Spencer
dotrzymał obietnicy i punktualnie za pięć ósma wparował do
mojego pokoju.
-
Wstawaj!!- ryknął tak,że natychmiast poderwałam się z
łóżka- Czas na trening.
Spojrzałam
zaspana na telefon.
-
Przecież nawet ósmej nie ma!- zaprotestowałam oburzona.
-
Jeżeli nie chcesz się myć,możesz pospać dłużej.
-
Cóż za wspaniałomyślność- mruknęłam po polsku podnosząc
się.
-
Słyszałem to.A teraz biegiem do łazienki
-
Od kiedy ty znasz polski?!- spytałam zrywając się.
-
Od kiedy z tobą pracuję.Za pół godziny na dole- powiedział
i wyszedł.
Trzeba
przyznać jednak,że skutecznie mnie tym obudził. W łazience była
duża wanna z prysznicem,co bardzo przypadło mi do gustu.Nie miałam
jednak czasu na kąpiel i wzięłam jedynie szybki prysznic , nałożyłam białe dresy-rybaczki,biały top z niebieską lamówką
i białą bluzę do kompletu,a potem czym prędzej zasznurowałam
buty,wzięłam torbę z rakietami i ruszyłam na dół.Zdziwiłam się
jednak,gdyż Spencer zazwyczaj przychodził pierwszy,a teraz
zamieniliśmy się rolami i to ja czekałam na niego.Pojawił się
jednak po chwili dyskutując z Mariną.Momentalnie przeszła mi złość
na niego.
-
Cześć!- przywitałam się z uśmiechem- Dobrze się
spało?
-
Byłoby dobrze,gdyby nie ta ranna pobudka- mruknęła Marina.
A
więc nie tylko ja zostałam obudzona przez mojego nienormalnego
trenera.
*
Po
kilku ćwiczeniach rozciągających na siłowni nieco bolały mnie
mięśnie,ale nauczyłam się nie narzekać.Miałam dosyć dobry
humor przez co przyszło mi to z łatwością. Spencer postanowił,
że dzisiaj potrenujemy ślizgi.
Wyglądało
to w ten sposób,że graliśmy wymianę,a on za jakiś czas grał
skrót,do którego musiałam się dośliznąć i w dodatku poprawnie
odbić piłkę. Miało mi to pomóc w grze z zawodniczkami grającymi
serve&wolej. Trenowaliśmy też serwis. Z niego był najbardziej
zadowolony,gdyż nigdy nie serwowałam jakoś szczególnie mocno i
poprawnie.
-
Koniec na dzisiaj?- spytałam z nadzieją około godziny
jedenastej.
-
Myślę,że tak. Dobrze się spisałaś
Czułam
ogromną satysfakcję.Warto było wstać tak wcześnie.
Gdy
schodziłam z kortu w korytarzu prowadzącym do szatni spotkałam
inną tenisistkę. Nigdy wcześniej jej nie widziałam,dlatego
doszłam do wniosku, że i ona dopiero stawia pierwsze kroki w
wielkim tenisowym świecie. Była trochę niższa ode mnie, jej włosy
były w kolorze ciemnego blondu. Miała śniadą karnację, musiała
być albo Hiszpanką albo pochodzić z Ameryki Południowej. W jej
ciemnoniebieskich oczach malował się strach.
-
Pierwszy raz w Wiecznym Mieście?- spytałam gdy mijałyśmy
się. Spojrzała nieśmiało w moją stronę.
-
Aż tak to widać?- spytała zdumiona.
-
Trudno tego nie zauważyć.Ale nie przejmuj się,ja także pierwszy
raz tu jestem.
-
Ale się nie boisz- zauważyła
-
Bo już schodzę z kortu.Ale też się bałam,zapewniam cię.
Przyjrzała
mi się dokładniej.
-
Hej,ty jesteś Kinga Kolat,prawda?
-
Zgadza się- odparłam nieco zdziwiona
tym,że jestem rozpoznawalna.
-
Miło mi cię poznać i gratuluję ci sukcesu w Madrycie. Ja jestem
Gisela Benitez.
Uścisnęłyśmy
sobie dłonie
-
Dziękuję. Mnie też miło cię poznać. Grałaś kwalifikacje?
