– Och,znowu? – jęknęłam
głośno po polsku. Siedziałam na krawędzi wanny i z rezygnacją
spoglądałam na jedną kreskę dobitnie widoczną na teście
ciążowym. Odkąd wyznałam Rafaelowi w noc poślubną,że jestem
gotowa na założenie rodziny,zabraliśmy się do pracy w
czerwcu,dokładnie po Roland Garros. Był grudzień i do tej pory
nasze starania nie przyniosły zamierzonego efektu.
– Co do cholery jest ze mną
nie tak? – zastanawiałam się na głos.
– I jak? – Usłyszałam zza
drzwi podniecony głos Giseli. Ona i Juan przyjechali do nas na
wakacje dwa dni temu. Nie widzieliśmy się od lutego,kiedy
przyjechali na nasz ślub. Cały czas mijamy się między
turniejami,ale to nie to samo co usiąść i swobodnie pogadać z
dala od medialnego szumu i presji związanej z dobrym występem w
turnieju.
– Wejdź – westchnęłam. Na
widok mojej nieszczęśliwej miny się zasępiła,a wokół jej oczu
pojawiły się małe zmarszczki. Była piękną kobietą; ciemne
blond włosy wyglądały zabójczo splecione w luźny warkocz,a
brązowe oczy błyszczały inteligencją. Nic więc dziwnego,że po
krótkim epizodzie ze sztuczną miss plastiku zwaną Zairą,Juan
Monaco wybrał właśnie Giselę Benitez.
Bez słowa podałam jej test.
– Och. – westchnęła –
Przykro mi.
Wzruszyłam ramionami. Gisela
przysiadła obok mnie i objęła jednym ramieniem.
– Cierpliwości. Na pewno w
końcu się uda. – powiedziała łagodnie.
– Ale kiedy? – mruknęłam z
rezygnacją.
– Może to po prostu przez te
tabletki? – zasugerowała – Wiesz,że musi minąć trochę
czasu,żeby komórki jajowe znów zaczęły się rozwijać...
– Tak,i dlatego zaczęliśmy w
czerwcu – wyjaśniłam – Po pół roku.
Westchnęła ponownie
przesuwając ręką po moim ramieniu.
– Ale przynajmniej będziesz
mogła dłużej cieszyć się tenisem – dodała wesoło. – Chcę
w końcu z tobą zagrać,wiesz?
Zachichotałam mimowolnie.
Pomimo tego,że obie jesteśmy na światowych kortach ponad dwa
lata,nie rozegrałyśmy ze sobą ani jednego spotkania!
– Ja z tobą też – Utkwiłam
wzrok w czubkach moich lekkich balerinek. – Teraz jak już jestem
numerem jeden może będzie okazja.
To prawda. W marcu,po wygraniu
Indian Wells zostałam liderką rankingu detronizując samozwańczą
Karolinę Woźniacką. Samozwańczą poprzez jej ciułanie punktów
na mniejszych turniejach nie wygrywając wcześniej żadnego
Wielkiego Szlema. W moim przypadku,mając już cztery szlemy,fotel
liderki jest miłym dodatkiem do i tak już noszonej korony. Troszkę
szkoda było mi to wszystko zostawić,ale z całego serca pragnęłam
urodzić dziecko,a potem wrócić do sportu z jakimiś perspektywami.
– No,masz teraz dobrze –
odparła z nuta zazdrości – Teraz już kompletnie wszyscy szaleją
na twoim punkcie.
– Ach,nie przesadzaj –
machnęłam ręką – Nie tacy znowu wszyscy.
– Racja,Caroline na przykład
– skrzywiła się odruchowo. – Widziałaś ten jej naszyjnik?
Prychnęłam.
– Mam ładniejsze. Plus
obrączkę a ona nie.
Karolinka znalazła sobie w
zeszłym roku chłopaka,który obdarował ją naszyjnikiem w
kształcie serca z motywem flagi Danii. Od tamtego czasu-a właściwie
od kiedy z nim jest-ostentacyjnie demonstrują swoje uczucia.
– Tak,to fakt – roześmiała
się Gisela.
– Ale to nie zmienia faktu,że
bardziej niż tego chciałabym zajścia w ciążę – powiedziałam
ponuro.
Gisela,jeśli nawet miała dość
tych narzekań,nie pokazała tego po sobie. Zamiast tego uniosła
brwi i radośnie spytała:
– Hej,jest może jeszcze to
pyszne ciasto cytrynowe?
