Rankiem
jęknęłam przeciągle uświadamiając sobie,że muszę wstać na
krótki trening. Kusiło mnie nawet,żeby narazić się na gniew
Spencera i go odwołać,ale wtedy powiedziałam sobie „Nie”. Nie
mogę wiecznie olewać pracy. Nawet na tak małym i praktycznie nic
nie znaczącym turnieju jakim jest Stanford.
Ale
z drugiej strony śniadanie w łóżku wydawało się lepszą
perspektywą...
Rafael
skutecznie jednak rozwiał moje marzenia wyganiając mnie na trening
z uśmiechem na ustach i obiecując,że wieczorem pójdziemy gdzieś
na miasto. W to mogłam uwierzyć.
Półfinał
miałam rozegrać w południe,na centralnym a moją przeciwniczką
miała być Marion Bartoli. Nie grałam z nią do tej pory,ale
wystarczyło obejrzeć jej mecze i posłuchać chociażby
Agnieszki,która ogrywa ją dotychczas jak chce,żeby wiedzieć jak
nietypową jest ona zawodniczką. Gra oburęcznie i beckhend i
forhend,ma dziwny styl serwisu i nieustannie się porusza,nawet
pomiędzy wymianami wykonuje kilka machnięć rakietą i podskoków.
Z całej tej oprawy,jej tenis wydaje się rzeczą drugoplanową,jednak
tak naprawdę widać wyraźnie,że jest dość zwyczajny. Kilka
piłek na środek,kończące ataki i szczypta woleja doprawione
niekiedy dobrym serwisem.
Oto
cała receptura składająca się na tenis Marion Bartoli.
Nie
martwiłam się zbytnio meczem z nią,dużo gorzej by było,gdybym
czekał nas mecz finałowy Wielkiego Szlema. Wtedy nie można
lekceważyć żadnej przeciwniczki.
Właściwie
to nigdy nie można lekceważyć przeciwnika. Rafa wciąż mi to
powtarza. Toni wbił mu to do głowy tak mocno,że powtarza to jak
zaprogramowany. Każdy przeciwnik może cię czymś
zaskoczyć,zwłaszcza ci młodzi,niedoświadczeni biorący się z
kwalifikacji. Zazwyczaj uderzają mocno,ale ich spryt też może
doprowadzić do łez. Ale zazwyczaj też my,czołowi rozstawieni
tenisiści nie mamy z nimi większych problemów,dlatego słowa
Rafaela traktuję nieco pobłażliwie. Jeśli się jest już tym
numerem ileś tam na liście światowej można sobie pozwolić na
większy luz.
Trzeba
umieć docenić siebie i swój poziom umiejętności.
–
Uważaj na nią – powtarzał
Spencer. – Ty grasz lewą ręką i jesteś dezorientująca dla
innych zawodniczek,ale Bartoli może też zdezorientować ciebie.
–
Może – przytaknęłam – Ale
raz,nie więcej. Jestem maksymalnie zmotywowana i trzymam
koncentrację.
–
Oby – mruknął i skinął
głową odprowadzając mnie do szatni dla zawodniczek.
Było
pusto;być może Francuzki jeszcze nie było,albo wyszła do
korytarza.
Usiadłam
więc na pustej ławce i poprawiłam sznurowadła.
Na
cykle Us Open Series wybrałam sobie zestawy z kolekcji Autumn Smash
Classic,a mianowicie niebieski top z białymi paskami na ramiączkach
i daszek pod kolor bluzki oraz prostą czarną spódniczkę z małą
falbanką i czarne buty. A w przyszłym roku mogę mieć własną
kolekcję, o ile Rafael się zgodzi.
Ach,właśnie.
Wciąż jeszcze mu o tym nie powiedziałam....
Pokręciłam
głową wyrzucając tę myśl z głowy. Teraz nie pora aby o tym
myśleć.
W
mecz weszłam dobrze,w swoim gemie serwisowym straciłam jeden punkt
popełniając prosty błąd z beckhendu. Bartoli zademonstrowała mi
dobrą formę serwisową i tym samym wygrywające akcje,toteż szybko
zrobiło się 1:1.
Okej,trzeba
zacząć grać po swojemu.
Pierwszy
dobry serwis sprawił,że wyrzuciła. Kolejny już taki dobry nie
był,bo było to drugie podanie. W wymianie poczęstowałam ją
próbką zaledwie mojej mocnej rotacji i pomyliła się po jakichś
trzech piłkach pakując forhend w siatkę. A może to był beckhend?
Następny
punkt zdobyła Francuzka począwszy od mocnego returnu i na płaskim
beckhendzie wzdłuż linii kończąc.
Okej,czas
rozruszać ramię.
