Tekst

piątek, 20 listopada 2015

2.17 Życie to gra

Rankiem jęknęłam przeciągle uświadamiając sobie,że muszę wstać na krótki trening. Kusiło mnie nawet,żeby narazić się na gniew Spencera i go odwołać,ale wtedy powiedziałam sobie „Nie”. Nie mogę wiecznie olewać pracy. Nawet na tak małym i praktycznie nic nie znaczącym turnieju jakim jest Stanford.
Ale z drugiej strony śniadanie w łóżku wydawało się lepszą perspektywą...
Rafael skutecznie jednak rozwiał moje marzenia wyganiając mnie na trening z uśmiechem na ustach i obiecując,że wieczorem pójdziemy gdzieś na miasto. W to mogłam uwierzyć.
Półfinał miałam rozegrać w południe,na centralnym a moją przeciwniczką miała być Marion Bartoli. Nie grałam z nią do tej pory,ale wystarczyło obejrzeć jej mecze i posłuchać chociażby Agnieszki,która ogrywa ją dotychczas jak chce,żeby wiedzieć jak nietypową jest ona zawodniczką. Gra oburęcznie i beckhend i forhend,ma dziwny styl serwisu i nieustannie się porusza,nawet pomiędzy wymianami wykonuje kilka machnięć rakietą i podskoków. Z całej tej oprawy,jej tenis wydaje się rzeczą drugoplanową,jednak tak naprawdę widać wyraźnie,że jest dość zwyczajny. Kilka piłek na środek,kończące ataki i szczypta woleja doprawione niekiedy dobrym serwisem.
Oto cała receptura składająca się na tenis Marion Bartoli.
Nie martwiłam się zbytnio meczem z nią,dużo gorzej by było,gdybym czekał nas mecz finałowy Wielkiego Szlema. Wtedy nie można lekceważyć żadnej przeciwniczki.
Właściwie to nigdy nie można lekceważyć przeciwnika. Rafa wciąż mi to powtarza. Toni wbił mu to do głowy tak mocno,że powtarza to jak zaprogramowany. Każdy przeciwnik może cię czymś zaskoczyć,zwłaszcza ci młodzi,niedoświadczeni biorący się z kwalifikacji. Zazwyczaj uderzają mocno,ale ich spryt też może doprowadzić do łez. Ale zazwyczaj też my,czołowi rozstawieni tenisiści nie mamy z nimi większych problemów,dlatego słowa Rafaela traktuję nieco pobłażliwie. Jeśli się jest już tym numerem ileś tam na liście światowej można sobie pozwolić na większy luz.
Trzeba umieć docenić siebie i swój poziom umiejętności.
Uważaj na nią – powtarzał Spencer. – Ty grasz lewą ręką i jesteś dezorientująca dla innych zawodniczek,ale Bartoli może też zdezorientować ciebie.
Może – przytaknęłam – Ale raz,nie więcej. Jestem maksymalnie zmotywowana i trzymam koncentrację.
Oby – mruknął i skinął głową odprowadzając mnie do szatni dla zawodniczek.
Było pusto;być może Francuzki jeszcze nie było,albo wyszła do korytarza.
Usiadłam więc na pustej ławce i poprawiłam sznurowadła.
Na cykle Us Open Series wybrałam sobie zestawy z kolekcji Autumn Smash Classic,a mianowicie niebieski top z białymi paskami na ramiączkach i daszek pod kolor bluzki oraz prostą czarną spódniczkę z małą falbanką i czarne buty. A w przyszłym roku mogę mieć własną kolekcję, o ile Rafael się zgodzi.
Ach,właśnie. Wciąż jeszcze mu o tym nie powiedziałam....
Pokręciłam głową wyrzucając tę myśl z głowy. Teraz nie pora aby o tym myśleć.
W mecz weszłam dobrze,w swoim gemie serwisowym straciłam jeden punkt popełniając prosty błąd z beckhendu. Bartoli zademonstrowała mi dobrą formę serwisową i tym samym wygrywające akcje,toteż szybko zrobiło się 1:1.
Okej,trzeba zacząć grać po swojemu.
Pierwszy dobry serwis sprawił,że wyrzuciła. Kolejny już taki dobry nie był,bo było to drugie podanie. W wymianie poczęstowałam ją próbką zaledwie mojej mocnej rotacji i pomyliła się po jakichś trzech piłkach pakując forhend w siatkę. A może to był beckhend?
Następny punkt zdobyła Francuzka począwszy od mocnego returnu i na płaskim beckhendzie wzdłuż linii kończąc.
Okej,czas rozruszać ramię.
Nigdy nie byłam dobra w serwowaniu asów na zawołanie,ale w trakcie każdego meczu jakieś pięć było całkiem w moim zasięgu. Tym razem po prostu wymierzyłam odpowiedni kąt i palnęłam rakietą coś w granicach 180 kilometrów na godzinę. Publiczność zaklaskała entuzjastycznie. Na całym świecie asy robiły wrażenie.
No to teraz czas na trochę gry.
Wprowadziłam pewnie pierwszy serwis i Bartoli odegrała go na środek. Przegoniłam ją kilka razy na boki aż w końcu zagrała krótką piłkę,którą posłałam w jej beckhend. Zaskoczyłam się nieco,bo ją odebrała,ale wtedy podbiegłam do siatki i wykończyłam wolejem.
2:1. Całkiem nieźle.
Potem mecz zdawał się toczyć sam. Odczekałam,aż wyjdę na prowadzenie 5:4 i zaatakowałam. Pierwsze serwisy nie wchodziły jej w karo już tak często,więc prawdopodobieństwo przełamania i tym samym wygrania seta zwiększały się.
To prawda,że nie da się wygrywać samym serwisem,lecz jeśli się nim trafia,można dominować w całym meczu.
Francuzka pewnie wygrała pierwszy punkt odwrotnym forhendem po krosie pokazując przy tym mocno zaciśniętą pięść w stronę swego boksu.
Machnęłam na to ręką. To był element jej gry,podobnie jak te podskoki i wymachy. Zachowania rywalek bywały irytujące,ale cóż poradzić?Trzeba robić swoje od początku do końca i już.
Podwójny błąd serwisowy w następnym punkcie szybko sprowadził ją na ziemię. Następnie ja wygrałam punkt po długiej wymianie z głębi kortu wykończonej skrótem,gdy Bartoli była daleko za linią. Publiczność nagrodziła tę akcję brawami.
Odetchnęłam głęboko ocierając pot z czoła.
Dobra. Jeszcze dwa. Skup się!
Zmusiłam ją do zepsucia umiejętnie podkręcając piłkę,która nabierała wysokości stając się trudną do odbicia.
Co dalej?Hmmm...improwizujemy.
Właściwie to całą moją grę można by nazwać improwizacją. Niektórzy tenisiści ustawiają sobie wymiany serwisem,ale nie ja. Kinga Kolat wykorzystuje sytuację,którą stworzył przypadek.
Owszem,gdy mam nóż na gardle i bronię break pointów,meczboli i setboli to pokuszę się to zrobić,ale nigdy nie w wymianach. Ale poza tym-nigdy.
Taka Marysia Szarapowa na pewno układa sobie akcje chwilę wcześniej gdy odwraca się do banerów i pielęgnuje rakietę,ale ciężko stwierdzić,kiedy nigdy się z nią nie grało. Prawda jest taka,że moja gra to improwizacja.
A jaka gra takie życie...

