Już
prawie-myślałam
popijając wodę z butelki podczas przerwy w meczu ćwierćfinałowym
z Dominiką Cibulkovą. Było 6:1 i 5:1 dla mnie i serwowałam by
mecz zakończyć. Nie powinno być to zbytnim problemem,to był
dopiero mój drugi mecz w turnieju. Pierwszy,nieco zacięty z Mariną
Erakovic wygrałam 6:4 6:4. Ogólnie moja forma była całkiem w
porządku,jednakże turnieje typu Stanford nigdy nie są jakimś
znaczącym wskaźnikiem. A sama Cibulkova...no cóż,jakąś
specjalnie ciężką przeciwniczką nie jest,chyba że ma dobry
dzień.
Jak
my wszystkie zresztą.
Dzisiejszy
dzień ewidentnie nie należał do Słowaczki i po chwili zeszłam z
kortu uścisnąć jej dłoń po spokojnie wygranym do zera gemie.
Chwila uśmiechu do kibiców i fotoreporterów,dwie konferencje i
znów będę nudzić się cały wieczór. Na szczęście był już
wczesny wieczór,więc oznaczało to,że będzie można szybko pójść
spać. Nareszcie.
Kocham
grać w tenisa,ale nie można mu poświęcać całego dnia. Czasem to
dobrze,a czasem nie. Na przykład na takich turniejach. Zwyczajnie mi
się nudzi między meczami. Kiedy jesteśmy z Rafą i
jego-naszą-ekipą zawsze jest coś do roboty. A teraz...szkoda słów.
A jak Marina ma gorszy dzień jest jeszcze gorzej. Cieszył fakt,że
ma je coraz rzadziej,ale zarazem smucił fakt,że coraz bliżej do
jej odejścia.
Ech
życie...
–
Co dziś robimy? – spytałam
Marinę gdy opuszczałam pokój konferencyjny.
–
Dziś już chyba nic – odparła
ziewając – Jestem jakoś zmęczona. No i robi się coraz ciemniej.
–
Nie przesadzaj – machnęłam
ręką – Poważnie żadnych drinków ani nawet kolacji na mieście?
–
Och,zdecydowanie – dodał
twardo Spencer pojawiając się nagle obok. – Rano
trening,pamiętasz?
–
Ale zanudzimy się w tym hotelu!
– jęknęłam poprawiając torby na ramieniu.
–
Damy radę – ucięła Marina
gdy wyszyliśmy na świeże powietrze. Wciągnęłam je głęboko w
płuca. Przyjemnie było poczuć dla odmiany woń miasta zamiast
śródziemnomorskiej niemal wioski. Urodziłam się jednak miastową
i chociażbym nie wiem jak kochała Majorkę,zawsze będę tęskniła
za spalinami i trąbieniem klaksonów. O dobrych sklepach nie
wspominając.
Z
westchnieniem rzuciłam swoje tenisowe torby na podłogę mojego
malutkiego pokoiku i podeszłam do komody w poszukiwaniu czegoś na
przebranie. Wygrzebałam tam jakąś sukienkę,zdjęłam więc zatem
t-shirt i zamierzałam rozpiąć stanik,kiedy poczułam na swoich
plecach czyjeś palce,które zrobiły to za mnie.
Odskoczyłam
z piskiem i przerażonym wzrokiem zobaczyłam...śmiejącego się
Rafaela.
–
Co ty tu robisz? –
wykrztusiłam przytrzymując biustonosz. Oddech powoli wracał mi do
normalności na jego widok.
–
Stęskniłem się za tobą więc
przyjechałem – odparł wzruszając ramionami. Miał na sobie białe
szorty i zieloną koszulkę polo.
–
Tak po prostu?Mogłeś mnie
uprzedzić. Prawie umarłam ze strachu!
–
Przepraszam – powiedział
skruszony obejmując mnie. Opuściłam stanik na dół. – Ale skoro
tak chętnie zaczęłaś się rozbierać... – dałam mu kuksańca w
ramię – Ał,dobra. Więcej tego nie zrobię.
Przycisnął
mnie mocniej do piersi i pocałował w skroń.
–
A teraz mi powiedz,czego od
ciebie chcieli.
–
Kto?Dziennikarze? –
zmarszczyłam brwi odsuwając szuflady pamięci.
–
Nie. Ci z Nike.