Nigdy
nie byłam dobra w serwowaniu asów na zawołanie,ale w trakcie
każdego meczu jakieś pięć było całkiem w moim zasięgu. Tym
razem po prostu wymierzyłam odpowiedni kąt i palnęłam rakietą
coś w granicach 180 kilometrów na godzinę. Publiczność
zaklaskała entuzjastycznie. Na całym świecie asy robiły wrażenie.
No
to teraz czas na trochę gry.
Wprowadziłam
pewnie pierwszy serwis i Bartoli odegrała go na środek. Przegoniłam
ją kilka razy na boki aż w końcu zagrała krótką piłkę,którą
posłałam w jej beckhend. Zaskoczyłam się nieco,bo ją
odebrała,ale wtedy podbiegłam do siatki i wykończyłam wolejem.
2:1.
Całkiem nieźle.
Potem
mecz zdawał się toczyć sam. Odczekałam,aż wyjdę na prowadzenie
5:4 i zaatakowałam. Pierwsze serwisy nie wchodziły jej w karo już
tak często,więc prawdopodobieństwo przełamania i tym samym
wygrania seta zwiększały się.
To
prawda,że nie da się wygrywać samym serwisem,lecz jeśli się nim
trafia,można dominować w całym meczu.
Francuzka
pewnie wygrała pierwszy punkt odwrotnym forhendem po krosie
pokazując przy tym mocno zaciśniętą pięść w stronę swego
boksu.
Machnęłam
na to ręką. To był element jej gry,podobnie jak te podskoki i
wymachy. Zachowania rywalek bywały irytujące,ale cóż
poradzić?Trzeba robić swoje od początku do końca i już.
Podwójny
błąd serwisowy w następnym punkcie szybko sprowadził ją na
ziemię. Następnie ja wygrałam punkt po długiej wymianie z głębi
kortu wykończonej skrótem,gdy Bartoli była daleko za linią.
Publiczność nagrodziła tę akcję brawami.
Odetchnęłam
głęboko ocierając pot z czoła.
Dobra.
Jeszcze dwa. Skup się!
Zmusiłam
ją do zepsucia umiejętnie podkręcając piłkę,która nabierała
wysokości stając się trudną do odbicia.
Co
dalej?Hmmm...improwizujemy.
Właściwie
to całą moją grę można by nazwać improwizacją. Niektórzy
tenisiści ustawiają sobie wymiany serwisem,ale nie ja. Kinga Kolat
wykorzystuje sytuację,którą stworzył przypadek.
Owszem,gdy
mam nóż na gardle i bronię break pointów,meczboli i setboli to
pokuszę się to zrobić,ale nigdy nie w wymianach. Ale poza
tym-nigdy.
Taka
Marysia Szarapowa na pewno układa sobie akcje chwilę wcześniej gdy
odwraca się do banerów i pielęgnuje rakietę,ale ciężko
stwierdzić,kiedy nigdy się z nią nie grało. Prawda jest taka,że
moja gra to improwizacja.
A
jaka gra takie życie...
*
–
Jak tam kochanie? – spytał
Rafael odrywając się na chwilę od PS3 gdy tylko weszłam do
pokoju-Dobrze się grało?
–
W porządku – odparłam
stawiając torby na podłodze i szafce. – Czemu cię nie było?
Wzruszył
ramionami nie odrywając wzroku od ekranu.
–
Nie byłem ci potrzebny.
Przecież i tak wygrałaś. Cholera,karny!
–
Nie było wcale tak łatwo –
przyznałam rozpuszczając mokre włosy. Był ciepły dzień i samo
południe,więc postanowiłam ich nie suszyć. – Mogłam wygrać w
drugim secie nawet 6:1 gdyby nie to,że nie ma tam challenge'u.
–
Ale wygrałaś – stwierdził –
To się liczy.
–
Tak,tak – machnęłam ręką
ze zniecierpliwieniem po czym zerknęłam na ekran i zmarszczyłam
brwi – Znowu grasz w tą Fifę?Nie mamy nic lepszego?
–
Co masz na myśli
mówiąc:lepszego? – przerwał,żeby na mnie popatrzeć. Wyraźnie
poczuł się urażony.
-No
a „Dead Space”?Albo „God of War”?Nie przeszedłeś ani
tego,ani tego. A są takie fajne...a nie tylko ta nożna i nożna...
Skrzywił
się.
–
Trudne są. Utknąłem w jednej
i w drugiej. A Fifa i tak jest najlepsza.
–
Taaa,i „Need for
speed”-przewróciłam oczami.
–
Też. A niedługo wychodzi Fifa
12 i zamierzam ją sobie kupić. – ponownie wcisnął play wracając
do meczu swojego ukochanego Realu Madryt.
