Tekst

sobota, 2 stycznia 2016

2.23 Dwa oblicza skandalu

Nie powiem,żeby moje losowanie w drabince turnieju mistrzyń było łatwe. Na pierwszy ogień przegrałam mecz z Marią Szarapową 4:6 5:7. Nie grałam z nią do tej pory,więc nie wiedziałam właściwie czego się spodziewać. Owszem,wiedziałam,że gra mocno „ile fabryka dała” jak to mówią tenisowi eksperci,ale z tym bywało różnie. Raz się trafia w linie a raz poza. Tym razem jednak szczęście okazało się stać za Rosjanką.
Drugi mecz zapowiadał się lepiej,bo było to spotkanie z samą liderką-czyli niejaką Caroline Wozniacki. Zacierałam ręce na myśl,by ponownie utrzeć jej ten zbytnio zadarty nosek. No i była to moja szansa na pozostanie w rywalizacji fazy grupowej.
Spencer,który w końcu uległ moim usilnym błaganiom by pojechać tam ze mną prawdopodobnie ostatni raz(umarłabym ze wstydu prosząc Toniego,chociaż i tak uparł się,by wybrać się ze mną)zalecał co prawda ostrożność,gdyż dawno z nią nie grałam,ale nie bardzo się tym przejmowałam.
Musiała naprawdę poprawić swoją grę,skoro została liderką,nie sądzisz? – powtarzał.
Może – przytakiwałam wtedy – Ale nie dostatecznie żeby dać sobie radę z moim stylem gry.
Spencer kręcił wtedy bezradnie głową nie dopuszczając tego do wiadomości.
Kiedy jednak przyszło co do czego okazało się,że to ja miałam rację. Po dwudziestu minutach spotkania prowadziłam z nią 4:1 w pierwszym secie. Kompletnie nie mogła znaleźć lekarstwa na mój mocno rotowany tenis przeplatający się z kończącymi piłkami wieńczony niekiedy akcjami przy siatce.
Z rozmowy z ojcem-trenerem,z którym zawsze rozmawiała po polsku wynikało,że ma mnie zmęczyć. Gadanie. Nie ma możliwości,żebym to ja spasowała pierwsza. Wtedy po raz pierwszy w zasadzie odkryłam,że treningi pod okiem Toniego dawały efekty. Jednym z nich było właśnie poruszanie się i lepsza kondycja.
Gdy sędzina zapowiedziała koniec przerwy,wyszłam na kort,żeby dokończyć dzieła w pierwszym secie. 5:2 i mój serwis. Czego chcieć więcej?
Chcesz pobiegać? – pomyślałam wyrzucając piłkę w powietrze – Proszę bardzo. Zobaczymy kto pierwszy będzie miał dosyć.
Zagrałam wyrzucający serwis do jej forhendu i powtórzyłam dwukrotnie w ten sam narożnik,po czym zmieniłam kierunek na beckhend,a potem znów forhend. Zaczęła się gubić i za bodajże piątym razem nie ustawiła się odpowiednio i zamiast zagrać beckhendem po linii,puściła piłkę szeroko w korytarz.
Tyle jeśli idzie o znakomite rady Piotra Woźniackiego.