– W lodówce – przytaknęłam.
Pierwszy raz w życiu ośmieliłam
się upiec coś samej,ale stwierdziłam też,że wypada mieć coś
dla gości. Bałam się tylko,że spalę pół świeżutkiej,nowej
kuchni,ale jak wszyscy zgodnie stwierdzili - ciasto było przepyszne.
– Może zjemy sobie po kawałku
zanim wrócą nasi mężczyźni i pochłoną wszystko?
Uśmiechnęłam się i z
entuzjazmem ruszyłyśmy do kuchni połączonej z dużym salonem.
Była podobna jak w poprzednim mieszkaniu,ale nieco większa i
przytulniej urządzona. Wyjęłam ze srebrnej lodówki paterę i
odkroiłam po sporym kawałku bladożółtego ciasta.
Jadłyśmy w salonie
milcząc,każda pogrążona we własnych myślach. Skupiłam się na
swoim problemie,ale natychmiast się zganiłam. Okazało się,że
Benito Perez,nasz rzecznik prasowy choruje na jakąś ciężką
chorobę,której nie umiem sobie przetłumaczyć na polski i żeby
odpowiednio się wyleczyć potrzebuje badań i serii zabiegów. Tym
samym nie może u nas dłużej pracować i trzeba szukać kogoś
innego na to miejsce. Z biegu podałabym Marinę,moją dawną
menadżerkę,ale rok temu urodziła dziecko i potrzebowała urlopu.
Nie wątpię,że inaczej byłaby więcej niż zainteresowana.
– Wracają – szepnęła
Gisela wychylając się.
Przez okno w salonie mieliśmy
widok na ulicę,którą wracali Juan i Rafael. Oboje wyglądali
niezwykle przystojnie w koszulkach polo,krótkich spodenkach i kijami
golfowymi na plecach. Uśmiechali się i co chwila wybuchali śmiechem
wykonując różne gesty,zapewne parodie swoich ruchów na polu
golfowym. Śmiali się aż do salonu.
– Cześć dziewczyny! –
rzucił Pico rozwalając się na sofie obok Gi. Nachylił się,żeby
zgarnąć z łyżeczki kawałek ciasta,ale ta odsunęła talerzyk i
zrobiła groźną minę w stylu „Moje,nie oddam!” Zrezygnowany
opadł na poduszkę i spojrzał w moją stronę – Co tam?
Wzruszyłam ramionami zatykając
usta ciastem. Gisela spuściła wzrok nie bardzo wiedząc co
powiedzieć i czy w ogóle coś powiedzieć.
– Kto wygrał? – spytałam
luźno.
– Rafa – Pico pokręcił
głową z niedowierzaniem w stronę mojego męża wkraczającego do
salonu. – Nie dość,że wszystkich bije na korcie to jeszcze i w
golfie.
– Po prostu uwielbiam wygrywać
– uśmiechnął się i pocałował mnie w skroń,po czym usiadł
obok i zdjął rękawice.
Juan przewrócił oczami.
– Mógłbyś czasem dać komuś
wygrać.
– Mógłbym – przytaknął –
Ale co to byłaby za wygrana?
– Sprawiedliwa.
– Dla mnie czy dla ciebie? –
Uniósł pytająco brew.
– Dobra,dość tych
filozoficznych gadek o sposobie odnoszenia zwycięstw – ucięła
Gisela z satysfakcją zjadając ostatni kęs ciasta. – Co dzisiaj
robimy?
– Porto Cristo? –
zasugerował Rafael.
– Palma i mały shopping? –
podsunęłam ja.
– A może dwa w jednym? –
zaproponował Juan.
– Stoi – skinęła głową
Gisela – Potrzebuję nowego paero.
Pico złapał się za głowę i
mruknął:
– Ta kobieta mnie wykończy.
– Nikt ci nie każe iść ze
mną – obruszyła się jego dziewczyna – Możemy pojechać we
dwie. A wy możecie zostać i iść na ryby albo coś. Kinga?
– Okej. Wstąpimy do apteki po
jakieś witaminy albo cokolwiek...
Urwałam uświadamiając
sobie,że nie czuję się dobrze rozmawiając o czymś tak osobistym
w większym gronie. Mimo iż byli to przyjaciele.
Rafael posłał mi zaniepokojone
spojrzenie i błyskawicznie wyczuł mój nastrój. Trzeba przyznać,że
miał do tego dar. Odczytywał moje intencje niemal za każdym razem.
