Gdy
chłopcy pojechali każdy w swoją stronę,my z Rafą postanowiliśmy
spędzić kolejny piękny dzień na plaży w Porto Cristo,tym razem
tylko we dwoje. Podczas tych kilku dni opaliłam się bardziej niż
przez całe życie,więc moja skóra w połączeniu z białym bikini
robiła imponujące wrażenie. Zdaje się,że i Rafael to docenił
mówiąc,że pięknie wyglądam w tym kostiumie.
Prędzej
czy później to coś,co wisi między nami musi wybuchnąć,bo tak
dalej być nie może. Dziś wieczorem postanowiłam wziąć sprawy w
swoje ręce. Jak się okazało,Maribel szła dziś na randkę,a Ana
Maria pojechała na imieniny przyjaciółki w Petrze i zostawała u
niej na noc. W zasadzie to niedaleko,ale Rafael sam poprosił matkę
żeby nie wracała po ciemku. Nadarzała się więc idealna okazja...
Po
powrocie z plaży wzięłam dłuższą kąpiel w łazience Rafaela.
Zajęło mi to dobre pół godziny i zaczynał się niecierpliwić. W
końcu oznajmił,że weźmie szybki prysznic w drugiej łazience.
Gdy
wysuszyłam włosy założyłam na siebie owy mały gratis,który
zabrałam ze sobą na wszelki wypadek. Była to koronkowa,czarna
halka z długim rękawem opiętym na ramionach. Trochę krępowała
mi ruchy,ale przecież i tak się jej później pozbędę.
Wyszłam
z łazienki odziana w aksamitny szlafrok i stanęłam przed ogromnymi
oknami obserwując zachodzące słońce. Odbijające się od wody
światło słoneczne rysowało na chmurach całą paletę barw dając
niesamowity widok.
Usłyszałam
kroki zmierzające w stronę salonu.
-
Postanowiłaś wreszcie wyjść?- zażartował stając w progu.
Miał na sobie krótkie,szare spodenki i rozpiętą koszulę.
-
I tak spędziłam tam za dużo czasu- odparłam i zamknęłam
oczy,gdy powoli ruszył w moją stronę.
-
Piękny zachód- mruknęłam,żeby wytłumaczyć dlaczego
sterczę przy tym oknie od piętnastu minut,ale też dlatego żeby
przerwać wiszącą między nami ciszę.
-
Faktycznie. Ale jest coś piękniejszego od najpiękniejszego nawet
zachodu.
Objął
mnie rękoma w talii i położył głowę na moim ramieniu.
Zaczęliśmy łagodnie się kołysać, jak w tańcu. Przełknęłam
nerwowo ślinę w oczekiwaniu na ciąg dalszy.
Po
chwili odwrócił mnie twarzą do siebie i delikatnie pogłaskał po
policzku. Oparłam swoje dłonie na jego piersi.
-
Rafael...-zaczęłam niepewnie.
– Tak?-
mruknął przyciągając mnie do siebie.
-
Czy...ciebie coś łączy z Caroline Woznacki?- wykrztusiłam z
trudem. Gardło miałam ściśnięte.
-
Znajomość- odparł spokojnie.
-
Ale...czy między wami coś jest?
Odsunął
się zaskoczony.
-
Skąd ci to przyszło do głowy?
-
No wiesz...wtedy,na przyjęciu przed Wimbledonem...chwaliła się że
rozmawialiście dość długo. No i te różne pozakortowe układy...
-
Naprawdę tak powiedziała?- zdziwił się-Ja po prostu
zapytałem o ciebie. Siedziałaś wtedy z nią. Myślałem,że dzięki
temu cię poznam,ale ty wypadłaś tak nagle.
-
Naprawdę nic między wami nie ma?- upewniłam się.
-
Nic. Znamy się, bo często widujemy na turniejach,to wszystko.
Odetchnęłam
z ulgą.
-
Czy gdyby coś mnie z nią łączyło tak bardzo chciałbym cię
poznać?
-
Nie wiem- przyznałam szczerze- Wy faceci...jesteście
czasem nie do zrozumienia.