*

Mecz zdawał się toczyć własnym życiem. Kolejne piłki przychodziły ze zdumiewającą łatwością,jednak Karolina nie zamierzała odpuszczać. Najwyraźniej odrobiła lekcje po ostatnich dwóch porażkach,bo ni stąd ni zowąd zaczęła grać lepiej zagrywając kończące piłki. Nie mogłam sobie pozwolić na dalszą dekoncentrację i ze wszystkich sił nakazałam sobie skupić się na jej zachowaniu,języku ciała świadczącym o zamiarach,czego nie robiłam nigdy wcześniej. Bo i nie było specjalnej potrzeby.
Cały czas utrzymywałam bezpieczną przewagę przełamania,aż do stanu 4:3 i moim serwisie.
Rozgrywałyśmy długą wymianę. Raz forhend,raz beckhend. Krótka,długa. I tak przez jakieś dziesięć odbić. W końcu,gdy Woźniacki zmuszona jednym głębszym zagraniem do odegrania krótkiej,defensywnej piłki zrobiła klasyczną wystawkę,zagrałam beckhendem po linii. Byłam pewna,że piłka weszła,jednak ku mojemu zdziwieniu sędzia krzyknął,że był aut.
Instynktownie podniosłam palce w geście prośby o challenge,komputerową weryfikację piłki. W napięciu obserwowałam ekranik na tablicy z wynikami i nie myliłam się-piłka była była dobra. Otworzyłam jednak usta ze zdziwienia gdy sędzina zarządziła powtórkę punktu zamiast przyznać go mnie.
Przecież to była kończąca! – zaprotestowałam podchodząc do siatki.
Nie. Wozniacki miała szansę ją odebrać. Stała tuż przy linii. – oznajmiła sędzina. Była młoda i jak widać niedoświadczona.
Parsknęłam.
To niedorzeczne.
W tej samej chwili do siatki podeszła Wozniacki i rzuciła mi niespokojne spojrzenie.
To był kończący beckhend – zwróciłam się w jej stronę.
Pokręciła głową robiąc minę niewiniątka.
Przecież stałam niedaleko.
I co z tego?
Wykrzywiła usta w grymasie. Straciłam panowanie nad sobą.
Pogódź się wreszcie z tym,że go nie dostaniesz – powiedziałam spokojnie po polsku – Nie musisz jeszcze przelewać złości na tenis.
Naprawdę sądzisz,że mszczę się za to,że jesteś zaręczona z facetem,z którym nie mam nic wspólnego? – spytała rozkładając ręce – To żałosne.
Żałosne jest twoje niesportowe zachowanie – oznajmiłam zaciskając dłoń na piłeczce i odchodząc w stronę linii. Publiczność siedząca do tej pory cichutko,zareagowała nagłym szmerem. Sędzina uspokoiła ich i zarządziła odebranie po punkcie nam obu w efekcie czego zrobiło się 40:30
Zobaczymy kto jest żałosny – pomyślałam ciskając ze złością piłkę o prędkości około stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę prosto na środkową linię. Zdziwiłam się,ze mi się to udało,zwłaszcza po takiej utracie koncentracji.
Krzyknęłam cicho „Vamos!” i obrzuciłam nienawistnym spojrzeniem przeciwniczkę najwyraźniej nie wierzącą w to co widzi.
Po meczu i konferencjach zapłaciłam za swoje zachowanie. I to drogo. A cena wzrosła tym bardziej,że nie podałam jej ręki po meczu. Toni był wściekły.
Co ty sobie wyobrażasz? – syknął gdy dopadł mnie sam na sam w szatni po meczu.
Spojrzałam w jego rozzłoszczone oczy i zmusiłam się do zachowania spokoju,chociaż w środku cała drżałam.
Czy zdajesz sobie sprawę z tego,jaki wstyd nam przyniosłaś? – wycedził celując we mnie palcem.
Widziałeś tą piłkę. Wiesz dobrze,że w tej sytuacji punkt powinien być mój. – odparłam wymijająco. To chyba najlepsze co mogłam teraz zrobić.
Ostrożnie skinął głową,jakby nawet najmniejsza aprobata dla mojej osoby mogła kosztować go życie.
Ale nie powinnaś wdawać się z nią w jakieś idiotyczne sprzeczki!
Miałam więc dłużej tolerować jej niesportowe zachowanie? – wybuchnęłam w końcu – Gdyby nie to,że się nienawidzimy przyznałaby rację mnie,a nie sędzinie. Tak się zachowuje prawdziwy sportowiec. Zasada fair play,znasz ją?
Wykształcam tę cechę u Rafaela całe życie. Jak śmiesz to kwestionować? – spytał wstrząśnięty moją bezpośredniością.
Ona ma rację.
Obróciłam głowę w stronę wejścia. Spencer stał opierając się o futrynę drewnianych drzwi. Z głuchym stukotem butów podszedł w stronę Toniego.
Woźniacki naprawdę nie zachowuje się fair w stosunku do niej. I to od jakiegoś czasu. Nie dziwię się,że Kinga w końcu nie wytrzymała.
