Tekst

piątek, 24 czerwca 2016

3.21 Marionetki

Minął tydzień ,a ja dalej nie zadzwoniłam do Rafaela. Zdawałam sobie sprawę,że powinnam była to zrobić,w końcu obiecałam to nie tylko sobie,ale i Maribel. Problem w tym,że nie mogę zebrać się na odwagę. Za każdym razem,gdy chwytam za telefon,ogarniają mnie mdłości i stresuję się jak cholera. A naprawdę,bardzo bardzo chciałabym mieć to za sobą.
No i tęskniłam za nim. Po tej podłej zdradzie,po tym jak mnie oszukał,ja wciąż go kochałam. Ten jego piękny,szczery uśmiech,jego słodkie dołeczki w policzkach,jego zapach stanowiący pomieszanie orzeźwiających męskich perfum i słonego potu po treningach. Nawet tą jego nietolerancję na żółty ser!
Przemogłam się jednak i powiadomiłam o ciąży resztę mojej rodziny. Mój ojciec wydał się zszokowany,ale zareagował nieco spokojniej niż mama,Natalia wytrzeszczyła oczy i prawie udławiła się winem przy kolacji,a ciotka z wujkiem,cóż...Nie wykazali szczególnego zaskoczenia. Nie okazali w zasadzie nic. Z pewnością dlatego,że wyglądam jak ofiara losu. Zdradzona przez męża,wyrwana z raju i w podwójnej ciąży. Tak. Nie mogę ich za to winić.
Na początku tego tygodnia jeszcze raz wybrałam się do tego przygłupa,który od teraz miał być moim lekarzem prowadzącym. Jeszcze raz zrobił mi USG,w zasadzie nic się nie zmieniło,ale na początku ciąży różnie może być. Tym bardziej,iż jest to ciąża bliźniacza. Przykazał mi też,żebym uważała na swoją dietę. Właściwie poza wyeliminowaniem kawy,herbaty,alkoholu i jajek(których i tak nie cierpię),moja ciążowa dieta w niczym nie odbiega od tenisowej i to bardzo dobra wiadomość,bo jeśli chodzi i jedzenie,jestem trudna w zmienianiu nawyków. Poradził mi też,abym miała ze sobą migdały na wypadek mdłości. I to już była konkretna rada.
Coraz częściej rozmyślałam nad tymi dwoma istotkami mieszkającymi w moim brzuchu. O ile na początku traktowałam je obojętnie,tak teraz nie potrafię już ignorować ich obecności,tym niemniej,że coraz częściej ją odczuwam. Pewnego ranka,po niemalże rutynowym ataku porannych mdłości,leżałam z leniwie przymkniętymi oczami,w długiej piżamie składającej się z długich spodni i koszulki z długim rękawem,które wygrzebałam z dna szafy. Było mi zaskakująco dobrze. Sennie podwinęłam koszulkę do góry i popatrzyłam na mój płaski jeszcze brzuch. Wyobraziłam sobie,jak będzie wyglądał za kilka miesięcy. Nabrzmiały do granic wytrzymałości,ciągnący mnie niemal do ziemi,ale dający jednocześnie równie tyle powodów do szczęścia,co niepokoju. Odsunęłam jednak tę myśl i pogłaskałam go delikatnie. Tyle razy zastanawiałam się,jak to jest,kiedy oczekuje się na narodziny dziecka,a teraz voila-będę to zgłębiać poco a poco,kroczek po kroczku.
Przekręciłam się na drugi bok i ponownie usnęłam. Gdy ponownie otworzyłam oczy,do pokoju wlewały się strumienie słońca. Uniosłam głowę i zobaczyłam tańczące na tle poświaty płatki śniegu. Zamrugałam kilka razy nie wiedząc,czy wciąż śnię. Śnieg w październiku?Tylko w Polsce.
Śnieg śniegiem,ale mimo to miałam wrażenie,że coś się zmieniło. Wysiliłam umysł,chcąc otrząsnąć go z mgiełki snu,ale z kiepskim rezultatem. W kuchni usłyszałam krzątanie się mamy.
-Dzień dobry-uśmiechnęła się do mnie gdy wyszłam z pokoju przecierając oczy.-Jak się czujesz?