–
Boże,zlituj się nade
mną-jęknęłam unosząc dłonie ku niebu – Aaa,to przy okazji
kupisz mi „Uncharted 3”. Wychodzi w listopadzie.
–
Super. Wiem co ci kupić na
urodziny. – skwitował z uśmiechem.
–
Mam w październiku –
przypomniałam mu.
–
Wiem przecież. Ale sobie trochę
poczekasz...
–
Oh ty!
Złapałam
leżącą najbliżej poduszkę i walnęłam go w pierś tak,że
kontroler wyleciał mu z ręki.
–
Ej no! – zaprotestował
odpierając ciosy ręką – Już miałem strzelić piątego gola
Barcelonie...
–
Chyba w snach – stwierdziłam
dalej okładając go poduszką.
–
To ty jesteś za Barcą? –
znieruchomiał w nagłym przerażeniu.
–
Po raz milion pierwszy powtarzam
ci,że nikomu nie kibicuję.
–
To czemu mówisz,że tylko w
snach Real strzeli im pięć goli?
–
Bo słucham wiadomości i twoich
reakcji – wyjaśniłam – Często z nimi przegrywają. Cieniasy.
–
Co powiedziałaś?!
Momentalnie
wyrwał mi poduszkę z ręki i przeciągnął na łóżko obok
siebie. Zaprotestowałam krzykiem,ale on tylko zaczął mnie
łaskotać.
–
Nigdy więcej nie mów,że
Królewscy to cieniasy-powiedział przebijając się przez kakofonię
moich pisków.
–
Dobra dobra,nie będę! –
pisnęłam wierzgając kolanem.
Rafa
uniknął ciosu w brzuch i torturował mnie dalej.
–
Powtórz:Real Madryt to
najlepsza drużyna świata. – nakazał poważnym tonem.
–
Real Madryt to najlepsza drużyna
świata – wydusiłam na jednym oddechu.
Odetchnęłam
głęboko,gdy przestał mnie łaskotać i otarłam z oczu łzy.
–
No ja myślę – powiedział
kładąc się obok i podparł głowę ręką – A teraz powiedz mi
czego chcieli od ciebie z Nike?
Przełknęłam
ślinę i zaczęłam bawić się końcówkami włosów. Nie mogę
kłamać ani się jąkać,bo pomyśli,że to coś bardzo poważnego.
Ale
przecież to jest dla mnie poważne,prawda?
–
Zaoferowali nam wspólną linię
strojów – odparłam spokojnie wpatrując się w sufit.
Poruszył
się,ale nie miałam pojęcia czy spowodowane to było nerwami czy
też był to przypadek.
–
I co powiedziałaś?
–
Że muszę naradzić się z
tobą.
Zapadła
cisza.
–
A ty co o tym myślisz? –
spytał w końcu Rafael.
Jęknęłam
w duchu. Nie mogłam mu powiedzieć,że przez to moja gwiazdka może
zacząć świecić zupełnie innym blaskiem. Jak reflektor skierowany
na upudrowaną twarz jednej z setek WAG's,którą powoli się staję.
–
To dość...korzystna propozycja
– odparłam ostrożnie. – Powiedzieli,że zapłacą nam więcej.
–
I tylko dlatego jest
interesująca? – zdziwił się. – Kinga,spójrz na mnie.
Obróciłam
twarz i spojrzałam prosto w jego łagodne orzechowe oczy.
–
Robisz to wszystko...dla
pieniędzy?
–
Nie,oczywiście,że nie –
podniosłam się i skuliłam. – Wiesz przecież.
–
No to co widzisz w tym fajnego?
– ujął mnie za rękę i zaczął ją głaskać.
–
Będę miała fajniejsze ciuchy
– starałam się by zabrzmiało to wesoło – Będę kimś
...zupełnie
innym,bo na pewno nie Kingą Kolat,która jako pierwsza zdobyła
wielkoszlemowy tytuł dla Polski.
–
A teraz nie jesteś?
W
co on gra?
–
Jestem,ale... – spuściłam
głowę – A powiedz mi dla odmiany co ty widzisz w tym korzystnego?
–
Nic – odparł z rozbrajającą
szczerością – Kompletnie nic.
Musiałam
mieć nieźle zdziwiony wyraz twarzy bo kontynuował:
–
O pieniądze nie musimy się
martwić,więc nawet premia jakoś mnie nie rajcuje,mamy korzystny
kontrakt obecnie,więc nie widzę powodów,żeby go zmieniać i po
trzecie widzę,że tobie się on nie podoba. Dlaczego?
Cóż,zacznijmy
od tego,że pracownik próbował mnie podrywać na drętwą dyskusję
o wścibskich kobietach...
