Szczerze
mówiąc,wydaje mi się że tym razem przesadziłam. Naprawdę. Moja
podejrzliwość osiągnęła tutaj punkt szczytowy. Nienawidzę
siebie za to. Niby zawsze znajdę jakieś rozwiązanie,a tu
proszę-bum,jedna głupia sytuacja i już wariuję bo nie mogę
znaleźć wyjaśnienia.
Niech
to szlag.
Ale
cóż,taka moja natura,nie zależy-wychodzi,zależy-wręcz
przeciwnie.
I
weź tu mężczyzno zrozum kobietę,która nie rozumie samej siebie.
Współczuję takim. Niby wszyscy tacy sami,ale jak się dobrze
poszuka to znajdzie się perełkę. I takich perełek właśnie mi
szkoda. Problem w tym,że nie wiadomo gdzie ich szukać. No,ale na
szczęście to już nie mój problem.
Przejdźmy
może do tego,że udało mi się wygrać półfinał i znaleźć
swoje miejsce w finale. Nieziemsko szczęśliwa,chociaż przyznam że
się tego spodziewałam,bo skoro zaszłam już tak wysoko to nie było
mowy żebym odpadła wcześniej. A Marion Bartoli to no cóż...niezbyt
wymagająca przeciwniczka,w przeciwieństwie do Li Na,z którą mam
walczyć o obronę tytułu. Przyznam szczerze,że się jej boję,ale
to moja i tylko moja tajemnica. Gdyby ktokolwiek się o tym
dowiedział a zwłaszcza Toni...
Krótko
mówiąc,byłabym jedynie gnębiona i poniżana do końca życia.
Drobiazg,to przecież nic nadzwyczajnego. Nie dla Toniego.
Moje
obawy nie są jednak nieuzasadnione. Chinka gra dość
równo,przynajmniej w tym turnieju i nie ma podstaw by mieć nadzieję
że w finale będzie inaczej. Poza tym,świetnie gra zza linii
końcowej i atakuje. O wolejach już nie wspominając.
Taaa...ciężkie
jest życie mistrzyni.
Pocieszam
się jedynie faktem,że Rafael ma jutro o wiele cięższe zadanie. W
finale gra bowiem z Rogerem Federerem,swoim
przyjacielem,prawdopodobnie najlepszym tenisistą wszech czasów oraz
jednym z moich ulubionych zawodników. Ale Rafa to Rafa. Poradzi
sobie. Nie byłabym natomiast tak pewna co do siebie.
No
ale trzeba odłożyć te rozważania na bok i rozegrać ten mecz
tak,by nie miały okazję się ziścić. Zaczynam mecz od własnego
serwisu. To dobrze. A może nie? Ciężko powiedzieć przy takim
poziomie emocji. Ręka mi się trzęsie,ale zdołałam w miarę
pewnie umieścić piłkę w karo serwisowym,leciała prosto na jej
backhend. Odebrała bez problemu w stronę mojego backhendu.
Przebiłam więc piłkę kilka razy na jej forhend wymuszając błąd
w jej ustawieniu. Jest pierwszy punkt.
Pierwszy
serwis nie wyszedł. Spróbowłam kicka przy drugim zaskakując ją i
zmuszając do nieudolnego returnu,który z łatwością skończyłam
forhendem po linii.
Trzydzieści.
W
następnym punkcie jak idiotka dałam się odsunąć za linię
końcową,a ona wygrała tę wymianę wolejem w pół kortu. Cholera.
Spróbowałam
klasycznej akcji-wyrzucający serwis do forhendu,a potem kros z
forhendu. Dobrze. Jeszcze jeden i ten okropny pierwszy gem się
skończy. Po kilku piłkach Li nie wytrzymała i wyrzuciła w
korytarz deblowy. Minimalnie,ale jednak gem mój.
Ustawiając
się do returnu,ręka już mi tak nie drżała. Presja była teraz po
stronie Chinki. Zaserwowała na backhend,który ominęłam i posłałam
piłkę z mocną awansującą rotacją w jej backhend. Odebrała
lobem,poczekałam aż piłka upadnie i uderzyłam ją,jednak nie
dostatecznie dobrze i wylądowała w siatce. Ach,szkoda.