– Takie sprawy załatwia się poza kortem – mruknął mierząc go wzrokiem.
Dokładnie – przytaknął Spencer – Ale Dunka zdaje się tego nie wiedzieć.
Przyniosła nam wstyd – Bronił się dalej Toni.
Komu?Mnie czy tobie? – Spencer zachowywał stoicki spokój. Zamarłam widząc jak sprawnie żongluje argumentami.
Tobie jako jej trenerowi też.
Nieprawda. Boisz się o własną reputację. Co cię obchodzi co ona zrobiła?Uraziła tym twoją godność? Najwyraźniej nie.
Oszołomiony Toni wyminął go i z morderczym spojrzeniem opuścił szatnię. Zamrugałam oczami upewniając się,że to co się wydarzyło nie było jedynie wytworem mojej wyobraźni.
To było genialne – wydusiłam w końcu.
Taaa,no cóż... – Spencer najwyraźniej nie wiedział co powiedzieć. A to było nie do pomyślenia biorąc pod uwagę jak sprawnie zmusił Toniego do odwrotu. – Ktoś musiał coś zrobić.
Ale dlaczego akurat ty? Skąd wiedziałeś?
Wzruszył ramionami.
Tak myślałem,że po twoim przedstawieniu będzie miał do ciebie pretensje. Czego nie mogę też powiedzieć o sobie-spojrzał na mnie surowo,a ja w jednej chwili poczułam się jak uczennica na dywaniku u dyrektora. – Nie zmienia to jednak mojego stosunku do danej sytuacji.
Naprawdę uważasz,że przyniosłam im wstyd? – spytałam ze smutkiem.
Nie. – zaprotestował gwałtownie – Na pewno nie wstyd. Nazwałbym to bardziej buntem przeciw ich poukładanemu życiu.
Ach tak. – pokiwałam głową – O to chodzi.
Właśnie. A poza tym uznałem,że przyda ci się ktoś kto pokaże temu zarozumialcowi jak cię wychowywać – dodał wesoło.
Z mojej piersi wyrwał się zduszony jęk.
Dziękuję. – Podeszłam obejmując go. Odsunął się nieco zaskoczony nagłym przypływem wdzięczności,ale po chwili odwzajemnił uścisk. – Za...wszystko. Kiedy zdam sobie sprawę z tego,jak mało czasu nam zostało...
Łzy napłynęły mi do oczu blokując gardło.
Cii-pogładził mnie delikatnie po włosach – Wszystko będzie dobrze.
Nie będzie – załkałam – On mnie nie cierpi. A po twoim wystąpieniu zapewne jeszcze bardziej. A nowego trenera na horyzoncie nie widać.
Westchnął ciężko i uniosłam głowę.
Co jeśli nigdy mi nie odpuści?
Odpuści. – zapewnił – Mylisz się sądząc,że to co zrobiłem na niego nie wpłynęło. Obserwuję go już jakiś czas i widzę,że to inteligentny człowiek. Założę się,że to poważnie przemyśli.
Przemyśli w jaki sposób najchętniej pozbyć się mnie z rodziny.
Dotknąłeś go do żywego. I ja zresztą też.
Czasami właśnie tego potrzeba by zmienić los. Szczerości. A jeśli to nie pomoże to...hmm...będę cię dalej trenował.
Naprawdę?-moje oczy rozbłysły z nadzieją.
Z wahaniem skinął głową.
Tak.
Och dziękuję...
Pod warunkiem,że najpierw spróbujesz z Tonim. – oznajmił stanowczo,ale w jego oczach zamiast surowości dostrzegłam zmartwienie i tęsknotę.
I wtedy do mnie dotarło jaką pieprzoną egoistką jestem wymagając od niego takiego poświęcenia. Marina jest moją przyjaciółką i potrzebuje go bardziej niż ja. Jakim prawem mogę odbierać dziecku ojca?
Odetchnęłam głęboko i odsunęłam się. Poprawiłam kosmyk włosów wyślizgujący się z kucyka.
Dobrze. A co z Mariną?
Czuje się wspaniale. Jest...
Pytam co zrobiłaby Marina,gdybyś zgodził się podążać za mną po całym świecie ucząc mnie jak prawidłowo odbijać piłki a ona zostałaby w Londynie wychowując dziecko. – przerwałam mu gwałtownie z trudem łapiąc oddech.
Przełknął ślinę i spojrzał na mnie z wyrzutem. Zanim zdążył coś powiedzieć,dodałam:
Właśnie. Nie mogę jej tego zrobić. – pokręciłam głową oddalając się o kilka kroków. Nałożyłam bluzę na nagie ramiona i chwyciłam torbę z rakietami.
Jestem dorosła. Poradzę sobie z jednym szalonym pięćdziesięciolatkiem. A Laura nie poradzi sobie bez ojca – uśmiechnęłam się ironicznie i podeszłam do wyjścia.
Laura? – spytał marszcząc brwi.
Marina chce tak nazwać waszą córkę. – wyjaśniłam z niedowierzaniem – Nie wiedziałeś?
Ona ma milion pomysłów na minutę – zaśmiał się – Jestem pewien,że masz nieaktualne dane.