-
A czy zrozumiesz to?- spytał i pocałował mnie czule w usta. Z
chęcią odwzajemniłam pocałunek dotykając jego policzków i
włosów. To nie było delikatne cmoknięcie jak wtedy w nocy. To był
prawdziwy,romantyczny pocałunek.
-
Tak,to rozumiem doskonale- szepnęłam gdy nasze usta na chwilę
się oddzieliły, a następnie pocałowałam go jeszcze raz i
odsunęłam się.
-
Chodź!- powiedziałam łapiąc go za rękę- Odejdźmy od
tego okna.
-
Chyba wiem gdzie będzie nam dobrze- stwierdził z przebiegłym
uśmiechem i podniósł mnie. Pisnęłam zaskoczona gdy wziął mnie
na ręce i zaniósł do swojej sypialni. Całe szczęście, że byliśmy w tym wielkim apartamentowcu sami...
*
Rankiem
zbudziłam się z głową wspartą na brzuchu mojego kochanka.
Podniosłam ją i spojrzałam na niego. Wciąż był pogrążony w
głębokim śnie. Uśmiechnęłam się do siebie i pochylając się
nad nim ,delikatnie pogładziłam jego policzek. Mruknął coś
niezrozumiale i przewrócił się na drugi bok. Stłumiłam chichot i
narzucając szlafrok po cichu przemknęłam do kuchni. Czułam się
tu już na tyle swobodnie,że mogłam przyrządzić dla nas
śniadanie. Wyjęłam z lodówki mleko i jajka,z których
postanowiłam zrobić omlety.
Gdy
przewracałam kolejnego na patelni,Rafael niesłyszalnie zaszedł
mnie od tyłu i objął w talii całując w policzek.Przestraszona
pisnęłam i prawie upuściłabym patelnię,gdyby nie jego refleks.
-
Och,przepraszam- powiedział odsuwając się- Nie
sądziłem,że aż tak cię wystraszę
-
Aż tak?-spytałam odstawiając patelnię i odwracając się do niego
-
No,aż tak.Bo trochę chciałem cię przestraszyć- wyszczerzył
się chytrze za co dostał ode mnie ścierką
-
Nigdy....więcej...mnie...tak...nie strasz- powiedziałam
zanosząc się śmiechem pomiędzy kolejnymi uderzeniami ścierki.
-
Ok,ok,przepraszam-powiedział osłaniając się przed “ciosami”-
Co robisz dobrego?
Teraz
dla odmiany był przymilny zaglądając mi przez ramię na zawartość
patelni.
-
Omlety.Miało być śniadanie do łóżka,ale nie będzie na twoje
własne życzenie.
-
Nic się nie stało. Do łóżka można iść jeszcze raz- po
raz kolejny wyszczerzył się w uśmiechu.I po raz kolejny dostał za
to po łbie ścierką.
-
Ej,a to za co?- jęknął.
-
Tylko jedno ci w głowie- stwierdziłam.
-
Nieprawda- obruszył się- No,przynajmniej nie w tej chwili
Westchnęłam
przekładając omlety na talerze.Chociaż w sumie byłam
szczęśliwa,że tak mu się humor polepszył.I to dzięki mnie.
Gdy
zmywałam talerze po śniadaniu podszedł do mnie i zaczął całować
w kark odgarniając włosy.
-
Hej,opanuj się- powiedziałam.
-
Nie potrafię-mruknął skubiąc płatek mojego ucha
-
A trening?
-
Później...
-
Nie-oznajmiłam stanowczo odwracając się do niego twarzą-
Musisz iść. Możemy zabawić się jak wrócisz
-
No dobra-jęknął i wyszedł w kierunku łazienki
Uśmiechnęłam
się do siebie dumna,że zrobił to co mu kazałam.
-
Ale obiecujesz?- znów stanął w progu celując we mnie palcem.
-
Słowo królowej Paryża- uśmiechnęłam się szeroko.
