaskać jej grę na drobne kawałki,to cały czas dzwoniło mi w głowie jedno.
To twoja przyjaciółka...
Radwańska starała się w ogóle nie mieć tego problemu. Mimo mojego dobrego serwisu w drugim gemie,od razu mnie przełamała dając pokaz inteligentnej i skutecznej gry,zarówno przy siatce,jak i z głębi kortu. Wyszła zatem na 2:0 w przeciągu pięciu minut,a ja zdałam sobie sprawę,że to nie będzie tak łatwa przeciwniczka jak Heather Watson czy Iveta Benesova. Mimo swej drobnej postury Agnieszka ma serce do walki,tylko musi znaleźć odpowiedni moment by to udowodnić. Zazwyczaj gdy wygrywa,pokazuje to na każdym kroku,zaś kiedy coś idzie nie po jej myśli,jest z tym mały kłopot.
Kolejne gemy przeciekały mi przez palce i zanim zdążyłam się obejrzeć,przegrywałam 1:5. Ogarnęła mnie panika. Przecież tak dobrze szło mi przez ten turniej!Wystarczyło,że po drugiej stronie pojawia się przyjaciółka i od razu zaczynam przegrywać?To takie...cóż,nieprofesjonalne. Ewidentnie przeniosłam emocje na kort. A to nigdy nie wróżyło dobrze.
Po gładkim przegraniu seta poprosiłam o przerwę i wyszłam na szybki prysznic,podczas którego uporządkowałam sobie w głowie plan na dalszą grę i zmusiłam się by przestać patrzeć na Radwańską przez pryzmat łączących nas więzów. Przypomniałam sobie sytuację z zeszłego roku,gdy podejrzewałam ją o romans z Rafą. To zaś sprawiło,że odczułam przypływ sportowej złości.
Czysta,przebrana,a przede wszystkim z innym nastawieniem wyszłam z szatni by rozpocząć drugiego seta.
Wojna dopiero się zaczyna...

*

Na forhend.
Jeszcze raz.
Na beckhend.
Slajs.
W mojej głowie co chwila pojawiała się kolejność wykonywania zagrań,którą powtarzałam jak mantrę,która zmuszała mnie do przyjmowania pozycji do wszystkich zagrań.
Z trudem odebrała forhendem mojego slajsa i zagrałam miękko do jej beckhendu,tak,że odsunęła się od linii,co wykorzystałam grając skrót. Dobiegła posyłając piłkę po skosie. Z trudem ją złapałam,poleciała nisko na drugą stronę,Isia wyciągnęła ją w jeszcze jednym,przypadkowym skrócie,a ja z piskiem przebiłam ją do góry,gdzie natychmiast została skontrowana wolejem.
Przyklasnęłam kiwając głową. Publiczność szalała.
Powinnam była przewidzieć,że „gierki na małe pola” to jej domena. Ale granie skrótu,gdy stała kilka centymetrów za linią końcową wydawało się dobrym pomysłem w drugiej godzinie gry,gdy nogi odmawiają posłuszeństwa.
Inna sprawa,gdy jest po jeden w setach i broni się piłki meczowej. Wciąż zostaje jedna...
Teraz chociażby nie wiem co się działo,będę trzymać się swojej gry. A zatem...
Serwis na środek. Krótka odpowiedź. Na beckhend. Na beckhend. I forhendem na forhend...
Bingo.
Ręka zadrżała mi na ułamek sekundy gdy miałam piłkę na rakiecie. Czułam ją,wiedziałam gdzie chcę ją posłać,ale obawiałam się utraty kontroli.
A kiedy podeszłam do siatki i uściskałam Agę ku radości wszystkich zgromadzonych na trybunach osób,pozwoliłam sobie na zupełne szaleństwo.