*

Jak tam kochanie? – spytał Rafael odrywając się na chwilę od PS3 gdy tylko weszłam do pokoju-Dobrze się grało?
W porządku – odparłam stawiając torby na podłodze i szafce. – Czemu cię nie było?
Wzruszył ramionami nie odrywając wzroku od ekranu.
Nie byłem ci potrzebny. Przecież i tak wygrałaś. Cholera,karny!
Nie było wcale tak łatwo – przyznałam rozpuszczając mokre włosy. Był ciepły dzień i samo południe,więc postanowiłam ich nie suszyć. – Mogłam wygrać w drugim secie nawet 6:1 gdyby nie to,że nie ma tam challenge'u.
Ale wygrałaś – stwierdził – To się liczy.
Tak,tak – machnęłam ręką ze zniecierpliwieniem po czym zerknęłam na ekran i zmarszczyłam brwi – Znowu grasz w tą Fifę?Nie mamy nic lepszego?
Co masz na myśli mówiąc:lepszego? – przerwał,żeby na mnie popatrzeć. Wyraźnie poczuł się urażony.
-No a „Dead Space”?Albo „God of War”?Nie przeszedłeś ani tego,ani tego. A są takie fajne...a nie tylko ta nożna i nożna...
Skrzywił się.
Trudne są. Utknąłem w jednej i w drugiej. A Fifa i tak jest najlepsza.
Taaa,i „Need for speed”-przewróciłam oczami.
Też. A niedługo wychodzi Fifa 12 i zamierzam ją sobie kupić. – ponownie wcisnął play wracając do meczu swojego ukochanego Realu Madryt.
Boże,zlituj się nade mną-jęknęłam unosząc dłonie ku niebu – Aaa,to przy okazji kupisz mi „Uncharted 3”. Wychodzi w listopadzie.
Super. Wiem co ci kupić na urodziny. – skwitował z uśmiechem.
Mam w październiku – przypomniałam mu.
Wiem przecież. Ale sobie trochę poczekasz...
Oh ty!
Złapałam leżącą najbliżej poduszkę i walnęłam go w pierś tak,że kontroler wyleciał mu z ręki.
Ej no! – zaprotestował odpierając ciosy ręką – Już miałem strzelić piątego gola Barcelonie...
Chyba w snach – stwierdziłam dalej okładając go poduszką.
To ty jesteś za Barcą? – znieruchomiał w nagłym przerażeniu.
Po raz milion pierwszy powtarzam ci,że nikomu nie kibicuję.
To czemu mówisz,że tylko w snach Real strzeli im pięć goli?
Bo słucham wiadomości i twoich reakcji – wyjaśniłam – Często z nimi przegrywają. Cieniasy.
Co powiedziałaś?!
Momentalnie wyrwał mi poduszkę z ręki i przeciągnął na łóżko obok siebie. Zaprotestowałam krzykiem,ale on tylko zaczął mnie łaskotać.
Nigdy więcej nie mów,że Królewscy to cieniasy-powiedział przebijając się przez kakofonię moich pisków.
Dobra dobra,nie będę! – pisnęłam wierzgając kolanem.
Rafa uniknął ciosu w brzuch i torturował mnie dalej.
Powtórz:Real Madryt to najlepsza drużyna świata. – nakazał poważnym tonem.
Real Madryt to najlepsza drużyna świata – wydusiłam na jednym oddechu.
Odetchnęłam głęboko,gdy przestał mnie łaskotać i otarłam z oczu łzy.
No ja myślę – powiedział kładąc się obok i podparł głowę ręką – A teraz powiedz mi czego chcieli od ciebie z Nike?
Przełknęłam ślinę i zaczęłam bawić się końcówkami włosów. Nie mogę kłamać ani się jąkać,bo pomyśli,że to coś bardzo poważnego.
Ale przecież to jest dla mnie poważne,prawda?
Zaoferowali nam wspólną linię strojów – odparłam spokojnie wpatrując się w sufit.
Poruszył się,ale nie miałam pojęcia czy spowodowane to było nerwami czy też był to przypadek.
I co powiedziałaś?
Że muszę naradzić się z tobą.
Zapadła cisza.
A ty co o tym myślisz? – spytał w końcu Rafael.
Jęknęłam w duchu. Nie mogłam mu powiedzieć,że przez to moja gwiazdka może zacząć świecić zupełnie innym blaskiem. Jak reflektor skierowany na upudrowaną twarz jednej z setek WAG's,którą powoli się staję.