-
Tak,i jestem bardzo szczęśliwa,że mi się udało.
-
Znam to uczucie.W Madrycie...- nie zdążyłam dokończyć bo
oto pojawił się Spencer.
-
Kinga,zbieraj się ,kończymy trening-powiedział i skinął głową
w stronę Giseli- Inni też chcą potrenować.
-
Nie widzisz,że rozmawiam?- warknęłam w jego stronę.
-
Nie szkodzi- uśmiechnęła się Gisela- Ja też muszę iść
na trening.
-
Gisela,jesteś gotowa?- usłyszałam w korytarzu jakiś głos.
W
naszą stronę zmierzał mężczyzna na oko w wieku Spencera. Miał
czarne włosy przyprószone siwizną. Typowy południowiec .Kiedy
zobaczył Spencera, rozpromienił się.
-
Heat!Widzę,że jednak jesteśmy umówieni.
-
No,no Sebastian Velotti!Tak myślałem,że jednak się spotkamy-
odparł Spencer i po męsku uścisnęli sobie dłonie
-
Zaraz,to wy się znacie?- spytałam zdziwiona.
-
Oczywiście. Mówiłem ci,że będziesz miała dodatkowego
trenera,prawda?- odparł Spencer- No,więc oto on:Sebastian
Velotti,najlepszy fachowiec od treningu fizycznego jakiego znam.
-
Miło mi.Kinga Kolat- odparłam i uścisnęłam mu dłoń.
-
A także trener Giseli Benitez- dodał- Widzę,że się już
znacie.
-
Tak,jak widać- mruknęłam.
-
No więc jak widzisz będę cię trenował w przygotowaniu
fizycznym,za to Spencer pomoże Giseli w uderzeniach.Prosty układ-
oznajmił.
O
tym nie miałam pojęcia.Trzeba było jednak przyznać, że to
pomysłowe, ale jednak dziwne w tenisowym świecie,gdzie rywalizuje
się z każdym.
-
No więc widzimy się jutro o dziewiątej?- spytał Spencer.
-
Jasne .Dziewczyny zagrają sobie sparing,a ja w tym czasie popatrzę
nad czym trzeba z Kingą popracować.
Fajnie,że
ja mam na ten temat coś do powiedzenia.
Po
południu postanowiłam wybrać się z Mariną na zakupy. Planowałam
kupić sobie jakąś ładną,krótką sukienkę, ale w sumie mogło
to być cokolwiek.Bardzo,bardzo marzyłam o zakupach we Włoszech!
-
Zlituj się,odwiedzamy już przynajmniej dziesiąty sklep-
jęczała Marina gdy wchodziłyśmy do kolejnych sklepów.
-
No to co?- nie przejęłam się nią- Raz na jakiś czas
można zaszaleć.
-
Ale ty jesteś taka wybredna!Ta za krótka,ta za długa,ta ma za
szerokie ramiączka,a ta w ogóle ich nie ma,kolor za jasny,kolor za
ciemny...
Nie
słuchałam jej marudzenia, bo przed wejściem do kolejnego sklepu
zauważyłam idącego ulica Verdasco.
-
Och nie- jęknęłam- Szybko,chodź tu!- pociągnęłam
Marinę za rękaw swetra do najbliższego sklepu.
-
O co ci chodzi?- syknęła wygładzając rękaw.
-
Verdasco idzie tą ulicą- szepnęłam wchodząc za rzędy
wieszaków.
-
Myślałam,że dał ci spokój
-
Chciałabym.Nie odzywał się do mnie od Madrytu, ale to jeszcze nie
znaczy, że mu przeszło
-
A może po prostu dasz mu szansę?- poradziła i skrzywiła się
odkładając na miejsce wściekle różową sukienkę z wielką
kokardą
-
Nie!- syknęłam- On chce mnie tylko wykorzystać.
-
A może jednak się w tobie zakochał?
-
Nie rozśmieszaj mnie.Zamieniając ze mną ledwie dwa słowa?
Przeglądając
wieszaki trafiłam na idealną sukienkę.Była szyfonowa na
biuście,sięgała przed kolana,a z tyłu była nieco dłuższa.W
pasie miała czarny pasek idealnie kontrastujący z jej morskim
kolorem.
