Tekst

wtorek, 1 września 2015

2.5 Motywacja na miarę wartości

Szczerze mówiąc,wydaje mi się że tym razem przesadziłam. Naprawdę. Moja podejrzliwość osiągnęła tutaj punkt szczytowy. Nienawidzę siebie za to. Niby zawsze znajdę jakieś rozwiązanie,a tu proszę-bum,jedna głupia sytuacja i już wariuję bo nie mogę znaleźć wyjaśnienia.
Niech to szlag.
Ale cóż,taka moja natura,nie zależy-wychodzi,zależy-wręcz przeciwnie.
I weź tu mężczyzno zrozum kobietę,która nie rozumie samej siebie. Współczuję takim. Niby wszyscy tacy sami,ale jak się dobrze poszuka to znajdzie się perełkę. I takich perełek właśnie mi szkoda. Problem w tym,że nie wiadomo gdzie ich szukać. No,ale na szczęście to już nie mój problem.
Przejdźmy może do tego,że udało mi się wygrać półfinał i znaleźć swoje miejsce w finale. Nieziemsko szczęśliwa,chociaż przyznam że się tego spodziewałam,bo skoro zaszłam już tak wysoko to nie było mowy żebym odpadła wcześniej. A Marion Bartoli to no cóż...niezbyt wymagająca przeciwniczka,w przeciwieństwie do Li Na,z którą mam walczyć o obronę tytułu. Przyznam szczerze,że się jej boję,ale to moja i tylko moja tajemnica. Gdyby ktokolwiek się o tym dowiedział a zwłaszcza Toni...
Krótko mówiąc,byłabym jedynie gnębiona i poniżana do końca życia. Drobiazg,to przecież nic nadzwyczajnego. Nie dla Toniego.
Moje obawy nie są jednak nieuzasadnione. Chinka gra dość równo,przynajmniej w tym turnieju i nie ma podstaw by mieć nadzieję że w finale będzie inaczej. Poza tym,świetnie gra zza linii końcowej i atakuje. O wolejach już nie wspominając.
Taaa...ciężkie jest życie mistrzyni.
Pocieszam się jedynie faktem,że Rafael ma jutro o wiele cięższe zadanie. W finale gra bowiem z Rogerem Federerem,swoim przyjacielem,prawdopodobnie najlepszym tenisistą wszech czasów oraz jednym z moich ulubionych zawodników. Ale Rafa to Rafa. Poradzi sobie. Nie byłabym natomiast tak pewna co do siebie.
No ale trzeba odłożyć te rozważania na bok i rozegrać ten mecz tak,by nie miały okazję się ziścić. Zaczynam mecz od własnego serwisu. To dobrze. A może nie? Ciężko powiedzieć przy takim poziomie emocji. Ręka mi się trzęsie,ale zdołałam w miarę pewnie umieścić piłkę w karo serwisowym,leciała prosto na jej backhend. Odebrała bez problemu w stronę mojego backhendu. Przebiłam więc piłkę kilka razy na jej forhend wymuszając błąd w jej ustawieniu. Jest pierwszy punkt.
Pierwszy serwis nie wyszedł. Spróbowłam kicka przy drugim zaskakując ją i zmuszając do nieudolnego returnu,który z łatwością skończyłam forhendem po linii.
Trzydzieści.
W następnym punkcie jak idiotka dałam się odsunąć za linię końcową,a ona wygrała tę wymianę wolejem w pół kortu. Cholera.
Spróbowałam klasycznej akcji-wyrzucający serwis do forhendu,a potem kros z forhendu. Dobrze. Jeszcze jeden i ten okropny pierwszy gem się skończy. Po kilku piłkach Li nie wytrzymała i wyrzuciła w korytarz deblowy. Minimalnie,ale jednak gem mój.
Ustawiając się do returnu,ręka już mi tak nie drżała. Presja była teraz po stronie Chinki. Zaserwowała na backhend,który ominęłam i posłałam piłkę z mocną awansującą rotacją w jej backhend. Odebrała lobem,poczekałam aż piłka upadnie i uderzyłam ją,jednak nie dostatecznie dobrze i wylądowała w siatce. Ach,szkoda.
Chyba poczuła się pewniej po tym zagraniu,bo zaserwowała asem. Następne dwa wygrała poprzez dość długą wymianę zakończoną moim zbyt długim zagraniem oraz akcję serve&volley.
Okej,1:1.Czas wziąć się poważnie do roboty.