To dość...korzystna propozycja – odparłam ostrożnie. – Powiedzieli,że zapłacą nam więcej.
I tylko dlatego jest interesująca? – zdziwił się. – Kinga,spójrz na mnie.
Obróciłam twarz i spojrzałam prosto w jego łagodne orzechowe oczy.
Robisz to wszystko...dla pieniędzy?
Nie,oczywiście,że nie – podniosłam się i skuliłam. – Wiesz przecież.
No to co widzisz w tym fajnego? – ujął mnie za rękę i zaczął ją głaskać.
Będę miała fajniejsze ciuchy – starałam się by zabrzmiało to wesoło – Będę kimś
...zupełnie innym,bo na pewno nie Kingą Kolat,która jako pierwsza zdobyła wielkoszlemowy tytuł dla Polski.
A teraz nie jesteś?
W co on gra?
Jestem,ale... – spuściłam głowę – A powiedz mi dla odmiany co ty widzisz w tym korzystnego?
Nic – odparł z rozbrajającą szczerością – Kompletnie nic.
Musiałam mieć nieźle zdziwiony wyraz twarzy bo kontynuował:
O pieniądze nie musimy się martwić,więc nawet premia jakoś mnie nie rajcuje,mamy korzystny kontrakt obecnie,więc nie widzę powodów,żeby go zmieniać i po trzecie widzę,że tobie się on nie podoba. Dlaczego?
Cóż,zacznijmy od tego,że pracownik próbował mnie podrywać na drętwą dyskusję o wścibskich kobietach...
Powiem mu prawdę.
Nie chcę stracić tego co osiągnęłam...gdybyśmy stali się jednym byłabym znana tylko dzięki tobie. Nie chcę tego.
Wiem – kiwnął głową. – I dlatego chcę odrzucić ten kontrakt.
Skąd wiedziałeś? – zdziwiłam się.
No,kiedy uniknęłaś odpowiedzi i zaciągnęłaś mnie do łóżka wiedziałem,że coś ci nie pasuje – powiedział.
Ale skąd wiedziałeś,że akurat to?Nikomu o tym nie mówiłam.
Ale o kontrakcie powiedziałaś Marinie – wyszczerzył zęby w uśmiechu – A ona potrafi być bardzo pomocna.
Ma szczęście,że jest w ciąży,bo dawno już by za to oberwała – mruknęłam.
Rafael był dla mnie zagadką. Niby taki prosty,a nawet i naiwny mężczyzna,a tak dobrze potrafił odczytywać ludzkie nastroje. A może to ja byłam po prostu tak przewidywalna?
W każdym razie cieszę się,że mamy jasność – skwitowałam zwlekając się z łóżka. Odszukałam w torebce małą karteczkę i wzięłam do ręki telefon.
Co robisz? – spytał podejrzliwie Rafael.
Dzwonię do niego – odparłam wciskając numer.
Niego? – uniósł jedną brew do góry.
Przedstawiciela.
Pokaż,ja to zrobię – powiedział gdy miałam wyjść z pokoju.
Nie. Daj mi tą satysfakcję.
Uśmiechnęłam się przebiegle,żeby upewnić go w przekonaniu,że Waller to naprawdę przedstawiciel,a nie jakiś mój okazjonalny kochanek. W sumie pierwszy raz zauważyłam u niego jakikolwiek przejaw zazdrości. Co za ironia,że on miał do mnie wciąż to samo zaufanie po tym,jak dwa razy oskarżyłam go o zdradę.
I więcej-chce się ze mną ożenić!
Świat jest dziwnie skonstruowany.
Halo? – odezwał się po kilku sygnałach niski,chrapliwy głos.
Panie Waller,z tej strony Kinga Kolat.
Ach,wreszcie – odparł wzdychając. Przewróciłam oczami – Spodziewałem się pani telefonu.
Z pewnością.
Zakładam,że podjęła już pani decyzję.
Podjęliśmy – oznajmiłam z naciskiem – To nasza wspólna decyzja. Po co miałabym w takim razie do pana dzwonić?
Nie mam pojęcia – odparł z rozbawieniem – Ale nie miałbym nic przeciwko.
Nie wątpię. W każdym razie,drugiego telefonu niech się pan nie spodziewa,bo nasz odpowiedź brzmi:nie.
Och – W jego głosie zabrzmiało szczere zdziwienie. – Dobrze się państwo zastanowili?
W stu procentach. A,i jeszcze jedno. Od załatwiania kontraktów mamy swojego człowieka,więc następnym razem proszę kontaktować się z nim,a nie ze mną. Do widzenia.