Przełknęłam
ślinę. Kontrakt może i był korzystny,ale Rafael z pewnością
uzna,że zbytnio ingeruje w naszą prywatność. Prawdę mówiąc,ja
sama nie do końca mam ochotę na takie zmiany. Już wystarczy zmiana
sztabu. Nie chciałabym dodatkowo zatracić mojej tenisowej
tożsamości na rzecz upodabniania się do mojego bardziej
utytułowanego narzeczonego.
Postanowiłam
grać na zwłokę.
–
Kochanie,czy naprawdę musimy
teraz o tym rozmawiać? – spytałam łagodnie patrząc w jego
spokojne brązowe oczy.-Tak dawno się nie widzieliśmy i...
Zamknęłam
oczy i wyobraziłam sobie,że to była nasza noc poślubna. Tak
bardzo chciałam już wyjść za niego za mąż,nosić złotą
obrączkę i z uśmiechem na ustach spoglądać na suknię ślubną
zawieszoną w garderobie dla przypomnienia,że ten cudowny dzień już
minął.
–
Kinga,śpisz?
–
Nie. – Otworzyłam oczy –
Ale jestem trochę zmęczona.
-Miałaś
ciężki mecz?
Ponownie
zaprzeczyłam,ale chyba nie dość przekonująco.
–
Jeśli chcesz możemy iść spać
– zaproponował sięgając do nocnej lampki.
–
Nie chcę. Porozmawiajmy...
–
Dobrze – przytaknął ponownie
obejmując mnie ramieniem. – O czym?
–
O ślubie – poprosiłam –
Musimy zacząć poważnie o nim myśleć.
–
Zaczniemy wszystko załatwiać
gdy wrócimy do Manacor. Muszę powiadomić moją rodzinę. Urządzimy
jakąś zaręczynową kolację.
Przewróciłam
oczami. Tylko
rodzina i rodzina...
–
Ile
osób chciałbyś na niej mieć?
–
No wiesz,tylko tą najbliższą.
Rodziców,rodziców chrzestnych,Toniego...
Powstrzymałam
się,żeby nie parsknąć śmiechem. Już widzę Toniego na takim
przyjęciu. Siedziałby cały czas z założonymi rękoma i wychylał
jeden kieliszek wina za drugim byle tylko jak najszybciej się
wyrwać.
–
W porządku – przytaknęłam
jednak – Zastanowimy się nad tym po powrocie.
–
Dziękuję – odetchnął i
pocałował mnie w skroń.
–
Za co?
–
Wiem,że czasami irytuje cię to
moje częste spędzanie czasu z rodziną....
Nie
wiedziałam co powiedzieć. To było tak,jakby czytał mi w myślach.
A
może to po prostu widać...
Nie
chciałam jednak potwierdzać ani zaprzeczać.
–
Ale wiem też,że to rozumiesz i
nie chcesz tego po sobie pokazywać – dokończył.
–
Kto ci to powiedział?
–
Nikt. – Przełknął ślinę.
– Widać to po tobie.
–
Kłamiesz.
–
No dobra,Toni – westchnął
kapitulacyjne.
–
Wiedziałam! – wykrzyknęłam
tryumfalnie podnosząc się. – To nawet nie jest dziwne.
–
Kinga on nie chce źle...
–
Nie chce źle? – parsknęłam
– On nie chce źle? On mnie nienawidzi i chce się mnie pozbyć.
Czy ty tego nie widzisz?
–
Wiem,że Toni jest ciężki do
życia,ale nie przesadzaj. Na pewno nie o to mu chodzi.
–
O naszej rozmowie to już
zapomniałeś?
–
Nie.
–
I mimo to wciąż uważasz,że
on nie chce źle? – upierałam się.
–
Tysiące razy ci to tłumaczyłem
a do ciebie ciągle nie dociera? – zirytowany podniósł się i
spojrzał mi prosto w oczy. – Toni nie jest mistrzem w okazywaniu
uczuć. On tą swoją zgorzkniałością wyraża aprobatę. Znam go
od dziecka,zaufaj mi,wiem o czym mówię.
–
Nie zawsze tak jest –
zauważyłam.
Rafael
skinął głową.
–
Owszem. Czasami to po prostu
czysta złośliwość,ale on z reguły maskuje swoje prawdziwe
emocje. Jeśli nauczysz się go czytać,to nie będzie dla ciebie
problemem. Potraktuj jego charakter jako przeciwniczkę,której grę
musisz poznać. Wiem,że to potrafisz. Po prostu poznaj i zwyciężaj.
Było
w tym ziarno prawdy. Faktycznie Toni potrafił być czasem strasznie
metaforyczny. Że też nie zauważyłam tego wcześniej. A podobno
zawsze byłam dobra w interpretacjach...