– Chcesz porozmawiać? –
spytał łagodnie wstając. – Na osobności?
– Tak – skinęłam głową i
odczułam ulgę,że nie będę musiała tego w sobie dalej dusić. A
zwłaszcza przed nim. Przed moim mężem,który zawsze musiał się o
mnie troszczyć.
To takie słodkie i upierdliwe
zarazem. Nawet kota można zagłaskać na śmierć.
Objęłam się ramionami i
stanęłam przy małej toaletce w naszej sypialni. W lustrze
dostrzegłam sylwetkę Rafaela,który schował ręce w kieszeniach.
– Co się stało kochanie? –
spytał podchodząc i obejmując mnie od tyłu. Podniosłam z
toaletki test ciążowy i wręczyłam mu. Zmarszczył brwi o odłożył
go z westchnieniem.
– Nie martw się. Na pewno
wkrótce nam się uda...
– Wszyscy tak mówią –
odparłam z goryczą – A co jeśli nie będą mieli racji? Co,jeśli
nie możemy mieć dzieci?
Poczułam łzy pod powiekami i
zamrugałam oczami chcąc je za wszelką cenę przepędzić. Jeszcze
łez mi tu brakuje!
– Nie mów tak – Przesunął
dłonią po moich włosach i ujął w dłonie jedno falowane pasmo. –
Nie wolno ci tak myśleć.
– A jednak myślę. –
odparłam ponuro – I jakoś niespecjalnie mam ochotę myśleć,że
jest inaczej.
– Jest – wymamrotał całując
mnie w czubek głowy. Jego ramiona delikatnie mnie kołysały. Zawsze
to robił gdy byłam zdołowana. – Zobaczysz,że w niedługo
pokażesz mi ten test,tym razem z dwoma kreskami. Są pary,którym
przez kilka lat nie udaje się zajść w ciążę i wcale nie oznacza
to,że są bezpłodni.
Zdziwiłam się,że powiedział
„zajdziemy”. Nie ja,lecz oboje. Dość jasno to pokazywało,że
zależy mu na dziecku tak samo jak i mnie chociaż zdawał się
zupełnie nie przejmować brakiem efektów.
– Mam nadzieję,że się nie
mylisz – mruknęłam wtulając głowę w jego ramię.
– Zobaczysz. A na razie
będziemy próbować i próbować...
Zaśmiałam się,gdy pocałował
mnie w szyję.
– Później. Mamy
gości,zapomniałeś?
– Nie widzę przeszkód by
goście zajęli się tym samym – szepnął schodząc ustami do
obojczyka. Wsunęłam jedną rękę w jego włosy i poddałam się
pieszczocie,po czym obróciłam się twarzą do niego i pocałowałam
w usta.
Zaczęło robić się bardzo
przyjemnie,czułam ciepło stopniowo wypełniające moje ciało aż
zadrżałam z podniecenia. Wtedy jednak usłyszałam niepewne wołanie
Juana.
– Rafael,moglibyście na
chwilę zejść?
Westchnęliśmy oboje i z żalem
ruszyliśmy na dół.
Gdy schodziłam ze schodów,nie
miałam pojęcia co jest grane. W holu,obok Benita stała
atrakcyjna,młoda kobieta. Miała proste włosy barwy czekolady i
idealnie prostą grzywkę ściętą tuż przy linii brwi. Ubrana była
w czarny top i długie białe spodnie. Gdy spojrzała na mnie,w jej
ciemnych oczach dostrzegłam błysk strachu.
– Benito – rzucił Rafa z
uśmiechem – Jak się masz?
Objął przyjaciela i spojrzał
na jego towarzyszkę.
– A to jest...?
– Właśnie o tym chciałem z
wami porozmawiać – odparł Benito i zerknął w stronę salonu –
Możemy wejść?
– Och,jasne.
Kobieta uśmiechnęła się do
Rafy odsłaniając rządek idealnie równych zębów. On zaś spuścił
wzrok i przeszedł do salonu nieco speszony.
– Zarządzam stan alarmowy –
mruknęła przez zęby Gisela przemykając na górę. Nie mając
innego wyjścia dołączyłam do nich i usiadłam naprzeciwko
brunetki. Siedziała sztywno na samej krawędzi czarnej sofy
zakładając nogę na nogę.