-Dobrze,w porządku-odparłam tłumiąc ziewnięcie. Pociągnęłam nosem-Co tak pachnie?
-Robię ci omlet na śniadanie-wyjaśniła nalewając mi herbaty i podsuwając pod nos. Odsunęłam jednak kubek z przepraszającym spojrzeniem.
-Nie mogę pić mocnej herbaty mamo-wzruszyłam ramionami-Lepiej naleję sobie soku.
-Nie,naleję ci!
Przewróciłam oczami.
-To,że jestem w ciąży,nie oznacza,że nie mogę sama sobie nalać soku.
-Nie-przytaknęła-Ale moja córeczka zaczęła dwudziesty piąty rok życia i chcę,żeby jej urodzinowy poranek był jak najlepszy.
Rozszerzyłam oczy ze zdumienia. No tak!Osiemnasty!
-Och-wydusiłam tylko.
-Wszystkiego najlepszego!-pisnęła obejmując mnie i biorąc ni stąd ni zowąd pudełeczko.
-Dziękuję-odparłam szczerze wzruszona.
W środku znalazłam śliczne,skórzane rękawiczki w szkarłatnym kolorze,nowy tusz do rzęs i okrągłe metalowe pudełeczko
-Krem na rozstępy-dodała widząc jak przyglądam się temu krytycznym wzrokiem-Smarowałam nim brzuch przez całą ciążę i nie mam żadnych.
Miałam ochotę się rozpłakać.
Po chwili dostałam życzenia od taty,prosił,żebym wpadła wieczorem. Wygląda na to,że przede mną bardzo pracowity dzień. Po tacie byli kolejno:Aga,Pico i Gisela. A teraz właśnie rozmawiam z Mariną,która zdaje się ma bardzo dobry humor.
-Wszystkiego najlepszego kochanie!-piszczy aż muszę odsunąć telefon od ucha.
-Dziękuję-odpowiadam ze spokojem przyjmując kolejną porcję życzeń.-Co u ciebie?
-Zamierzamy ze Spencerem wybrać się na krótki urlop na weekend-odpowiedziała z lekkim zadumaniem.-No wiesz,sami.
-Och-mrugnęłam zaskoczona-To świetnie. Gdzie?
-Do Kornwalii. Z tego co wiem,jest tam niezwykły klimat,nawet o tej porze roku. Ale to nieważne,ważne jest,że wreszcie wyrywam się z domu.
-Wreszcie?
-Melanie.-wyjaśnia krótko.-Jest coraz większa,ale wciąż muszę poświęcać jej całą swoją uwagę. Macierzyństwo to niełatwa sztuka-westchnęła.
Zamknęłam oczy i z całych sił starałam się nie panikować.
-A co u was?-zagadnęła niewinnie-Wciąż po staremu?Słyszałam,że wycofałaś się z Tokio i Pekinu.
-Tak,byłam przeziębiona-starałam się,aby mój głos brzmiał spokojnie-Ale już wszystko w porządku.
Chciałam coś jeszcze dodać,ale ugryzłam się w język,bo zdawało mi się,że
ktoś przyszedł. Mama rozmawiała z kimś nieco podniesionym głosem,ale nie słyszałam,co mówiła.
-Halo,Kinga,jesteś tam jeszcze?-niecierpliwiła się Marina.
-Jestem. Mówiłaś coś?
-Chciałam zapytać co u Rafy.
-U Rafy?-Mój głos nagle zrobił się piskliwy.-Wszystko w porządku.
Być może mama rozmawiała przez telefon,bo nagle rozmowa umilkła i usłyszałam kroki w stronę swojego pokoju.
W drzwiach stał mój mąż we własnej osobie.
Miał na sobie czarny płaszcz sięgający połowy uda z rozpiętymi guzikami,pod spodem jasnoszary sweter zapinany pod szyją na zamek po lewej stronie i ciemne dżinsy ze zwyczajowym dla siebie wysokim stanem i-dam sobie rękę uciąć-podtrzymywane paskiem. Zarówno na jego zwichrzonych brązowych kędziorach,jak i płaszczu widniały maleńkie płatki śniegu. Policzki miał zaróżowione od wiatru i chłodu,a w brązowych oczach barwy orzechów błyskała determinacja,wręcz wola walki,jaką zwykle okazywał na korcie.