-
Spójrz na nią- rzuciłam do Mariny- Jest piękna.
-
Ojej...jest cudowna.Przymierz ją- zarządziła.
W
te pędy poleciałam do przymierzalni.Leżała idealnie
-
Biorę ją- zdecydowałam natychmiast,ale po chwili zawahałam
się- Marina?
-
Hm?- mruknęła oglądając inne.
-
A tak właściwie to gdzie ja ją założę?
-
Może na randkę?- usłyszałam za plecami męski głos- Na
przykład ze mną?
Obróciłam
się gwałtownie.Za mną stał Verdasco.
-
Skąd się tu wziąłeś?- wydusiłam tłumiąc jęk
rozczarowania.
-
Cóż,wpadłem tu,żeby kupić sobie jakiś przyzwoity krawat i nagle
cię zobaczyłem- odparł- To jak będzie z ta randką?
Jednak
nie żartował.
-
To nie jest dobry pomysł- oznajmiłam.
-
Dlaczego?
-
Ostatnio kiedy razem trenowaliśmy odpadłam z turnieju pamiętasz?
Chyba nie jest mi pisane spotykanie się z tobą- powiedziałam
słodkim głosikiem.
Machnął
ręką.
-
Ale tym razem nie będziemy trenować
-
Nie?- uniosłam brew
-
Jeżeli zjesz ze mną kolację, nic ci się nie stanie- nalegał.
-
Oj nie wiem- ciągnęłam swoją grę dalej- Mogę się
zatruć,albo coś...
-
Daj spokój- przerwał mi stanowczo.Czyżby słynny Mistrz
Podrywu nie był przyzwyczajony do odmowy ze strony swojej
wybranki?- Nic ci się nią stanie,a jeśli nawet biorę za to
pełną odpowiedzialność
No,no,no,żeby
aż tak się poniżyć?
-
Zgoda- oznajmiłam idąc do kasy.Kątem oka dostrzegłam Marinę
zmierzającą w moją stronę.We wtorek o dziewiętnastej. Nie
spóźnij się.
-
We wtorek?Hm...- zawahał się.
-
Coś nie tak?-spytałam niewinnie
-
Tak...nie...ja....Och,dobrze postaram się skończyć przed
dziewiętnastą-powiedział lekko się jąkając.
-
A gdzie?
Podał
nazwę.
-
Za drogo.
-
Ja stawiam.
-
W porządku- oznajmiłam udając się do kasy- Zatem we
wtorek dziewiętnasta w La
Trattoria.
*
W
poniedziałek rano jak zwykle poszłam na trening.Tym razem jednak
miał to być sparing z Giselą i miał służyć Velottiemu do
poznania moich fizycznych możliwości,więc nie było to zwyczajne
spotkanie z trenerem.Musiał to być też szybki mecz,ponieważ grałam
dzisiaj wcześnie,już o dwunastej na korcie numer pięć.Musiałam
więc się maksymalnie skupić i oszczędzać siły na mecz pierwszej
rundy.Ustaliłyśmy zatem z Giselą,że gramy tylko jednego seta.
Nie
znałam wcześniej jej stylu gry.Był bardzo podobny do gry Marii
Sharapovej,jednak zagrywała piłki z dużym czuciem i-podobnie jak i
Maria-dosyć mocno.Z pewnością dobrze się zapowiadała.Potrafiła
świetnie atakować,ale ja w obronie byłam równie skuteczna.Nie
chciałam jednak zbytnio się nabiegać,więc przy stanie 5:5
przegrałam swój gem serwisowy i po chwili Gisela wygrała 7:5.
-
Niezły mecz- powiedziała zziajana przy siatce- Dobra
jesteś.
-
Ty też-odparłam- Świetnie atakujesz.
-
Nie trafiam jeszcze tak jakbym chciała.Ale ma wrażenie że ty też
nie.
-
Ja nie dałam z siebie wszystkiego-przyznałam pakując rakietę do
torby- Chciałam oszczędzić siły na pierwsza rundę.
-
Rozumiem.
-
Kiedyś pokażę na co mnie stać- uśmiechnęłam się-
Obiecuję ci to.
-
Nie ma sprawy,rozumiem. Może w turnieju?- uniosła brew.
-
Jestem za.