Zacisnęłam
usta w wąską kreskę.
–
Możesz mi
obiecać,że spróbujesz to zrobić zanim znów zaczniesz go
pochopnie osądzać?
–
Dobrze – odparłam
wypuszczając powietrze ze świstem. Postanowiłam też trzymać
język za zębami w kwestii nowego trenera.
Rafa
uśmiechnął się i odgarnął włosy z mojego policzka. Zanim
jednak pochylił się by mnie pocałować dodałam:
–
A jeśli chodzi o twoje relacje
z rodziną...to nie jest tak,że mnie to irytuje,ale ja...jestem
zwyczajnie trochę zazdrosna,że poświęcasz im czasem więcej uwagi
niż mnie.
Uff,powiedziałam
to!
Hiszpan
zrobił przygnębioną minę.
–
Naprawdę kochanie? – spytał
ze smutkiem – Myślisz,że jesteś dla mnie mniej ważna niż
oni?Przecież też już należysz do mojej rodziny...
–
To co innego – zaprotestowałam
– Czuję się z nimi niekiedy jak obca. Jak jakiś
konkwistador,albo coś takiego...macie tyle tematów i rozumiecie się
bez słów a ja...mam wrażenie,że to niszczę.
–
Nieprawda – zaprotestował
gwałtownie Rafael – Posłuchaj,gdy powiedziałem wszystkim,że
chcę się z tobą ożenić to byli bardzo szczęśliwi. Nikt nie
traktuje cię jak obcą. Jesteś moją przyszłą żoną,a więc
praktycznie członkiem naszego klanu. A w mojej-naszej-rodzinie
wszyscy trzymamy się razem. Nikt tu nie jest sobie obcy.
-
Ale ja mam wrażenie,że jestem obca...
Westchnął
ciężko i pokręcił głową. W końcu stwierdził:
–
Wiesz,w pewnym stopniu to
prawda. My mieszkamy razem od pokoleń,więc to logiczne,że nasza
więź jest silniejsza. To,że nie jesteś stąd nie znaczy wcale,że
nie możesz być członkiem naszej rodziny. Wręcz przeciwnie,wnosisz
coś nowego. Jakiś element świata,innej kultury.
Przynosisz...świeżość.
–
Świeżość? – roześmiałam
się.
–
No,nie wiem jak to inaczej
określić – zmieszał się – Ale dzięki tobie uczymy się
czegoś nowego.
–
I ja wciąż uczę się od was –
zapewniłam
–
No to jesteśmy kwita –
uśmiechnął się i pogładził mnie po policzku.
–
Mhm – mruknęłam zbliżając
jego twarz do swojej.
Rafa
zrobił ruch świadczący o tym,że chce mnie pocałować,jednak nie
zrobił tego i w ostatniej chwili przechylił mnie do tyłu tak,że
opadłam z piskiem na poduszki. Dopiero wtedy jego usta spotkały
moje.
Zapowiadała
się długa i niespokojna noc...
No,macie w końcu trochę Rafy ;) No i nadchodzi masters panów,przed którym cała się trzęsę i to bynajmniej nie z radości.
Powiem Wam,że los jest bezczelny xD Mamy robić prezentację o danym języku słowiańskim. Oczywiście co wylosowała Gatique? SERBSKI!
Pozdrawiam!
Powiem Wam,że los jest bezczelny xD Mamy robić prezentację o danym języku słowiańskim. Oczywiście co wylosowała Gatique? SERBSKI!
Pozdrawiam!
Gratuluję losowania! :D To przeznaczenie, buahahaha ;) Jak chcesz potrenować język to zapraszam na fb Novaka :D
OdpowiedzUsuńOoo i tak całe szczęście, że nie mamy Rafy, Novaka i Feda w jednej grupie na masters, bo istniało takie prawdopodobieństwo i obawa... Ale naprawdę mocną grupę ma Rafa (oprócz Ferrera) :(
Co do rozdziału... Kinga jako żona Rafy zawsze pozostanie poniekąd obca, ale właśnie wprowadzi do tej rodziny coś nowego od siebie... ;) Da radę :) Bardzo ciekawa jestem ślubu tej pary i przygotowań do niego...
Niech moc będzie z Tobą, krzyż na drogę z prezentacją :) Zapraszam do mnie na rozdział, w którego końcówce rozbisurmaniłam się i pozwoliłam sobie na wiele... :D Ściskam :*