Wyglądał nieprzyzwoicie seksownie,nawet jeśli okazał się skończonym dupkiem.
-Marino. Muszę kończyć-rzuciłam słabym głosem czując,jak z mojej twarzy odpływa krew.
Zdążyliśmy skrzyżować spojrzenia zanim w drzwiach za Rafaelem zmaterializowała się moja mama,ledwie widoczna zza jego szerokich ramion i metra osiemdziesiąt pięć wzrostu.
-Powiedziałam,że jesteś teraz zajęta i nie możesz rozmawiać,ale uparł się-powiedziała szybko rzucając mi przepraszające spojrzenie.
-W porządku-skinęłam wolno głową. Nagle poczułam suchość w ustach.-Możesz nas zostawić?
Zawahała się przez chwilę,ale odwróciła się i odeszła. Rafael wśliznął się do pokoju i cicho zamknął drzwi. Nie spuszczając ze mnie wzroku podszedł do krawędzi łóżka.
-Co tu robisz?-wydusiłam po hiszpańsku przez ściśnięte gardło. Serce zaczynało walić coraz mocniej,im bliżej mnie się znajdował.
-Nie,to ja zapytam,co TY tu jeszcze robisz?-odezwał się spokojnie,a jego spojrzenie świdrowało moje wnętrzności.
-Powiedziałam ci,że potrzebuję czasu...
-Na co tyle czasu?-jęknął. Po spokoju w głosie nie było śladu,ale spojrzenie zmieniło się teraz w niemalże nienawistne.-Rozumiem,że było ci ciężko,ale nie możesz znikać na miesiąc i nie odpowiadać na moje telefony!
-Twoje telefony?-prychnęłam krzyżując ręce.-Przez ten pieprzony miesiąc jedyna osoba o nazwisku Nadal,która do mnie dzwoniła,ma na imię Maribel.
-Na początku dzwoniłem do ciebie niemal codziennie,a ty miałaś wyłączony telefon. Uznałem,że musisz poukładać sobie w głowie całą tę sytuację,więc przestałem. Ale sprawiało mi to niesłychany ból.
Ostrożnie usiadł na brzegu łóżka. Instynktownie podwinęłam nogi do góry. Jakaś część mnie bała się go. Chyba pierwszy raz widzę go takiego wściekłego i rozżalonego jednocześnie. Pociągnęłam nosem i wchłonęłam w nozdrza jego zapach. Cytrusowy aromat,w których przejawia się morska bryza rodem z Majorki,doskonale dopasowana do jego pochodzenia. Zapach,który w połączeniu z jego wyglądem wywołuje we mnie zawrót głowy,a nie mdłości jak w ostatnim czasie większość zapachów.
Czyżby moje dzieci już w łonie wykazały się szóstym zmysłem?
-Kinga...-powiedział delektując się brzmieniem mojego imienia;wypłynęło z jego ust niczym melodia zwiastująca ból i tęsknotę. Spuścił wzrok i przesunął ręką po kwiatowej narzucie.
-Dlaczego mi to robisz?Dlaczego tak mnie torturujesz tym czekaniem?Za co?
-Pytasz za co?-zamrugałam oczami z niedowierzaniem-Naprawdę niczego sobie nie uświadomiłeś przez ten miesiąc?
-Uświadomiłem-powiedział cicho-Jak bardzo moje życie jest puste bez ciebie. Proszę,wróć do domu.
Żachnęłam się. Nie wierzyłam własnym uszom.
-Czy ona wie,że tu jesteś?
-Kto? Emeline?-zmarszczył brwi-Nie. Po co miałbym się jej tłumaczyć?
-Chociażby dlatego,że masz ją teraz na karku.-uniosłam brwi. Przyznaj się w końcu!
-To,że się nie wyprowadziła,nie znaczy,że będzie nam uprzykrzać życie. Będzie miała teraz dziecko,myślisz,że dalej będzie się bawiła w swoje gierki?