Zachichotałam. Tak,ci dwoje zawsze potrafią poprawić mi humor.


Po raz kolejny przepraszam za małe przesunięcie,Sylwester,dzień po,no sami rozumiecie xD Poza tym,taka przeplatanka święta,dni robocze co chwilę też wszystko psuje. 
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku kochani! :*
Gatique


2 komentarze:

  1. Ach, widzę, że niezła wojenka między Kingą i Caro... A Toni niech nie będzie taki mądry, bo jego grzeczny Rafael załatwił, żeby niejaki sędzia Carlos Bernardes bodajże nigdy więcej nie sędziował jego meczów, bo mieli jakąś spinkę. Po prostu Kinga trochę niepotrzebnie zaczęła przy siatce. A nie zapomnę akcji z sędziną na Pucharze Hopmana w finale w tamtym roku (Polska - USA) w decydującym meczu w mikście. Cała czwórka podeszła do siatki się kłócić, potem wołali chyba supervisora, a Aga z Isnerem już się nabijali z sędziny ;D Różnie jest, rąk też sobie niektórzy nie podają (niedawno oglądałam takie zestawienie na YT ;).
    Brakowało mi w dzisiejszym rozdziale Rafy ;( Ale był Spencer. Faaajny jest gościu, byłoby smutno go żegnać...
    Do następnego! ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Kindze miały prawo puścić nerwy, chociaż prawdę mówiąc, nie przepadam za takimi kłótniami z sędzią. Czasem zdarza się, że po challangu nawet jeśli piłka wydawała się być wygrywającą, to jest powtórka punktu i nie ma z tym jakiś większych problemów. Zdenerwował się kiedyś Djokovic bodajże w meczu z Tsongą, kiedy sytuacja była odwrotna - Francuz wziął challange, piłka była dobra i dostał punkt, mimo że Novak dobiegł i chyba nawet podbił ją rakietą. I jego łatwiej usprawiedliwić (bronię Djokovica, co się ze mną dzieje ). No to taka dygresja. Chociaż przeciwko Karolince... myślę, że np. w meczu z Agnieszką nie byłoby takiej sytuacji.:)

    OdpowiedzUsuń