Ziściły
się moje początkowe przewidywania-w ćwierćfinale rzeczywiście
spotykam się z Agnieszką.
Stałyśmy
obie w szatni pod trybunami. Szum stadionu dudnił mi w uszach
zagłuszając wszystko dookoła.
Postaraj
się-myślałam
wpatrując się w plecy Agnieszki-Dla
nich,dla siebie,dla kraju.
Isia
nie podchodziła do tego meczu z równym niepokojem. Kiedy
usłyszała,że zagramy razem,zadzwoniła do mnie i ze śmiechem
zaproponowała układ,który stosuje od lat z Karoliną-wygrana
stawia kolację. Zgodziłam się z nerwowym wyczekiwaniem na dzień
sądu.
Z
początku nic nie wydawało się łatwe. Wiedziałam co prawda jak
ona gra,ale nigdy nie miałam okazji się o tym przekonać. W
pierwszych gemach starałam się szukać jakiejś słabości,wyczuć
co sprawia jej największy problem,a co wykonuje bezbłędnie. I
mimo,że odnalazłam pęknięcia,celując w które mogę roztrzaskać
jej grę na drobne kawałki,to cały czas dzwoniło mi w głowie
jedno.
To
twoja przyjaciółka...
Radwańska
starała się w ogóle nie mieć tego problemu. Mimo mojego dobrego
serwisu w drugim gemie,od razu mnie przełamała dając pokaz
inteligentnej i skutecznej gry,zarówno przy siatce,jak i z głębi
kortu. Wyszła zatem na 2:0 w przeciągu pięciu minut,a ja zdałam
sobie sprawę,że to nie będzie tak łatwa przeciwniczka jak Heather
Watson czy Iveta Benesova. Mimo swej drobnej postury Agnieszka ma
serce do walki,tylko musi znaleźć odpowiedni moment by to
udowodnić. Zazwyczaj gdy wygrywa,pokazuje to na każdym kroku,zaś
kiedy coś idzie nie po jej myśli,jest z tym mały kłopot.
Kolejne
gemy przeciekały mi przez palce i zanim zdążyłam się
obejrzeć,przegrywałam 1:5. Ogarnęła mnie panika. Przecież tak
dobrze szło mi przez ten turniej!Wystarczyło,że po drugiej stronie
pojawia się przyjaciółka i od razu zaczynam przegrywać?To
takie...cóż,nieprofesjonalne. Ewidentnie przeniosłam emocje na
kort. A to nigdy nie wróżyło dobrze.
Po
gładkim przegraniu seta poprosiłam o przerwę i wyszłam na szybki
prysznic,podczas którego uporządkowałam sobie w głowie plan na
dalszą grę i zmusiłam się by przestać patrzeć na Radwańską
przez pryzmat łączących nas więzów. Przypomniałam sobie
sytuację z zeszłego roku,gdy podejrzewałam ją o romans z Rafą.
To zaś sprawiło,że odczułam przypływ sportowej złości.
Czysta,przebrana,a
przede wszystkim z innym nastawieniem wyszłam z szatni by rozpocząć
drugiego seta.
Wojna
dopiero się zaczyna...
*
Na
forhend.
Jeszcze
raz.
Na
beckhend.
Slajs.
W
mojej głowie co chwila pojawiała się kolejność wykonywania
zagrań,którą powtarzałam jak mantrę,która zmuszała mnie do
przyjmowania pozycji do wszystkich zagrań.
Z
trudem odebrała forhendem mojego slajsa i zagrałam miękko do jej
beckhendu,tak,że odsunęła się od linii,co wykorzystałam grając
skrót. Dobiegła posyłając piłkę po skosie. Z trudem ją
złapałam,poleciała nisko na drugą stronę,Isia wyciągnęła ją
w jeszcze jednym,przypadkowym skrócie,a ja z piskiem przebiłam ją
do góry,gdzie natychmiast została skontrowana wolejem.
Przyklasnęłam
kiwając głową. Publiczność szalała.
Powinnam
była przewidzieć,że „gierki na małe pola” to jej domena. Ale
granie skrótu,gdy stała kilka centymetrów za linią końcową
wydawało się dobrym pomysłem w drugiej godzinie gry,gdy nogi
odmawiają posłuszeństwa.
Inna
sprawa,gdy jest po jeden w setach i broni się piłki meczowej. Wciąż
zostaje jedna...
Teraz
chociażby nie wiem co się działo,będę trzymać się swojej gry.
A zatem...
Serwis
na środek. Krótka odpowiedź. Na beckhend. Na beckhend. I forhendem
na forhend...
Bingo.
Ręka
zadrżała mi na ułamek sekundy gdy miałam piłkę na rakiecie.
Czułam ją,wiedziałam gdzie chcę ją posłać,ale obawiałam się
utraty kontroli.
A
kiedy podeszłam do siatki i uściskałam Agę ku radości wszystkich
zgromadzonych na trybunach osób,pozwoliłam sobie na zupełne
szaleństwo.