– Jak zapewne wiecie,jestem
zmuszony odejść – powiedział ponuro Benito splatając dłonie.
Kąciki jego ust były opuszczone,a on sam sprawiał wrażenie,jakby
zgasł. Przełknęłam ślinę. Lubiłam tego gościa. Nie chcę,żeby
stało mu się coś złego.
Panowała idealna cisza
przesycona nerwowym nastrojem oczekiwania. Wypuściłam powoli
powietrze.
– Ale nie chcę też zostawiać
was w niezręcznej sytuacji,dlatego też przedstawiam wam moją
bratanicę Emeline. Przejmie moje obowiązki na czas kiedy
ja...dopóki nie będę mógł wrócić.
Niezręczna sytuacja? Jaja sobie
robi? TO dopiero była niezręczna sytuacja. Z trudem stłumiłam
parsknięcie i musiałam się zadowolić wytrzeszczeniem oczu z
niedowierzania. Spojrzałam na Rafaela. W jego oczach błysnęła
troska,a wyraz twarzy mówił,jak bardzo był przygnębiony. Nie
wydawał się specjalnie zachwycony nowym faktem,ale to nie było nic
dziwnego biorąc pod uwagę to,z jakim trudem się do kogoś
przywiązuje. Kiedy Benito odejdzie,wraz z nim odejdzie jakaś
cząstka jego duszy,którą wypełniał. Nie dało się tego tak po
prostu zlekceważyć.
Widząc nasze miny,Benito szybko
dodał:
– Mam nadzieję,że nie macie
nic przeciwko?
Z równą szybkością
odpowiedział mu Rafael:
– Nie. Po prostu...będzie nam
ciebie brakować i tyle.
– Och tak – przytaknęłam.
Odezwałam się pierwszy raz odkąd zaczęliśmy rozmowę. –
Zdecydowanie.
Emeline spojrzała na mnie z
błyskiem w oku. Po części wyglądała na spiętą,a po części na
złą na całą tą sytuację. Będę musiała jakoś rozgryźć tę
dziewczynę.
Chociaż nie,dziewczyna to złe
słowo. Była stuprocentową kobietą,w dodatku starszą ode mnie.
Miała delikatne,kobiece rysy twarzy,pełne usta pomalowane na blady
róż i oczy w kształcie migdałów podkreślone jasnym cieniem i
eyelinerem,które wydobywały ich czekoladowy kolor. Wyglądała jak
uosobienie precyzji.
– Zapewniam,że jestem
profesjonalistką. Pracowałam już jako rzecznik prasowy kilkanaście
razy. – odezwała się miękko czystym hiszpańskim
castellano,chociaż w jej głosie pobrzmiewał obcy akcent.
– Nie wątpię – mruknęłam
pod nosem po polsku.
– A więc...witamy w ekipie! –
powiedział z uśmiechem Rafael. Emeline odpowiedziała mu tym samym.
Jej uśmiech,mimo iż olśniewający nie do końca zdawał się być
szczery. Mój mąż posłał mi szybkie spojrzenie,sugerujące iż
mam zrobić to samo.
– Taaak. Witaj –
powiedziałam chłodno krzyżując ręce na piersi.
Uniosła podbródek i skinęła
głową. Początkowy lęk związany zapewne z obcym miejscem zniknął
i teraz swobodnie mogłam zacząć czytać jej charakter,podobnie jak
czytam grę na korcie. Te dwie rzeczy w gruncie są podobne;obydwie
wynikają z siebie. Jeśli przeciwniczka gra na przykład jak
Azarenka,jest pewna siebie i nigdy się nie poddaje. Zaś jeśli gra
podobnie jak Isia,ma słaby charakter,ale wolą walki dorównuje
najlepszym. Czuję,że właśnie tak będzie w przypadku Emeline.
No moje drogie,macie pełne pole do popisu dla swoich wiedźmińskich zdolności :D
xoxo
Czuję się wywołana do tablicy :D
OdpowiedzUsuńNiczego odkrywczego nie powiem - Emeline będzie podrywać Rafę i Kinga się wścieknie, tyle. Już od początku jej się nie spodobała. Nie wyczerpała mi się żadna moc, ale skąd, tylko nie nazwałabym tego pełnym polem. Ja jednak nie wróżę z ręki ani z fusów, potrzebuję wydarzeń i faktów, bo po wyglądzie nie zamierzam babska sądzić :D
Ode mnie tyle ;)
Pa :*