No. I to by było na tyle,jeśli chodzi o kwestię namolnych pracowników wielkich koncernów,którzy mylą pracę z randką.


Odetchnijcie z ulgą,nie zamierzam tu wikłać Kingi w jakieś Waller'y ;) Co oczywiście nie oznacza,że nie przygotowałam niespodzianek,ale do tego jeszcze kawałek :)
Tymczasem pozdrawiam i uciekam na zajęcia.
Gatique

3 komentarze:

  1. Rafa i Kinga to jednak zgrana para. Zdarzają się nieporozumienia i małe konflikty, a oni dobrze sobie z tym radzą. Podoba mi się sposób w jaki wykreowałaś Rafę. Niby taki trochę naiwny, pić nie umie, pakuje go mama, a jednocześnie taki doświadczony w życiu, z jasnymi zasadami, wyrozumiały i empatyczny. Ideał. ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję bardzo :) Trudne to zadanie "odtworzyć" postać,którą się zna personalnie wyłącznie z jakichś historyjek,tak więc cieszę się,że nie zawiodłam :)

      Usuń
    2. Znam to ;) Odtworzyć Novaka przecież też nie jest łatwo :D
      No i dobrze, że nie namieszałaś im za bardzo (na razie). Nie ma co z byle powodu ich skłócać, to musi być coś naprawdę przekonywującego, bo widać, jak do siebie pasują :)

      Usuń