*

Licznie zgromadzona na trybunach kortu centralnego w Paryżu publiczność mogła liczyć na ekscytujący i dobry mecz. Trzymałyśmy poziom przez całego tego seta,nie dając się przełamać ani razu. Czas więc na decydującą rozgrywkę tie-breakową. Serwowała pierwsza. Widać było,że denerwuje się podobnie jak ja na początku,a przecież minęła już godzina gry i nie było ku temu żadnego racjonalnego powodu,zwłaszcza że popełniła podwójny błąd serwisowy dając mi mini-breaka. Cóż,nie mój problem.
Następne dwa punkty wygrałam poprzez dwa mocne uderzenia serwisowe. Sama się zdziwiłam ich skutecznością,bo po pierwsze zazwyczaj to nie był mój atut,a po drugie na korcie ziemnym ciężko o punkty zdobywane w ten sposób,nawet jeśli jest się Andy'm Roddickiem.
A więc 3:0.Ciekawe jaką ofensywę przygotowała Li. Spodziewałam się ataku,agresywnych piłek,które może i mogłyby się pojawić,gdyby tylko nie kończyły w siatce. I tym oto sposobem zrobiło się już 5:0 i dwa moje serwisy. No dobrze,pomyślmy...
Warto zaryzykować pierwszy serwis na asa. No tak,nic z tego. Więc kick na drugi.
Strzał w dziesiątkę. Nie robiłam tego od początku meczu i kompletnie ją zaskoczyłam zmuszając do nieudolnego returnu,po którym ustawiłam sobie całą akcję i skończyłam smeczem.
A oto i są piłki setowe.
Akcja była rozegrana dobrze,z obu stron zresztą. Chinka tak łatwo się nie poddawała,mimo że jej stan umysłu w tej chwili pozostawiał wiele do życzenia. Ochoczo biegała do każdej piłki,niekiedy nawet w pół-szpagacie. Ja również miałam dosyć,ale na pewno zachowałam więcej sił niż ona i gdy tylko zauważyłam,że cofa się z powrotem za linię podcięłam piłkę. Skrót nie był zbyt dobry,wiedziałam o tym zanim jeszcze piłka spadła,ale wystarczył żeby ostatecznie dobić przeciwniczkę.
Zacisnęłam dłoń w pięści i rzuciłam krótkie "Vamos" w stronę mojego boksu,który wiwatował na stojąco. O dziwo,nawet Toni.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Mimo wszystko wyszło na moje. I dobrze. Niech nie myśli,że się niem przejmuję. Pora grać dalej...
Rękę,serce i nogi miałam ciężkie jak z ołowiu,gdy czterdzieści pięć minut później stawałam przed szansą zakończenia meczu własnym serwisem i tym samym wywalczenia trzeciego tytułu wielkoszlemowego w ciągu zaledwie dwóch lat.
Niezła motywacja.
W tym momencie ciążyło mi wszystko,ale nie głowa. Cały mecz zachowywałam spokój,więc i dlaczego tym razem miałoby mi się to nie udać?
Najważniejszy punkt w moim życiu. Na miarę mojej wartości. Na miarę sensu mojej kariery.
40:15
No dobrze,gdzie zaserwować? Po przekątnej? Wzdłuż? Chyba jednak najlepiej będzie zastosować wyrzucający.
Out! – krzyknęła sędzina liniowa wyciągając rękę na bok.
Szlag. Że też akurat teraz.
Dobra,wbijemy drugi starannie w pole,bez siły,czysta rotacja i....
Siatka. Podwójny błąd.
Powstrzymałam się od jęku. Moja ręka nie była w stanie mnie słuchać,tak ogromnie drżała,jakby żyła własnym życiem.
Uspokój się – zganiłam się w myślach-Jeśli to przegrasz,możesz mieć większy powód do nerwów,po co to przeciągać?
Odetchnęłam głęboko i zaserwowałam na jej forhend. Dobrze odebrała,poprowadziłyśmy wymianę przez kilka uderzeń(Miałam szczęście,bo ze dwa razy mój łokieć był bardzo blisko tułowia,jak sparaliżowany i istniało ryzyko głupiego błędu)aż w końcu z ulgą zauważyłam,jak piłka wychodzi na aut.
Położyłam się na plecach i zakryłam twarz dłońmi. Niesamowite. Dokonałam tego. Obroniłam tak ciężko wywalczony tytuł!