Zatkało mnie. Ten agresywny ton głosu,te ogniki w oczach,i ten kompletny brak troski. To nie może być ten sam mężczyzna,którego pokochałam i poślubiłam. Mój Rafael wziąłby odpowiedzialność za swoje czyny. Zrobiło mi się niemal żal Emeline. Nie otrzyma od niego żadnego wsparcia,on się zachowuje jakby do niczego nie doszło!
Moja samokontrola ulotniła się cicho i niezauważalnie niczym gaz. Coś podpowiadało mi,że równie niepostrzeżenie może mnie zatruć,ale musiałam zaryzykować. Już i tak nadwyrężyłam swoje nerwy tą kłótnią.
-Jesteś niemożliwy-powiedziałam cedząc słowa-Kiedy zrobiłeś się taki szorstki i egoistyczny? Gdzie zniknął ten Rafael,który chciał być ze mną na dobre i na złe? Gdzie twoja opiekuńczość? A odpowiedzialność,wiesz jeszcze co to za słowo?
Wpatrywał się we mnie szeroko rozwartymi oczami,ale ja jeszcze nie skończyłam.
-Nie wiesz?-zaśmiałam się gorzko-Tak myślałam. To ona tak cię zepsuła. Rafael,mój mąż posunąłby się do odpowiedzialności za zrobienie dziecka obcej kobiecie,a już na pewno własnej żonie!
Wzięłam głęboki oddech i obserwowałam jego reakcję. Był wyraźnie wstrząśnięty. Złapał się za skroń,po czym podniósł ręce w geście kapitulacji.
-Nie,chwila. O czym ty mówisz?-Był zbity z tropu i ja też. Nie wiedziałam,czy chodzi mu o mnie czy o nią,ale wolałam na razie skupić się na Emeline.
-O tym,że Emeline jest z tobą w ciąży-poczułam łzy pod powiekami,ale odepchnęłam je w kąt.
-Że co???-patrzył na mnie z niedowierzaniem. Zdębiałam. No pięknie. Nie powiedziała mu?
-Rozmawiałeś nią kilka dni przed moim wyjazdem. Skłamałeś,że jedziesz do matki,a byłeś u niej. A następnego dnia powiedziała mnie.
-Co ci powiedziała?-Głos mu drżał.
-No,że jest z tobą w ciąży-zmrużyłam oczy. Ile razy jeszcze będę musiał to powtórzyć?-Że byłeś u niej i...
-Okłamała cię-przerwał,a jego słowa odbiły się od moich uszu. Wciąż był nieodpowiedzialnym dupkiem,skoro zwalał winę na nią.-Nie wierzę...
Zdjął płaszcz,przerzucił go przez oparcie łóżka i przeczesał palcami włosy w niespokojnym geście.
-Nie sądziłem,że będzie zdolna do czegoś takiego-stwierdził cicho.
Zmarszczyłam brwi coraz bardziej lawirując w tym labiryncie niedomówień. Milczeliśmy przez chwilę,aż w końcu odezwał się:
-Pojechałem do niej wtedy,bo brzmiała fatalnie. Przyznała mi się,że jest w ciąży i jeśli ją wyrzucimy,nie będzie miała gdzie się podziać. Miałem mętlik w głowie. Zrobiło mi się jej żal,ale jednocześnie miałem jej dość. Nie wiedziałem co robić.
Rozszerzyłam oczy,ale nie przerywałam mu.
-Kiedy wróciłaś wtedy od niej,myślałem,że jest ci ciężko pogodzić się z tym,że to nie ty jesteś w ciąży,ale ona.
-Dlatego naskoczyłeś na mnie,że przesadzam-wtrąciłam cicho. Mechanizm tej popapranej sytuacji powoli zaczynał się zazębiać.
-Tak-Z wahaniem wyciągnął do mnie rękę i dotknął łokcia,a potem kostek na dłoni. Tak dawno nie odczuwałam jego dotyku!-Ale nie wiedziałem,że dla ciebie przygotowała inną wersję.
-Ani ja nie wiedziałam co powiedziała tobie-odparłam zahipnotyzowana dotykiem jego wciąż zimnych palców.
-To ma sens-przyznał-Twoje reakcje,ta wyprowadzka...Potraktowała nas jak marionetki w swoim prywatnym teatrze.
Wciągnęłam głośno powietrze i zdecydowanie odsunęłam jego dłoń.