Zauważyłam,że
podeszli do nas trenerzy.
-
Świetnie się poruszasz- skomplementował mnie Sebastian-
Ale musisz się bardziej porozciągać przed meczem.Zrobimy coś z
tobą.
Poklepał
mnie z uśmiechem po ramieniu
-Gisela,graj
bardziej z rotacją,na mączce się przydaje-poradził Spencer
-
Wiem, ale jestem nauczona grać płasko
-
Nie zawsze musisz, czasem lepiej użyć rotacji. Graj z głową to
daleko zajdziesz. Twój styl jest doskonały
-
Nie przesadzasz?- spytałam z odrobiną zazdrości- Czyim w
końcu jesteś trenerem?
-
Twoim- odparł spokojnie- Ale wobec twoich rywalek muszę
być obiektywny nie sądzisz?A teraz idź pod prysznic i odpocznij
chwilę przed meczem
Gdy
wychodziłam z szatni,minęłam się w drzwiach z Giselą
-
Chyba nie masz mi za złe,że wykorzystuję twojego trenera?-
spytała zaniepokojona.
-
Nie,to nie o to chodzi- odparłam szybko słysząc ton jej
głosu- Po prostu mnie tak nigdy nie pochwalił.
Rozszerzyła
oczy.
-
Naprawdę?
-
Tak. Po prostu poczułam się zazdrosna i tyle. A teraz przepraszam
cię,muszę iść
Szybkim
krokiem udałam się w stronę wyjścia czując na sobie wzrok
Giseli. To nie moja wina,że czuła się winna,po prostu zabolało
mnie podejście Spencera. Mimo,że był taki od zawsze i nauczyłam
się z tym żyć,to jednak po tym komplemencie w stronę rywalki
jakiś niesmak pozostał. Mnie nigdy nie powiedział że mam idealny
styl gry,nawet biorąc pod uwagę to,że sam mnie w nim wychował.
Żeby go stworzyć nauczył mnie grać lewą ręką i wolejem.
Poświęcił całe godziny na trenowanie wyrzucającego serwisu. Ale
ani razu nie stwierdził,że gram idealnie. A czym ja się różnię
od Giseli Benitez,bo chyba jesteśmy w końcu na tym samym
poziomie?!Nie znoszę być na drugim miejscu!
*
Żeby
rozegrać mecz pierwszej rundy wyszłam na kort godzinę później
niż było to ustalone. Przede mną mecz grali panowie,którzy grali
trzysetówkę,a w męskim tenisie zarówno trzy jak i pięciosetówki
są zazwyczaj bardzo wyrównane,a panowie walczą do ostatniej piłki.
Na tym właśnie polega cała dramaturgia tenisa. Dopóki piłka jest
w grze zdarzyć się może wszystko.
Do
meczu przystąpiłam spokojnie,nie martwiłam się już sytuacją z
treningu i niesprawiedliwym traktowaniem Spencera. Spojrzałam w ich
stronę. Obok niego siedział Sebastian Velotti .To bez wątpienia
było nowością. Do tej pory mój boks świecił pustkami,a teraz
siedziały w nim cztery osoby. To nadal niewiele,ale przy takim
układzie czułam się obco biorąc pod uwagę fakt,że poznałam ich
zaledwie wczoraj. W rzędzie niżej siedziała Marina,a obok niej
menadżerka panny Benitez i-uwaga-żona Sebastiana w jednym. Do tej
pory uśmiecham się przy wspomnieniu miny mojej menadżerki na
wiadomość o tym układzie. Mam tylko nadzieję,że to ją
zmobilizuje, bo obok niej siedział żywy przykład tego że można.
Jie
Zheng okazała się łatwa do ogrania. Dość szybkie 6:4 6:4 dla
mnie,co oznaczało ,że w kolejnej rundzie znowu zagram z Karoliną
Woźniacką.
Po
meczu byłam usatysfakcjonowana,bo mój trener w końcu mnie docenił.
Powiedział tylko co prawda "dobra robota" i
skomplementował serwis, ale był to wystarczający powód do
radości.