W tej chwili nie słyszałam nic poza rozdzierającym szumem z trybun i własnym chlipaniem. Zmusiłam się,żeby wstać i pogratulować Li,po czym ze łzami w oczach stałam na środku kortu i słuchałam owacji publiczności. Popatrzyłam na swój boks. Rafael klaskał uśmiechem,Marina wyciągała ręce w geście tryumfu,Spencer mówił coś z uśmiechem do Francisa Roiga,a Toni stał i uprzejmie klaskał. Zapragnęłam wejść tam i ich przytulić,ale zobaczyłam turniejową obsługę uwijającą się w przygotowaniu dekoracji i uznałam,że to bez sensu. Spotkamy się przecież później.
Kątem oka dostrzegłam,że Li również płakała. Biedulka. Współczuję jej;być tak blisko i zamiast skosztować słodkiego smaku zwycięstwa musisz przełknąć gorzką pigułkę zwaną "przegrana".
Na dekoracji nie byłam w stanie opanować łez. Na hymnie,podczas odbierania trofeum,nawet na sesji zdjęciowej(to będzie najgorsza sesja świata!).Palnęłam standardową mówkę,podziękowałam tym wszystkim sponsorom,pracownikom i innym dyrektorom,którzy się produkują przed każdym takim wystąpieniem i zeszłam do szatni. W jutrzejszych gazetach na pewno królować będzie moje podziękowanie dla Rafaela. Co prawda wygłosiłam je dla bezpieczeństwa po hiszpańsku,ale i tak na pewno zrobi furorę. Nic takiego,po prostu wyznałam jak bardzo mi pomógł i jak wiele mu zawdzięczam,ale cóż-prasa to prasa. Zawsze znajdą drugie dno.
Juuu-huu,jesteś wielka! – krzyczała podekscytowana Maribel gdy już wróciliśmy wszyscy do apartamentu i zaczynaliśmy świętowanie od tradycyjnej butelki szampana.
Dzięki,dzięki – odpowiadałam po sto razy każdemu.
Jedynie Toni stał w kącie naburmuszony i mruczał pod nosem swoje zdanie na temat celebrowania zwycięstwa,po czym jak gdyby nic zniknął w swoim apartamencie. Dziwny jest.
Spencer stwierdził,że jego podopieczna "w końcu dowiodła swojej wielkości,bo pokazała że sukces trzeba odnieść kilka razy zanim doceni się jego wartość".Jednym słowem był ze mnie bardzo dumny.
A Rafa...był najlepszy. Gdy tylko dotarliśmy chwycił mnie w ramiona i okręcił wokół siebie po czym złożył na moich ustach głęboki pocałunek wywołując poruszenie wśród zebranych. Naprawdę wiedział jak docenić czyjąś ciężką pracę.
Proszę kochanie – powiedział podając mi szampana i cmokając w policzek – Zasłużyłaś.
Uśmiechnęłam się i wzniosłam go do góry wraz z pozostałymi,ale coś było nie tak.
A gdzie Marina? – spytałam rozglądając się po pozostałych pomieszczeniach.
Tutaj – oznajmiła z uśmiechem wychodząc z kuchni i uniosła do góry kieliszek z czymś co wyglądało jak woda mineralna.
Spojrzałam na nią pytająco. Uniosła jedną brew do góry i wtuliła się w ramię Spencera. Objął ją z uśmiechem i odchrząknął.
Posłuchajcie mnie wszyscy – zaczął – Właściwie...to mamy dziś jeszcze jeden powód do radości,bo...
Jestem w ciąży! – skończyła za niego rozpromieniona Rosjanka.
Zszokowana niemalże zachłysnęłam się bąbelkami.
Naprawdę?! – wykrztusiłam przełykając resztki trunku i pozwalający by na moja twarz wypłynął szeroki uśmiech – Och,tak się cieszę!
Przytuliłam oboje przyszłych rodziców,którzy wyglądali po prostu kwitnąco. Chyba nigdy w życiu nie widziałam Spencera w tak dobrym humorze,a Marina po prostu promieniała. Jej delikatną bladą skórę pokrywał lekki rumieniec,a kręcone blond włosy zdawały się jaśnieć z każdą minutą.
A-ale...kiedy? Od jak dawna? – zadawałam bezsensowne pytania wywołując śmiech wśród zgromadzonych. Marina i Spencer wyglądali jednak na zakłopotanych.
Porozmawiamy sobie później – szepnęła mi na ucho blondynka – A teraz...bawmy się!