Chyba
poczuła się pewniej po tym zagraniu,bo zaserwowała asem. Następne
dwa wygrała poprzez dość długą wymianę zakończoną moim zbyt
długim zagraniem oraz akcję serve&volley.
Okej,1:1.Czas
wziąć się poważnie do roboty.
*
Licznie
zgromadzona na trybunach kortu centralnego w Paryżu publiczność
mogła liczyć na ekscytujący i dobry mecz. Trzymałyśmy poziom
przez całego tego seta,nie dając się przełamać ani razu. Czas
więc na decydującą rozgrywkę tie-breakową. Serwowała pierwsza.
Widać było,że denerwuje się podobnie jak ja na początku,a
przecież minęła już godzina gry i nie było ku temu żadnego
racjonalnego powodu,zwłaszcza że popełniła podwójny błąd
serwisowy dając mi mini-breaka. Cóż,nie mój problem.
Następne
dwa punkty wygrałam poprzez dwa mocne uderzenia serwisowe. Sama się
zdziwiłam ich skutecznością,bo po pierwsze zazwyczaj to nie był
mój atut,a po drugie na korcie ziemnym ciężko o punkty zdobywane w
ten sposób,nawet jeśli jest się Andy'm Roddickiem.
A
więc 3:0.Ciekawe jaką ofensywę przygotowała Li. Spodziewałam się
ataku,agresywnych piłek,które może i mogłyby się pojawić,gdyby
tylko nie kończyły w siatce. I tym oto sposobem zrobiło się już
5:0 i dwa moje serwisy. No dobrze,pomyślmy...
Warto
zaryzykować pierwszy serwis na asa. No tak,nic z tego. Więc kick na
drugi.
Strzał
w dziesiątkę. Nie robiłam tego od początku meczu i kompletnie ją
zaskoczyłam zmuszając do nieudolnego returnu,po którym ustawiłam
sobie całą akcję i skończyłam smeczem.
A
oto i są piłki setowe.
Akcja
była rozegrana dobrze,z obu stron zresztą. Chinka tak łatwo się
nie poddawała,mimo że jej stan umysłu w tej chwili pozostawiał
wiele do życzenia. Ochoczo biegała do każdej piłki,niekiedy nawet
w pół-szpagacie. Ja również miałam dosyć,ale na pewno
zachowałam więcej sił niż ona i gdy tylko zauważyłam,że cofa
się z powrotem za linię podcięłam piłkę. Skrót nie był zbyt
dobry,wiedziałam o tym zanim jeszcze piłka spadła,ale wystarczył
żeby ostatecznie dobić przeciwniczkę.
Zacisnęłam
dłoń w pięści i rzuciłam krótkie "Vamos" w stronę
mojego boksu,który wiwatował na stojąco. O dziwo,nawet Toni.
Uśmiechnęłam
się pod nosem. Mimo wszystko wyszło na moje. I dobrze. Niech nie
myśli,że się niem przejmuję. Pora grać dalej...
Rękę,serce
i nogi miałam ciężkie jak z ołowiu,gdy czterdzieści pięć minut
później stawałam przed szansą zakończenia meczu własnym
serwisem i tym samym wywalczenia trzeciego tytułu wielkoszlemowego w
ciągu zaledwie dwóch lat.
Niezła
motywacja.
W
tym momencie ciążyło mi wszystko,ale nie głowa. Cały mecz
zachowywałam spokój,więc i dlaczego tym razem miałoby mi się to
nie udać?
Najważniejszy
punkt w moim życiu. Na miarę mojej wartości. Na miarę sensu mojej
kariery.
40:15
No
dobrze,gdzie zaserwować? Po przekątnej? Wzdłuż? Chyba jednak
najlepiej będzie zastosować wyrzucający.
–
Out! – krzyknęła sędzina
liniowa wyciągając rękę na bok.
Szlag.
Że też akurat teraz.
Dobra,wbijemy
drugi starannie w pole,bez siły,czysta rotacja i....
Siatka.
Podwójny błąd.
Powstrzymałam
się od jęku. Moja ręka nie była w stanie mnie słuchać,tak
ogromnie drżała,jakby żyła własnym życiem.