*
Pozostałe
dni płynęły w sumie tak jak wszystkie poprzednie. No,z wyjątkiem
tego,że noc w noc spaliśmy(chociaż “spaliśmy” to nie jest
dobre słowo)razem. Nie chciałam dopuszczać do siebie tej myśli,ale
w końcu trzeba było wrócić do rzeczywistości i zostawić za sobą
tą Wyspę Cudów. Rano,w dzień wylotu byłam ponura i przygaszona.
-
Naprawdę musisz już wyjeżdżać?- pytał co jakiś czas
Rafael patrząc na mnie ze smutkiem- Przecież widzę jak bardzo
nie chcesz.
Na
co ja kręciłam ze smutkiem głową i odpowiadałam:
– Nie.Kiedyś
i tak będę musiała wrócić.A chcę jeszcze potrenować w domu
przed wylotem do Cincinnati.
Samolot
miałam dopiero o dwudziestej pierwszej. Mimo,że był dopiero ranek
ciągle żyłam perspektywą powrotu do rzeczywistości. I wcale mi
się ona nie podobała. Nie miałam też bladego pojęcia jak
odzyskać swój rytm treningowy,skoro tak długo nie trenowałam(z
wyjątkiem tego jednego na Majorce,ale tego nie można było raczej
nazwać normalnym treningiem)
Spencer
mnie zabije.
Chociaż...patrząc
na ostatnie wydarzenia może nie będzie tak źle.
Nie.
On nie odpuszcza,choćby nie wiem do jakiego stopnia zawróciła mu w
głowie Marina.
Jednak
mnie zabije. Żegnaj,wspaniały,chociaż okrutny świecie...
-
Kinga?- Rafael patrzył na mnie podejrzliwie znad stołu-
Wszystko w porządku?
-
Tak?- mrugnęłam szybko kilka razy i uświadomiłam sobie,że
zastygłam z widelcem podniesionym nad talerzem
-
Nie słuchałaś mnie prawda?- zasmucił się.
-
Och,przepraszam cię-uśmiechnęłam się najpiękniej jak
potrafiłam- Możesz powtórzyć?
Spuścił
wzrok i poruszył się niespokojnie.
-
Ach,nieważne- mruknął.
– Powiedz-
poprosiłam być może nieco za ostro.
Odetchnął
i odgarnął włosy z twarzy po czym powiedział:
-
Pomyślałem sobie,że teraz skoro jesteśmy parą...- zawahał
się chyba sądząc,że zacznę protestować.
Musiałabym
chyba mieć nie pokolei w głowie.
-
...zaczniemy wynajmować razem pokoje na tourach.Oczywiście w miarę
możliwości- dodał szybko.
-
Wspaniały pomysł- uśmiechnęłam się szeroko.
-
Naprawdę?
-
Jasne- podniosłam się z krzesła i zebrałam naczynia do
zlewu- Ale...co z tym trzymaniem się z daleka od
mediów?Myślisz,że się nie dowiedzą?
-
Kiedyś na pewno,ale wątpię,żeby akurat w ten sposób. Mam swoje
zaufane miejsca. A na razie...- dodał łapiąc mnie w
talii-Może nacieszymy się w pełni sobą póki możemy?
*
-
Zanim wyjdziemy chciałbym ci to dać-powiedział Rafael wyjmując z
szuflady w swoim pokoju pudełko
-
Ojej,dziękuję- odparłam zmieszana i zajrzałam do środka.Był
tam naszyjnik i małe kolczyki z pereł.
-
Nie są prawdziwe- wyjaśnił ze smutkiem- Ale mam
nadzieję,że ci się podobają.
Spojrzałam
na niego niemal szklanymi oczami,a on uśmiechnął się niepewnie.
Potem,jakby pchnięta niewidzialną siłą zarzuciłam mu ręce na
szyję i namiętnie pocałowałam.
-
Są cudowne- wyszeptałam odsuwając się- To
najpiękniejszy prezent jaki dostałam
-
Nie przesadzaj,to tylko...- zaczął,ale zamknęłam mu usta
kolejnym pocałunkiem- Chyba jednak się podobają.