Jako
iż Marina cały czas żaliła się na Veronicę, postanowiłam
wybrać się do Giseli. Jak się wczoraj okazało nocowali w tym
samym hotelu. Gdy zapukałam i uchyliłam lekko drzwi zobaczyłam,że
Argentynka leży na łóżku podpierając się rękoma. Wyglądała
jak dziecko,które dostało szlaban.
-
Co ci się stało?- zapytałam. Jeśli i ona ma focha,wychodzę!
-
Nudzi mi się- oznajmiła- Próbowałam się zdrzemnąć,ale
nie mogę zasnąć.
-
Chodźmy na kawę- zaproponowałam automatycznie.
Podniosła
się z łóżka.
-
Świetny pomysł. Daj mi pięć minut.
Kwadrans
później szłyśmy ulicą w poszukiwaniu jakiejś kawiarni.
Usiadłyśmy przy stoliku na zewnątrz w pierwszej napotkanej i
zajrzałyśmy do karty.
-
Latte Machiato i tiramisu- mruknęłam do kelnerki,która akurat
teraz się pojawiła.
-
Hm...cappucino i tiramisu- oznajmiła z kolei Gisela.
-
Nie pijasz kawy?- spytałam swobodnie po hiszpańsku gdy
kelnerka odeszła.
-
Nie,nie przepadam,ale...hej,nie wiedziałam że mówisz po
hiszpańsku!Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?
-
Nie wiem,nie było okazji.
-
Od dawna?
-
Od jakichś pięciu lat. Mam rodzinę w Hiszpanii i często tam
bywałam. Chcąc nie chcąc, nauczyłam się.
-
Super. Nie często trafia się na Polkę znającą hiszpański-
uśmiechnęła się.
Kelnerka
podała kawę i ciasto.
-
Dzięki za wsparcie- powiedziała ni stąd ni zowąd Gisela.-
Pierwszy raz jestem w tak ważnym turnieju.
-
Drobiazg.Tydzień temu mnie samej nie było łatwo. Dobrze cię
rozumiem- odparłam próbując deseru.
-
Czułam się taka zagubiona- przyznała- Te wszystkie
tenisistki,znane na cały świat...i ja jedna stawiająca pierwsze
kroki jako profesjonalistka.
-
One wcale nie są taki złe- zapewniłam- Po porażce w
Madrycie Serena Williams zachowała się w stosunku do mnie w
porządku i pogratulowała mi świetnej gry. Ale są i taki których
nie lubię
-
Ja też .Kiedy patrzę na zachowanie niektórych to cieszę się że
nie jestem sławna.
-
Ciekawa jestem jacy są tenisiści?- zastanawiałam się na
głos- Też tacy zepsuci?
-
Nie,chyba nie. Chociaż pewna nie jestem
-
Znasz kogoś?- spytałam biorąc kolejny kęs tiramisu. Było
wyśmienite
-
Poznałam Juana Monaco--oznajmiła z lekkim rumieńcem,ale
uznałam że nie będę poruszać tego tematu- Jest miły i
wcale się nie wywyższa. A ty?
-
Fernando Verdasco- przewróciłam oczami.Gisela z kolei o mało
co się nie zakrztusiła kawą
-
Takie ciacho?- jęknęła- Jej,ale ci zazdroszczę!
-
Nie ciesz się. Nie wiesz,że to chyba najbardziej znany
tenisista-kobieciarz?
-
Wiem. Ale jest cudny- rozmarzyła się.
Odstawiłam
widelczyk na talerz zastanawiając się czy powiedzieć jej o randce.
-
Przestań- zganiłam ją- Idę z nim jutro wieczorem na
kolację. Żyć mi nie dawał.
-
I ty jeszcze marudzisz?- prawie krzyknęła- Idziesz na
randkę z Fernando Verdasco!
-
Nie krzycz!- syknęłam nachylając się nad stołem- Dla
ciebie to może i jest szczyt marzeń,ale nie dla mnie.
-
Przecież on jest boski- broniła się.
-
Zgoda,jest przystojny,ale ja nie chcę być z kimś kto zmienia
kobiety jak rękawiczki. Raz na takiego trafiłam i nie uśmiecha mi
się powtórka- odparłam zdecydowanie.
-
Ale jeden wieczór chyba cię nie zbawi co?
Przewróciłam
oczami. Nie spodziewałam się że ta znajomość będzie miała
drugie dno.