-Rafael...-po raz pierwszy otwarcie wymówiłam jego imię. Brakowało mi go.-Muszę wiedzieć. Czy poza tym jednym pocałunkiem doszło między wami do czegoś więcej?
-Nie-odparł twardo natychmiast i sięgnął palcem do mego policzka.-I nigdy nie dojdzie.
Moje ciało zaczynało się kurczyć,jak materac,z którego ktoś spuścił powietrze. Ogrom tej ulgi mógłby odczuć cały Wrocław.
-Więc to wszystko kłamstwo?-spytałam cicho. Był tak blisko...
-Na to wygląda. Zostaliśmy oszukani oboje.
-Przepraszam za to,co powiedziałam przed chwilą. Że jesteś nieodpowiedzialny. Nie wiedziałam,że reagujesz tak dlatego,że to naprawdę nie twoja sprawa.
Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. Serce podskoczyło mi radośnie widząc jego dołeczki na policzku z jednodniowym zarostem.
-Nie gniewam się-odszepnął unosząc palcem mój podbródek. Zamknęłam oczy,a on pocałował mnie szybko i delikatnie. Moje serce stanęło.
Westchnęłam cichutko,kiedy odsunął się na milimetry.
-Wiesz,że nigdy nie uciekłbym od odpowiedzialności,prawda?
-I dlatego coś mi nie pasowało.-uśmiechnęłam się szczerze.
Pocałował mnie jeszcze raz,tym razem nieco głębiej. Moje emocje i nerwy opadły na samo dno,ale wciąż odczuwałam nutkę niepokoju.
Przełknęłam ślinę i pogładziłam jego włosy.
-Ale... i tak będziesz musiał uciec się do odpowiedzialności-wymamrotałam przez ściśnięte gardło. Uniósł pytająco brwi,więc sięgnęłam do jego dłoni i przycisnęłam jego palce do brzucha nerwowo wyczekując reakcji.
Otworzył usta ze zdumienia,po czym spuścił wzrok na dłoń wciąż spoczywającą na mnie. Poruszył nią delikatnie,a potem szeroko się uśmiechnął.
-Jesteś w ciąży-wyszeptał wciąż nie dowierzając.
Rozluźniłam się i skinęłam głową.
-Och,kochanie-jęknął biorąc mnie w ramiona. Uśmiechałam się od ucha do ucha. Nagle życie znów nabrało sensu. Wciągnęłam ponownie jego zapach. Jak cudownie było znów mieć go przy sobie!
-Który to miesiąc?
-Dopiero ósmy tydzień.-odszepnęłam. Drżałam z radości pod jego dotykiem i nagle po raz pierwszy szczerze uśmiechnęłam się na myśl o swoim stanie.
Rafael odgarnął mi kosmyk włosów z twarzy i pogłaskał po policzku.
-Moja kochana-szeptał,a w jego oczach zakręciły się łzy.
-Będziesz płakał?-spytałam rozbawiona.
-Po prostu...jestem szczęśliwy-jego głos był rozdygotany od nadmiaru emocji. -W końcu się udało.
Wzięłam głęboki oddech i wysunęłam się z jego objęć. Spojrzał na mnie pytająco,ale musiałam mu to wyznać.
-Gdy się dowiedziałam,wcale się nie cieszyłam-oznajmiłam cicho-To był dla mnie wstrząs,czułam się zagubiona. Przeklinałam los,że to musiało stać się teraz,ale widzę,że nic nie dzieje się bez przyczyny.
Ponownie się uśmiechnął i schylił by mnie pocałować,ale oparłam dłoń na jego sweterku. No dalej,jeszcze najważniejsze!-Ta sytuacja dobiła mnie tym,bardziej...-Gardło ścisnęło mi się z nerwowego wyczekiwania. Westchnęłam usiłując nieco je rozluźnić-Że to będą bliźnięta.
Miałam ochotę parsknąć śmiechem na widok miny mojego męża. Otworzył szeroko usta,z jego gardła wydobył się nieartykułowany dźwięk,a oczy rozbłysły jeszcze bardziej. Przejechał dłonią po twarzy i wstał.
-Zaczekaj chwilę-mruknął i wyszedł.