Powiem
mu prawdę.
–
Nie chcę stracić tego co
osiągnęłam...gdybyśmy stali się jednym byłabym znana tylko
dzięki tobie. Nie chcę tego.
–
Wiem – kiwnął głową. – I
dlatego chcę odrzucić ten kontrakt.
–
Skąd wiedziałeś? –
zdziwiłam się.
–
No,kiedy uniknęłaś odpowiedzi
i zaciągnęłaś mnie do łóżka wiedziałem,że coś ci nie pasuje
– powiedział.
–
Ale skąd wiedziałeś,że
akurat to?Nikomu o tym nie mówiłam.
–
Ale o kontrakcie powiedziałaś
Marinie – wyszczerzył zęby w uśmiechu – A ona potrafi być
bardzo pomocna.
–
Ma szczęście,że jest w
ciąży,bo dawno już by za to oberwała – mruknęłam.
Rafael
był dla mnie zagadką. Niby taki prosty,a nawet i naiwny mężczyzna,a
tak dobrze potrafił odczytywać ludzkie nastroje. A może to ja
byłam po prostu tak przewidywalna?
–
W każdym razie cieszę się,że
mamy jasność – skwitowałam zwlekając się z łóżka.
Odszukałam w torebce małą karteczkę i wzięłam do ręki telefon.
–
Co robisz? – spytał
podejrzliwie Rafael.
–
Dzwonię do niego – odparłam
wciskając numer.
–
Niego? – uniósł jedną brew
do góry.
–
Przedstawiciela.
–
Pokaż,ja to zrobię –
powiedział gdy miałam wyjść z pokoju.
–
Nie. Daj mi tą satysfakcję.
Uśmiechnęłam
się przebiegle,żeby upewnić go w przekonaniu,że Waller to
naprawdę przedstawiciel,a nie jakiś mój okazjonalny kochanek. W
sumie pierwszy raz zauważyłam u niego jakikolwiek przejaw
zazdrości. Co za ironia,że on miał do mnie wciąż to samo
zaufanie po tym,jak dwa razy oskarżyłam go o zdradę.
I
więcej-chce się ze mną ożenić!
Świat
jest dziwnie skonstruowany.
–
Halo? – odezwał się po kilku
sygnałach niski,chrapliwy głos.
–
Panie Waller,z tej strony Kinga
Kolat.
–
Ach,wreszcie – odparł
wzdychając. Przewróciłam oczami – Spodziewałem się pani
telefonu.
–
Z pewnością.
–
Zakładam,że podjęła już
pani decyzję.
–
Podjęliśmy
– oznajmiłam z naciskiem – To nasza wspólna decyzja. Po co
miałabym w takim razie do pana dzwonić?
–
Nie mam pojęcia – odparł z
rozbawieniem – Ale nie miałbym nic przeciwko.
–
Nie wątpię. W każdym
razie,drugiego telefonu niech się pan nie spodziewa,bo nasz
odpowiedź brzmi:nie.
–
Och – W jego głosie
zabrzmiało szczere zdziwienie. – Dobrze się państwo zastanowili?
–
W stu procentach. A,i jeszcze
jedno. Od załatwiania kontraktów mamy swojego człowieka,więc
następnym razem proszę kontaktować się z nim,a nie ze mną. Do
widzenia.
No.
I to by było na tyle,jeśli chodzi o kwestię namolnych pracowników
wielkich koncernów,którzy mylą pracę z randką.
Odetchnijcie z ulgą,nie zamierzam tu wikłać Kingi w jakieś Waller'y ;) Co oczywiście nie oznacza,że nie przygotowałam niespodzianek,ale do tego jeszcze kawałek :)
Tymczasem pozdrawiam i uciekam na zajęcia.
Gatique
Rafa i Kinga to jednak zgrana para. Zdarzają się nieporozumienia i małe konflikty, a oni dobrze sobie z tym radzą. Podoba mi się sposób w jaki wykreowałaś Rafę. Niby taki trochę naiwny, pić nie umie, pakuje go mama, a jednocześnie taki doświadczony w życiu, z jasnymi zasadami, wyrozumiały i empatyczny. Ideał. ;]
OdpowiedzUsuńA dziękuję bardzo :) Trudne to zadanie "odtworzyć" postać,którą się zna personalnie wyłącznie z jakichś historyjek,tak więc cieszę się,że nie zawiodłam :)
UsuńZnam to ;) Odtworzyć Novaka przecież też nie jest łatwo :D
UsuńNo i dobrze, że nie namieszałaś im za bardzo (na razie). Nie ma co z byle powodu ich skłócać, to musi być coś naprawdę przekonywującego, bo widać, jak do siebie pasują :)