*
Dzisiaj
mecz grałam planowo o godzinie jedenastej,gdyż Caroline jako
rozstawiona z "dwójką" zawsze grała na centralnym,a tak
się składało że nasz mecz był pierwszy. Od wczoraj nie
opuszczała mnie pewność siebie. Obawiałam się niekiedy o utratę
koncentracji w związku z tym,ale wewnętrzna walka między strachem
a chęcią udowodnienia,że jestem lepsza rozegrała się na korzyść
tego drugiego.
Kiedy
rozpoczęłyśmy mecz,wyraźnie widziałam nie tylko w
uderzeniach,ale i w oczach Karoliny niepewność. Rozumiałam
ją,wcześniejsza porażka z jakąś szerzej nieznaną zawodniczką
nie działała z pewnością na nią korzystnie,dlatego też obawiała
się popełnienia choćby najmniejszego błędu. Nie znaczy to,że z
nerwów nie trafiała. Po prostu grała bardzo ostrożnie,przez
środek dając mi w ten sposób szansę na atak,ale nie korzystałam
z nich. Piłkę na druga stronę oddawałam jednak nieco mocniej
i
ze znacznie większą rotacją,tak,że niekiedy musiała ją odbierać
z okolicy ramion z czym kompletnie sobie nie radziła. Nic więc
dziwnego,że po kilkunastu minutach wygrałam pierwszego seta
6:1.Zupełnie jak w pierwszym spotkaniu.
Zawsze
kiedy idzie mi bardzo dobrze,albo bardzo źle podczas przerwy
spoglądam na swój boks. Ten czteroosobowy układ będzie już w nim
chyba gościł na stałe z czego nie ukrywając byłam bardzo
zadowolona. Jednak z trenerami siedziała dziś również i Gisela.
Ucieszyłam się na jej widok,bo pomimo tego spięcia z trenerami
zdołałam ją polubić.
Drugi
set Karolina zaczęła od utrzymania swojego podania,ale nie na
długo. Przy stanie 1:1 przełamałam ją na 2:1,a potem wygrałam
kolejne cztery gemy i tym samym cały mecz. Publiczność biła mi
brawa, ja poczułam że na nie zasłużyłam,gdyż naprawdę niektóre
akcje wychodziły mi wyśmienicie. Na konferencji śmiało
przyznałam,że to był najlepszy mecz w mojej karierze.
Wieczorem
należałoby się jakoś przygotować do randki z tym palantem. Na
pewno nie założę tej ślicznej chabrowej sukienki,co to to nie
!Poszperałam w swoich rzeczach i znalazłam czarne rurki. Doskonale.
Jeszcze tylko jakaś elegancka bluzka i będzie dobrze. Problem
jednak w tym,że nie zabrałam takiej. Szybko poszłam więc do
Mariny,która zazwyczaj ma coś pod ręką.
-
Przeszło ci już?- spytałam na wejściu. Nie widziałyśmy się
od wczorajszego wieczora,więc nie wiedziałam czy jej humor uległ
poprawie.
-
Ale co?- spytała zdziwiona klikając szybko w swoim laptopie
-
No,ten wczorajszy foch.
-
Aaa,tak,już lepiej. Chyba dopadł mnie PMS.
-
Świetnie. Masz jakąś elegancką bluzkę?Potrzebuję na wieczór
-
Myślałam,że założysz tę śliczną sukienkę.- zdziwiona
popatrzyła na mnie
-
Dla niego?W życiu- prychnęłam- To jak będzie?
-
Poczekaj,zaraz sprawdzę-powiedziała i zanurkowała w szafie-
O,co powiesz o tej?
Pokazała
mi beżową satynową bluzkę wiązaną na szyi.
- Może być. Dzięki-
odparłam gdy rzuciła mi ją przez pokój-Zobaczymy się rano
-
Nie zamierzasz wrócić na noc?- spytała z ciekawością
unosząc brew.
-
Oczywiście że zamierzam .Uważasz mnie za dziwkę?- spytałam
nieco urażona.
-
Skąd- zreflektowała się szybko- Po prostu...ach,nie
ważne.
Mruknęła
i znów utkwiła oczy w klawiaturze a ja uznając to za pożegnanie
wróciłam do siebie. Chyba naprawdę zbliża jej się okres,bo od
dłuższego czasu jest strasznie drażliwa.