Zmarszczyłam brwi,a serce zabiło szybciej z niepokoju. Chwyciłam leżącą obok poduszkę i ścisnęłam ją w nadziei,że wszystko będzie dobrze.
Wrócił z pięknym bukietem róż w co najmniej trzech kolorach:niebieskim,białym,czerwonym,a pośrodku jedną sztuczna,złota oraz pluszowym burym kotkiem z serduszkiem,który rozmiarami przypominał niemowlę.
-Tak mnie oczarowałaś informacją o tym,że zostanę tatą,że kompletnie zapomniałem po co tu przyjechałem-wyjaśnił zza bukietu róż.
Wstałam i patrzyłam na niego z rozbawieniem.
-Wszystkiego najlepszego skarbie. Kocham cię.-wręczył mi bukiet i maskotkę. Zachichotałam i przytuliłam go mocno.
-Niczego więcej sobie nie życzyłam,niż tego,żebyś do mnie wrócił-szepnęłam odsuwając się-Byłam na ciebie wściekła,ale było mi też tak cholernie źle bez ciebie.
-No więc jestem-uśmiechnął się.
Spojrzałam na róże.
-Ile ich jest?
-Sto jedenaście.
-Znaczą coś?
-Wieczną miłość.
-Och.-wciągnęłam gwałtownie powietrze.
-Pójdę wstawić je do wazonu.-odparłam i ruszyłam przed siebie. Po drodze zauważyłam,że mojej mamy nie ma.
Rafael leżał swobodnie na moim łóżku podpierając się ręką. Podeszłam i pociągnął mnie do siebie. Zachichotałam i położyłam się bokiem obok niego. Westchnął i zanurzył nos w moich włosach,a ręce oplótł wokół mojego brzucha.
-Tak mi teraz dobrze-mruknął całując moje ramię.
-Mnie też-odparłam i przymknęłam oczy.
Jego ręce poruszyły się delikatnie. Dotyk w tym miejscu wywoływał we mnie lawinę emocji. Ulgę,szczęście,ekscytację,miłość...
-Cudownie pachniesz-mruknęłam znów delektując się jego zapachem. Zapachem domu.
-Znasz ten zapach.
-Ale przez ostatnie kilka tygodni mało jest zapachów,które nie wywołują we mnie mdłości.
Parsknął śmiechem.
-Naprawdę?
-Naprawdę.
Leżeliśmy przez chwilę,aż zaczęło robić mi się gorąco. Jezu,tak dawno go nie widziałam!Przesunęłam jego dłonie na piersi i zmusiłam do lekkiego ścisku. Podniósł głowę i odwróciłam się w jego stronę z lubieżnym uśmiechem. Uniósł brwi.
-Mojej mamy nie ma-szepnęłam gładząc jego włosy.
-Wiem o tym-pocałował mnie w usta.

*


-Tak bardzo mi tego brakowało-westchnęłam przesuwając palcami po jego torsie.-Dopóki nie zacząłeś mnie całować,nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo.
-Już dobrze-szepnął cmokając mnie w skroń.-Jestem tu.
-Tak-odparłam przeciągle i poczułam niewyobrażalną ulgę. Jest ze mną. Wszystko będzie w porządku. Rozwiązał prawie wszystkie moje problemy kilkoma słowami. I pieszczotami...
-Nie zamierasz mnie puścić?-spytałam powstrzymując się od śmiechu.
-A chcesz?-skrzywił się lekko.
-Nie chcę.-przyznałam-Ale chcę ci coś pokazać. No i niedługo pewnie wróci moja mama.
Niechętnie się poruszył. Wstałam i szybko ubrałam bieliznę,po czym ruszyłam do kuchni po dokumenty.
-Co tam masz?-spytał marszcząc brwi. Zaczerwieniłam się widząc,że wciąż jest nagi.
-Przykryj się-rzuciłam-Nie mogę się skupić na niczym innym poza tobą.
Uniósł oczy do nieba i wskoczył pod narzutę.
-Tak lepiej?
Skinęłam głową i położyłam się obok niego. Natychmiast przygarnął mnie do siebie i patrzył,jak wyjmuję kartki i zdjęcia z USG. Rozszerzył oczy,gdy podałam mu zdjęcie.