Ta-daam,niespodzianka! :D A nawet i dwie xD. Tym razem z czystym sumieniem mówię: TAK,TO JEST KINGA. Obok niej z kolei Rafa. Szablon nie jest specjalnie wymyślny,bo zaawansowane efekty CSS to dla mnie czarna magia,ale mam nadzieję,że prezentuje się przyzwoicie i że nagłówek zmotany przeze mnie się chociaż trochę podoba. Swoją drogą,robienie go było całkiem fajne ;)
Doczekałyście się Mariny i Spencera,zadowolone z takiego obrotu sytuacji? :D
A jak tam początek roku szkolnego? :)
No i do piątku.
Gatique.

3 komentarze:

  1. Hej, hej!
    Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Marina jest w ciąży! Kurcze, to taka niesamowita wiadomość! :D Liczę, że będą mieli bliźniaki. Takie słodkie, podobne maluchy są urocze! *-*
    Wygrała, jejku! To tez niesamowite. Co prawda nic nie rozumiałam jej wszystkich rozgrywek, ale iluzję juz tak. :D No, ale co zrobisz. Taka już jestem! :3
    Szablonik jest śliczny. Taki kolorowy*^* No i w końcu jest tam Kinga! :D
    Okej, ja zmykam.
    Pozdrawiam, karmeeleq

    OdpowiedzUsuń
  2. Aaa, więc to Twoja robota! Myślałam, że doczekałaś się realizacji zamówienia na jakiejś szabloniarni. Jak na debiut to ślicznie Ci wyszło :)
    Nooo, obronić tytuł z taką konkurencją to jest coś. I nasza młoda zawodniczka święci kolejne triumfy i zapisuje się w historii tenisa. A następnego dnia wygra przecież Rafa :D
    Ooou, Marina w ciąży! :D Takie dziecko obojętnie jakiej płci powinno być ślicznym aniołkiem :) Tylko czy teraz Kinga będzie musiała szukać innego menedżera? A co z trenerem? Bo jak się Spencer przejmie to może trochę odpuścić sobie z Kingą... Dla własnego dziecka to może złagodnieć, ale jednak powinien zostać dobrym coachem.
    Przede mną chyba ciężki rok w szkole, więc nawet mi nie mów :D Będę się musiała spiąć. A Tobie trzeba życzyć powodzenia na za miesiąc, bo pierwszy rok studiów, to się trzeba przystosować ;)
    Zapraszam jeszcze na pierwszy rozdział fan fiction :) A w pogawędkach też Ci odpowiedziałam... wyszedł mi z tego mały artykuł chyba ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Szablon jest naprawdę super! No Kinga, dobra robota! I Marina w ciąży! Z jednej strony fajnie, a z drugiej mam wątpliwości te same co szalona. No bo Kinga zdana tylko na Toniego? No nie wiem. Początek roku? Ja już chcę wakacje! ;p

    OdpowiedzUsuń