*
Przed
"La Trattorią" czekałam dobre piętnaście minut aż w
końcu szybkim krokiem dostrzegłam zbliżającego się Fernando
-
Hej,przepraszam cię za spóźnienie,ale mecz mi się troszkę
przedłużył- powiedział z tym swoim czarującym uśmiechem.
Omiótł
mnie wzrokiem
-
Wyglądasz cudownie- szepnął.
Miałam
na sobie wybrany komplet i małą czarna torebkę a na nogach
szpilki(swoją droga też od Mariny)Związałam włosy wysoko w
koński ogon,a w uszy wpięłam małe brylantowe kolczyki.
-
...ale myślałem,że założysz tą sukienkę- dodał nieco
rozczarowany.
-
Jest trochę za chłodno,nie sądzisz?- stwierdziłam cierpko.
-
Och,to może lepiej wejdźmy- powiedział szybko speszony. Widać
było,że nie odnajdywał się w standardowej roli amanta.
Usiedliśmy
przy stoliku pod oknem. We wnętrzu było dość...romantycznie i
podobało mi się.
-
Pijesz czerwone czy białe?- spytał przeglądając kartę win.
-
Czerwone.
Gdy
kelner przyjął nasze zamówienie,Hiszpan zaczął mi się bacznie
przyglądać. Spojrzałam na niego pytająco.
-
Czy wszystkie Polki są tak piękne jak ty?- spytał po chwili.
Litości!To
ma być Mistrz Podrywu?
-
Raczej tak- odparłam dumnie unosząc głowę- A czy
wszyscy Hiszpanie są tacy bezpośredni?
Zaśmiał
się nerwowo
-
Zazwyczaj mówimy to co myślimy,ale liczymy się z cudzymi
uczuciami- oznajmił akcentując ostatnie dwa wyrazy dając mi
tym samym do zrozumienia,że go uraziłam. Nie zamierzam przepraszać.
-
Wygrałeś w końcu ten mecz?- spytałam po chwili niezręcznego
milczenia.
-
Przestań,musimy rozmawiać o pracy?- spytał pochylając się
nad stołem.
-
A masz lepszy pomysł?
-
W zasadzie to mam- spuścił na chwilę wzrok-
Porozmawiajmy o nas...
Chciał
przykryć swoja ręką moją,ale na szczęście w tej chwili kelner
pojawił się z naszym zamówieniem i szybko ją cofnęłam chwytając
za kieliszek .Kątem oka dostrzegłam,że Fernando spiorunował
odchodzącego kelnera wzrokiem. Szybko wzięłam widelec do ręki i
nabrałam trochę makaronu po czym wsunęłam go sobie do ust.
-
A więc...- kontynuował jakby nic nam nie przerwało-
Porozmawiajmy o nas.
Na
szczęście miałam makaron w ustach i nie odpowiedziałam,jednak gdy
dostrzegłam,że unosi pytająco brew pospiesznie przełknęłam
makaron i oznajmiłam:
-
Nie ma żadnych nas. Nie ma i nigdy nie będzie.
-
Jesteś pewna?- spytał unosząc widelec do ust- Wiele
kobiet marzy żeby być na twoim miejscu.
-
To znajdź taką- podsunęłam- Ja nie jestem
zainteresowana.
-
W takim razie po co się zgadzałaś?
-
Bo nie dałbyś mi spokoju. Stwierdziłam,że jeden wieczór mogę z
tobą spędzić,więc bądź tak dobry i nie zepsuj mi go-
powiedziałam jadowicie po czym utkwiłam wzrok w talerzu i zajęłam
się kolacją.
Przez
resztę wieczoru rozmawialiśmy albo o bzdurach albo milczeliśmy
jedząc. Spojrzałam na zegarek.
-
Już późno- stwierdziłam- Powinniśmy się zbierać.
-
Masz rację. Odwieźć cię do hotelu?
Wzruszyłam
ramionami i uniosłam kąciki ust,bo przyszedł mi do głowy świetny
pomysł.
-
Czemu nie?
Gdy
dotarliśmy do mojego hotelu, skinęłam na niego głową żeby
wszedł za mną na górę. Nie trzeba chyba dodawać,że pędził aż
się kurzyło.