-Ojej-sapnął patrząc na dwa małe punkciki.-Jakie maleńkie...
Dotknął placem jednego i drugiego,po czym niespodziewanie pocałował mnie w usta.
-A więc...cieszysz się,że będą dwa?-spytałam nieśmiało.
Popatrzył na mnie z mieszaniną czułości i dezorientacji.
-No pewnie,skarbie.
Uff!Odetchnęłam. Z jego reakcji przed seksem nie można było tego jednoznacznie wywnioskować.
-Trudno mi w to uwierzyć-dodał-Mam wrażenie,że to mi się śni.
-Też tak myślałam. Tyle,że na początku był to koszmar.
-Ej-złapał mnie za rękę i pogładził po kostkach-Nawet tak nie myśl. Kinga,w końcu będziemy mieli dziecko. Co tam dziecko,dwoje!
W milczeniu pokiwałam głową i podsunęłam mu zaświadczenie o ciąży.
-A to co?
-Przeczytaj.
Wziął ode mnie świstek i wolno czytał na głos-a właściwie to składał litery.
-Oj,wiesz,że poliglotą nie jestem-zniecierpliwił się po trzecim zdaniu.-To po prostu zaświadczenie o ciąży,tak?
-Mhm. Nie wiem tylko,czy wystarczy złożyć takie w biurze WTA.
-Powinno być po angielsku-zgodził się.-Musisz poprosić przy następnej wizycie.
-W życiu tam nie wrócę!-prychnęłam-Nie,jeśli wracam do domu.
-A wracasz?-udał zdziwionego.
-Mam zmienić zdanie?

-I tak porwałbym cię z powrotem-zażartował a ja wybuchnęłam szczerym śmiechem.

Mam ochotę zaśpiewać NIECH ŻYJE WOOOLNOŚĆ! :D Niesamowite uczucie wiedzieć,że zdało się wszystkie 5 egzaminów w terminie i otwiera się perspektywa trzech miesięcy wakacji. Ładnie się zgrało,że i rozdział jest pozytywny,ja jestem szczęśliwa i Wy pewnie też,bo o ile się nie mylę dziś zakończenie roku szkolnego :)
Całuję baraardzo gorąco! (dosłownie,w opowiadaniu śnieg,a tymczasem dziś we Wrocławiu 34 stopnie :O)
xoxo

4 komentarze:

  1. Aj jak słodko, jak cudownie! :D
    Dobrze, że się wszystko wyjaśniło, na szczęście to tylko nieporozumienie. Odetchnęłam podobnie jak Kinga, głowa mi sama opadła na oparcie fotela ;)
    Ja się tu cieszę ich szczęściem, ale i martwię, że może teraz niewiele pozostawać do końca tego opowiadania... Błagam, powiedz, że Ty nie kończysz jeszcze! Bo depresji dostanę! :(
    Dzięki za poprawienie mi tego dzisiejszego dnia, bo jakoś mam doła po tym zakończeniu roku... Niby wyniki dobre, nawet bardzo, ale ja bym chciała lepsze, poza tym boję się, że od września nie dam rady i takie tam... Jeszcze ta paskudna pogoda. U mnie, trochę na północ od Ciebie, temperatura porównywalna...
    Gratuluję zdanych egzaminów i teraz cieszmy się wakacjami :) A niedługo Wimbledonnn! A jutro meeecz, Polska - Szwajcariaaa... ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety,muszę Cię zmartwić,to już powoli koniec,aczkolwiek zanim to nastąpi to jeszcze ładnych kilka rozdziałów do końca,a więc spokojnie :)
      Aj tam masz nie dać rady,dasz sobie radę spokojnie,uwierz mi,sesja jest gorsza niż matura i wszystko inne razem wzięte xD
      Niech żyją wakacje! :D

      Usuń
  2. No i nareszcie się wyjaśnia. Nie no, nie mogłoby być inaczej. Emeline to wiedźma i tyle. Niefortunne było to nieporozumienie między Kingą i Rafą, ale super, ze się wyjaśniło. I będą bliźnięta ^^
    Wakacje, upał i skwar, sorciere melduje się ponownie :*

    OdpowiedzUsuń