*

Cholera,czyżby znowu miała dobry dzień?-myślałam z irytacją,gdy po kolejnym trafionym w linie topspinie Marii Szarapowej odbiłam piłkę spod nóg,w konsekwencji czego wylądowała w siatce dając Rosjance prowadzenie 3:0.
Był już finał australijskich mistrzostw,do którego doszłam po ciężkim boju z Kim Clijsters z półfinale i oczywiście niezwykle emocjonującym ćwierćfinale z Radwańską. Titin wykonał kawał świetnej roboty masując bolące łydki,uda i ramiona oraz bandażując odciski,jednak nic nie mógł poradzić na to,że byłam zwyczajnie zmęczona,a Masza miała akurat jeden ze swoich lepszych dni.
Jednak ku mojemu własnemu zdziwieniu,w czwartym gemie zaczynała się gubić dając mi albo możliwość skończenia,albo wykonując prosty błąd. Dołożyłam nieco swojej dobrej gry i w rezultacie doprowadziłam do wyrównania.
Odetchnęłam z ulgą,bo czułam że nareszcie gra zaczyna toczyć się po mojej myśli. Spokojnie,tylko spokojnie.
Najwyraźniej szczęście opuściło Szarapową wraz z wyrównaniem. Kompletnie nie wiedziała co ma zrobić,gdy raz po raz moje wysokie topspiny zaskakiwały ją zmuszając do grania trudnych piłek z równie trudnych pozycji.
Vamos! – krzyknęłam po kolejnym wygranym dzięki świetnemu serwisowi gemie. Było już 6:3 i 5:0 dla mnie.
Jeszcze jeden gem dzielił mnie od czwartego tytuły wielkoszlemowego w karierze i miejsca numer dwa w światowym rankingu. A od dwójki do jedynki zaledwie sto punktów w następnych turniejach...
Trzepnęłam się rakietą w udo i przymknęłam oczy zmuszając się do zachowania koncentracji. Maria musiała zauważyć moje zmieszanie,bo pierwszym punktem w jej gemie był as.
To był jasny znak dla mnie,że należy doprowadzić to do końca,bo nie byłabym w stanie później serwować. A jedno przełamanie pociąga za sobą następne...
Postawiłam na agresywną grę w kolejnych punktach zmuszając Marię do dramatycznej obrony,która biorąc pod uwagę jej wzrost zdecydowanie nie była jej domeną.
Zmęczona poprzednią wymianą wpakowała w siatkę kończący drajw-wolej.
Publiczność wiwatowała. Doczekali się piłki meczowej.
Zanim sędzina ich uspokoiła,trzy razy odetchnęłam i pozbierałam myśli.
Serwis wyrzucający. Obroniłam się krótkim forhendem. Zbyt krótkim. Maria podbiegła i ze swoim charakterystycznym krzykiem wywaliła piłkę na aut.

Opadłam na kort ze łzami szczęścia w oczach,a trzymając piękne trofeum z dumą uśmiechałam się w kierunku ludzi odpowiedzialnych za mój sukces. Pierwszy raz z satysfakcją mogłam powiedzieć,że nie był to Spencer.

Dzisiaj czysto tenisowo. No,ale trzeba się tym nacieszyć,bo w 3 tenis schodzi troszkę na dalszy plan i...aj! Nic więcej nie mówię.
I to jeszcze "australiowo",proszę jak się złożyło. No,tu Agnieszka pokonana a tymczasem trzymam za nią kciuki mocno,bo ona jedyna mi została. Chociaż pocieszam się tym :D

2 komentarze:

  1. No popatrz, u mnie już nie było rozdziału w piątek, to zapomniałabym o Tobie! Niewybaczalne! Ale w te ferie to mi się dni powoli zlewają.
    Kinga szaleje, teraz kolejny tytuł WS, niedługo ślub... hej, a czy Ty przypadkiem nie mierzyłaś mnie swoją miarą, sugerując, że coś popsuję u mnie?... Czyżbyś planowała rzucić jakąś bombę na tę ceremonię na początek trzeciej części?... :(
    Oglądam Agę jak tylko mogę i kibicuję, przeczekując z nudą dni pomiędzy Agą a Agą i jednocześnie Novakiem a Novakiem (ostatnio 2 razy z rzędu grał po niej na tym samym korcie mecz ;) Ciekawe, jakie są ich stosunki w rzeczywistości, jak się gdzieś tam mijają ;D).
    Ściskam! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie ze sobą rozmawiają okazjonalnie,jak już taki Janowicz ma zdjęcie z Novakiem to co dopiero Aga będąca na wyższym szczeblu :D
      Bombami to zacznę rzucać,już ty się nie bój :P Ty już nie odwracaj kota ogonem,tyle się napsułaś u Any w życiorysie,że już sobie wyrobiłam kredyt zaufania xD A ja bardziej psuć dopiero zacznę,to co było do tej pory to ot takie sobie problemiki dla zburzenia porządku.

      Usuń