Pod
drzwiami obróciłam się twarzą do niego i namiętnie pocałowałam.
Wiem,że sama sobie zaprzeczam,ale naprawdę wiedziałam co robię
Kiedy
w końcu przestaliśmy jego lubieżny wzrok przesuwał się po moim
ciele.
-
No- zaczął szeptem- Co będzie dalej?
-
Dalej- podłapałam szepcząc mu do ucha- Będziesz
grzecznym chłopcem i poczekasz do jutra. To wszystko co mogę ci
dziś zaoferować
-
Daj spokój- żachnął się- Wiem,że tego chcesz.
-
Nie- odparłam szeptem- Ty tego chcesz. Jutro możemy tego
chcieć oboje. To jak będzie?
Przejechałam
dłonią po jego koszuli aż do spodni.
-
Zgoda- powiedział jak zahipnotyzowany.
-
Grzeczny chłopiec. Zatem jutro po treningu...ach,zresztą zobaczysz.
Dobranoc
Przekręciłam
klucz w zamku i otworzyłam drzwi wsuwając się do środka.
Pomachałam mu dłonią i zamknęłam drzwi. Stałam chwilę bez
ruchu aż w końcu usłyszałam jego kroki. Odetchnęłam głęboko i
uśmiechnęłam się do siebie. Jutro nie będziesz chciał mnie
znać dokończyłam w myślach i udałam się pod prysznic.
How I met my best friend italian version. Ach, jaka jestem szczęśliwa, 4 miesiące wakacji czas zacząć <3 Dobrze, że mam tego bloga, więc będzie co robić ^^ Poza oglądaniem tenisa i "Supernatural", od którego się uzależniłam. Uff, dobrze, że przez ten serial nie zapomniałam dodać tego posta !
Cieszy mnie ogromnie, że blog zyskuje nowych czytelników, wyświetlenia i komentarze mówią same za siebie :) Oby tak dalej!
Ogromnie szczęśliwa,
Gatique.
How I met my best friend italian version. Ach, jaka jestem szczęśliwa, 4 miesiące wakacji czas zacząć <3 Dobrze, że mam tego bloga, więc będzie co robić ^^ Poza oglądaniem tenisa i "Supernatural", od którego się uzależniłam. Uff, dobrze, że przez ten serial nie zapomniałam dodać tego posta !
Cieszy mnie ogromnie, że blog zyskuje nowych czytelników, wyświetlenia i komentarze mówią same za siebie :) Oby tak dalej!
Ogromnie szczęśliwa,
Gatique.
Zaintrygowałaś mnie starsznie tym rozdziałem, zwłaszcza końcówką ;] Czekam na next.
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam ten rozdział już w piątek, ale komp mi nawalił, a mobilna wersja blogspota w pisaniu komentarzy była nie do ogarnięcia, więc piszę dopiero dziś, kiedy laptop został uzdrowiony po 48 h skanowania ;D
OdpowiedzUsuńNo więc... dobrze, że Kinga poznała Giselę - zawsze jakaś bratnia dusza na turniejach, a obie są początkujące i się rozumieją, a poza tym współpraca ze swoimi trenerami powinna przynieść obydwu korzyści (oby nie skończyła się tak szybko jak u Radwańskiej i Navratilovej). No i już nie mogę się doczekać, co Kinga wymyśliła na Ferdzia... :) Zemsta będzie słodka?...
Czas na wyżalenie się - co też Rafa zrobił Sharapovej, że wpakowała go w losowaniu do jednej ćwiartki z Novakiem?! Przecież taki mecz przyciągnie więcej ludzi niż jakikolwiek finał któregoś z nich z kimkolwiek z dolnej połówki!
Zazdroszczę Ci tych czterech miesięcy, dla mnie jeszcze trochę do wakacji, ale już czekam na przyszły tydzień, w którym nacieszę się meczami na Rolandzie, bo nie jadę z klasą na wycieczkę (a jednak są tego jakieś plusy! :)
I kamień spadł mi dziś z serca, że komputer już zdrowy i wstawię rozdział na czas, bo przecież nie mogłabym moich czytelniczek tak zostawić w niepewności :D
Pozdrawiam