*
Cholera,czyżby
znowu miała dobry dzień?-myślałam
z irytacją,gdy po kolejnym trafionym w linie topspinie Marii
Szarapowej odbiłam piłkę spod nóg,w konsekwencji czego wylądowała
w siatce dając Rosjance prowadzenie 3:0.
Był
już finał australijskich mistrzostw,do którego doszłam po ciężkim
boju z Kim Clijsters z półfinale i oczywiście niezwykle
emocjonującym ćwierćfinale z Radwańską. Titin wykonał kawał
świetnej roboty masując bolące łydki,uda i ramiona oraz
bandażując odciski,jednak nic nie mógł poradzić na to,że byłam
zwyczajnie zmęczona,a Masza miała akurat jeden ze swoich lepszych
dni.
Jednak
ku mojemu własnemu zdziwieniu,w czwartym gemie zaczynała się gubić
dając mi albo możliwość skończenia,albo wykonując prosty błąd.
Dołożyłam nieco swojej dobrej gry i w rezultacie doprowadziłam do
wyrównania.
Odetchnęłam
z ulgą,bo czułam że nareszcie gra zaczyna toczyć się po mojej
myśli. Spokojnie,tylko
spokojnie.
Najwyraźniej
szczęście opuściło Szarapową wraz z wyrównaniem. Kompletnie nie
wiedziała co ma zrobić,gdy raz po raz moje wysokie topspiny
zaskakiwały ją zmuszając do grania trudnych piłek z równie
trudnych pozycji.
–
Vamos! – krzyknęłam po
kolejnym wygranym dzięki świetnemu serwisowi gemie. Było już 6:3
i 5:0 dla mnie.
Jeszcze
jeden gem dzielił mnie od czwartego tytuły wielkoszlemowego w
karierze i miejsca numer dwa w światowym rankingu. A od dwójki do
jedynki zaledwie sto punktów w następnych turniejach...
Trzepnęłam
się rakietą w udo i przymknęłam oczy zmuszając się do
zachowania koncentracji. Maria musiała zauważyć moje zmieszanie,bo
pierwszym punktem w jej gemie był as.
To
był jasny znak dla mnie,że należy doprowadzić to do końca,bo nie
byłabym w stanie później serwować. A jedno przełamanie pociąga
za sobą następne...
Postawiłam
na agresywną grę w kolejnych punktach zmuszając Marię do
dramatycznej obrony,która biorąc pod uwagę jej wzrost zdecydowanie
nie była jej domeną.
Zmęczona
poprzednią wymianą wpakowała w siatkę kończący drajw-wolej.
Publiczność
wiwatowała. Doczekali się piłki meczowej.
Zanim
sędzina ich uspokoiła,trzy razy odetchnęłam i pozbierałam myśli.
Serwis
wyrzucający. Obroniłam się krótkim forhendem. Zbyt krótkim.
Maria podbiegła i ze swoim charakterystycznym krzykiem wywaliła
piłkę na aut.
Opadłam
na kort ze łzami szczęścia w oczach,a trzymając piękne trofeum z
dumą uśmiechałam się w kierunku ludzi odpowiedzialnych za mój
sukces. Pierwszy raz z satysfakcją mogłam powiedzieć,że nie był
to Spencer.
Dzisiaj czysto tenisowo. No,ale trzeba się tym nacieszyć,bo w 3 tenis schodzi troszkę na dalszy plan i...aj! Nic więcej nie mówię.

No popatrz, u mnie już nie było rozdziału w piątek, to zapomniałabym o Tobie! Niewybaczalne! Ale w te ferie to mi się dni powoli zlewają.
OdpowiedzUsuńKinga szaleje, teraz kolejny tytuł WS, niedługo ślub... hej, a czy Ty przypadkiem nie mierzyłaś mnie swoją miarą, sugerując, że coś popsuję u mnie?... Czyżbyś planowała rzucić jakąś bombę na tę ceremonię na początek trzeciej części?... :(
Oglądam Agę jak tylko mogę i kibicuję, przeczekując z nudą dni pomiędzy Agą a Agą i jednocześnie Novakiem a Novakiem (ostatnio 2 razy z rzędu grał po niej na tym samym korcie mecz ;) Ciekawe, jakie są ich stosunki w rzeczywistości, jak się gdzieś tam mijają ;D).
Ściskam! ;*
Pewnie ze sobą rozmawiają okazjonalnie,jak już taki Janowicz ma zdjęcie z Novakiem to co dopiero Aga będąca na wyższym szczeblu :D
UsuńBombami to zacznę rzucać,już ty się nie bój :P Ty już nie odwracaj kota ogonem,tyle się napsułaś u Any w życiorysie,że już sobie wyrobiłam kredyt zaufania xD A ja bardziej psuć dopiero zacznę,to co było do tej pory to ot takie sobie problemiki dla zburzenia porządku.