–
Uspokój się –
zganiłam się w myślach-Jeśli to przegrasz,możesz mieć większy
powód do nerwów,po co to przeciągać?
Odetchnęłam
głęboko i zaserwowałam na jej forhend. Dobrze
odebrała,poprowadziłyśmy wymianę przez kilka uderzeń(Miałam
szczęście,bo ze dwa razy mój łokieć był bardzo blisko
tułowia,jak sparaliżowany i istniało ryzyko głupiego błędu)aż
w końcu z ulgą zauważyłam,jak piłka wychodzi na aut.
Położyłam
się na plecach i zakryłam twarz dłońmi. Niesamowite. Dokonałam
tego. Obroniłam tak ciężko wywalczony tytuł!
W
tej chwili nie słyszałam nic poza rozdzierającym szumem z trybun i
własnym chlipaniem. Zmusiłam się,żeby wstać i pogratulować
Li,po czym ze łzami w oczach stałam na środku kortu i słuchałam
owacji publiczności. Popatrzyłam na swój boks. Rafael klaskał
uśmiechem,Marina wyciągała ręce w geście tryumfu,Spencer mówił
coś z uśmiechem do Francisa Roiga,a Toni stał i uprzejmie klaskał.
Zapragnęłam wejść tam i ich przytulić,ale zobaczyłam turniejową
obsługę uwijającą się w przygotowaniu dekoracji i uznałam,że
to bez sensu. Spotkamy się przecież później.
Kątem
oka dostrzegłam,że Li również płakała. Biedulka. Współczuję
jej;być tak blisko i zamiast skosztować słodkiego smaku
zwycięstwa musisz przełknąć gorzką pigułkę zwaną "przegrana".
Na
dekoracji nie byłam w stanie opanować łez. Na hymnie,podczas
odbierania trofeum,nawet na sesji zdjęciowej(to będzie najgorsza
sesja świata!).Palnęłam standardową mówkę,podziękowałam tym
wszystkim sponsorom,pracownikom i innym dyrektorom,którzy się
produkują przed każdym takim wystąpieniem i zeszłam do szatni. W
jutrzejszych gazetach na pewno królować będzie moje podziękowanie
dla Rafaela. Co prawda wygłosiłam je dla bezpieczeństwa po
hiszpańsku,ale i tak na pewno zrobi furorę. Nic takiego,po prostu
wyznałam jak bardzo mi pomógł i jak wiele mu zawdzięczam,ale
cóż-prasa to prasa. Zawsze znajdą drugie dno.
–
Juuu-huu,jesteś wielka! –
krzyczała podekscytowana Maribel gdy już wróciliśmy wszyscy do
apartamentu i zaczynaliśmy świętowanie od tradycyjnej butelki
szampana.
–
Dzięki,dzięki – odpowiadałam
po sto razy każdemu.
Jedynie
Toni stał w kącie naburmuszony i mruczał pod nosem swoje zdanie na
temat celebrowania zwycięstwa,po czym jak gdyby nic zniknął w
swoim apartamencie. Dziwny jest.
Spencer
stwierdził,że jego podopieczna "w końcu dowiodła swojej
wielkości,bo pokazała że sukces trzeba odnieść kilka razy zanim
doceni się jego wartość".Jednym słowem był ze mnie bardzo
dumny.
A
Rafa...był najlepszy. Gdy tylko dotarliśmy chwycił mnie w ramiona
i okręcił wokół siebie po czym złożył na moich ustach głęboki
pocałunek wywołując poruszenie wśród zebranych. Naprawdę
wiedział jak docenić czyjąś ciężką pracę.
–
Proszę kochanie – powiedział
podając mi szampana i cmokając w policzek – Zasłużyłaś.
Uśmiechnęłam
się i wzniosłam go do góry wraz z pozostałymi,ale coś było nie
tak.
–
A gdzie Marina? – spytałam
rozglądając się po pozostałych pomieszczeniach.
–
Tutaj – oznajmiła z uśmiechem
wychodząc z kuchni i uniosła do góry kieliszek z czymś co
wyglądało jak woda mineralna.