Roześmialiśmy
się oboje,ale po dwóch minutach znów mieliśmy przed oczami wizję
pożegnania.
Rafael
odchrząknął.
-
Tak,więc,powinniśmy chyba już jechać
Skinęłam
głową patrząc na niego,chociaż spuścił wzrok
Przez
całą drogę próbowaliśmy rozluźnić atmosferę,ale na
próżno.Upiorna wizja wciąż nam towarzyszyła i nie dawała o
sobie zapomnieć.Gdy w końcu dojechaliśmy na lotnisko,a ja musiałam
udać się na odprawę, nie mogłam już utrzymać nerwów na wodzy i
oczy rozbłysły mi łzami.
-
Hej,spokojnie,nie płacz- powiedział cicho Rafael powstrzymując
się od wyciągnięcia ręki w moją stronę- Zachowuj się
naturalnie
Nie
potrafiłam.Łzy ciekły mi po policzkach. Bogu dzięki za
wodoodporny tusz. Spuściłam wzrok i szybko przetarłam policzki.
-
Już w porządku- uśmiechnęłam się słabo,jednak oboje
dobrze wiedzieliśmy,że nie była to prawda.
-
Zatem...zaczął Rafael słusznie zauważając,że czas wymyka nam
się z rąk- Mam nadzieję,że dobrze się bawiłaś.
-
Tak,było świetnie-błyskawicznie przerzuciłam się na promienny
uśmiech odgrywając swoją część roli pożegnalnego
przedstawienia dla paparazzich- Dziękuję.
-
Cała przyjemność po mojej stronie.Życzę ci powodzenia.
I....żegnaj.
Uścisnął
moją dłoń i delikatnie objął,żeby wyglądało to jak
zwyczajne,przyjacielskie pożegnanie.
-
Żegnaj- szepnęłam unikając jego spojrzenia,po czym
odwróciłam się i odeszłam w stronę samolotu. Na schodkach
jeszcze raz odwróciłam się i pomachałam mu. Zajęłam swoje
miejsce i odetchnęłam głęboko.
Gdy
samolot przygotowywał się do startu,ja patrzyłam na stopniowo
oddalającego się w stronę Manacor srebrnego Astona Martina.
Komentujcie tylko ten rozdział. Absolutnie nie będę więcej dyskutować o Wimbledonie, nawet jeśli Radwańska jakimś cudem wygra. Tak. RADWAŃSKA. Ona przynajmniej ma szansę.
Gatique
Na to, co się wczoraj wydarzyło w Wimbledonie brak mi słów. Skoro nie masz na to nerwów, nie będę się wysilać i komentować sytuacji.
OdpowiedzUsuńSytuacja w rozdziale natomiast nam się bardzo szybko rozwija, para gołąbeczków już żyć bez siebie nie może, rozkręcają się w zaskakującym tempie! Już mamy śniadaneczka (prawie że do łóżka) i jeszcze propozycja wspólnego pokoju w trasie... Ciekawe, co na to powiedzą inni tenisiści... No i czy długo potrwa ta sielanka? Bo miłość jak z bajki nie zdarza się często, a jeśli nawet, to chyba nie byłoby sensu pisać o tym opowiadania... :D I jeśli planujesz tu więcej niż jedną część, to coś się będzie działo... Już się boję! ;)
Standardowego "pozdrawiam" nie użyję, to za mało. Trzymaj się, kochana! To jeszcze nie koniec świata... CHYBA. Uściski :*
Oj kochana...zapamiętaj swój komentarz w tym momencie :D Jeśli wytrzymasz(a mam nadzieję) do części trzeciej to będziesz błagać o taką sielankę :D
UsuńInni tenisiści co powiedzą....noooo, tu jest haczyk xD
Trzymam się. Chociaż optymistycznie to nie myślę.
Oj, tak! Na to czekałam. Tylko, no właśnie, sielanki nie może być zawsze, więc jestem ciekawa, co nam wkrótce zaserwujesz.
OdpowiedzUsuńA porażki Rafy nawet nie będę komentować. Dobrze, że jeszcze jest Roger. ;]