Spojrzałam
na nią pytająco. Uniosła jedną brew do góry i wtuliła się w
ramię Spencera. Objął ją z uśmiechem i odchrząknął.
–
Posłuchajcie mnie wszyscy –
zaczął – Właściwie...to mamy dziś jeszcze jeden powód do
radości,bo...
–
Jestem w ciąży! – skończyła
za niego rozpromieniona Rosjanka.
Zszokowana
niemalże zachłysnęłam się bąbelkami.
–
Naprawdę?! – wykrztusiłam
przełykając resztki trunku i pozwalający by na moja twarz wypłynął
szeroki uśmiech – Och,tak się cieszę!
Przytuliłam
oboje przyszłych rodziców,którzy wyglądali po prostu kwitnąco.
Chyba nigdy w życiu nie widziałam Spencera w tak dobrym humorze,a
Marina po prostu promieniała. Jej delikatną bladą skórę pokrywał
lekki rumieniec,a kręcone blond włosy zdawały się jaśnieć z
każdą minutą.
–
A-ale...kiedy? Od jak dawna? –
zadawałam bezsensowne pytania wywołując śmiech wśród
zgromadzonych. Marina i Spencer wyglądali jednak na zakłopotanych.
–
Porozmawiamy sobie później –
szepnęła mi na ucho blondynka – A teraz...bawmy się!
Ta-daam,niespodzianka! :D A nawet i dwie xD. Tym razem z czystym sumieniem mówię: TAK,TO JEST KINGA. Obok niej z kolei Rafa. Szablon nie jest specjalnie wymyślny,bo zaawansowane efekty CSS to dla mnie czarna magia,ale mam nadzieję,że prezentuje się przyzwoicie i że nagłówek zmotany przeze mnie się chociaż trochę podoba. Swoją drogą,robienie go było całkiem fajne ;)
Doczekałyście się Mariny i Spencera,zadowolone z takiego obrotu sytuacji? :D
A jak tam początek roku szkolnego? :)
No i do piątku.
Gatique.
Hej, hej!
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz, jak się cieszę, że Marina jest w ciąży! Kurcze, to taka niesamowita wiadomość! :D Liczę, że będą mieli bliźniaki. Takie słodkie, podobne maluchy są urocze! *-*
Wygrała, jejku! To tez niesamowite. Co prawda nic nie rozumiałam jej wszystkich rozgrywek, ale iluzję juz tak. :D No, ale co zrobisz. Taka już jestem! :3
Szablonik jest śliczny. Taki kolorowy*^* No i w końcu jest tam Kinga! :D
Okej, ja zmykam.
Pozdrawiam, karmeeleq
Aaa, więc to Twoja robota! Myślałam, że doczekałaś się realizacji zamówienia na jakiejś szabloniarni. Jak na debiut to ślicznie Ci wyszło :)
OdpowiedzUsuńNooo, obronić tytuł z taką konkurencją to jest coś. I nasza młoda zawodniczka święci kolejne triumfy i zapisuje się w historii tenisa. A następnego dnia wygra przecież Rafa :D
Ooou, Marina w ciąży! :D Takie dziecko obojętnie jakiej płci powinno być ślicznym aniołkiem :) Tylko czy teraz Kinga będzie musiała szukać innego menedżera? A co z trenerem? Bo jak się Spencer przejmie to może trochę odpuścić sobie z Kingą... Dla własnego dziecka to może złagodnieć, ale jednak powinien zostać dobrym coachem.
Przede mną chyba ciężki rok w szkole, więc nawet mi nie mów :D Będę się musiała spiąć. A Tobie trzeba życzyć powodzenia na za miesiąc, bo pierwszy rok studiów, to się trzeba przystosować ;)
Zapraszam jeszcze na pierwszy rozdział fan fiction :) A w pogawędkach też Ci odpowiedziałam... wyszedł mi z tego mały artykuł chyba ;D
Szablon jest naprawdę super! No Kinga, dobra robota! I Marina w ciąży! Z jednej strony fajnie, a z drugiej mam wątpliwości te same co szalona. No bo Kinga zdana tylko na Toniego? No nie wiem. Początek roku? Ja już chcę wakacje! ;p
OdpowiedzUsuń