Nie
powiem,żeby moje losowanie w drabince turnieju mistrzyń było
łatwe. Na pierwszy ogień przegrałam mecz z Marią Szarapową 4:6
5:7. Nie grałam z nią do tej pory,więc nie wiedziałam właściwie
czego się spodziewać. Owszem,wiedziałam,że gra mocno „ile
fabryka dała” jak to mówią tenisowi eksperci,ale z tym bywało
różnie. Raz się trafia w linie a raz poza. Tym razem jednak
szczęście okazało się stać za Rosjanką.
Drugi
mecz zapowiadał się lepiej,bo było to spotkanie z samą
liderką-czyli niejaką Caroline Wozniacki. Zacierałam ręce na
myśl,by ponownie utrzeć jej ten zbytnio zadarty nosek. No i była
to moja szansa na pozostanie w rywalizacji fazy grupowej.
Spencer,który
w końcu uległ moim usilnym błaganiom by pojechać tam ze mną
prawdopodobnie ostatni raz(umarłabym ze wstydu prosząc
Toniego,chociaż i tak uparł się,by wybrać się ze mną)zalecał
co prawda ostrożność,gdyż dawno z nią nie grałam,ale nie bardzo
się tym przejmowałam.
–
Musiała naprawdę poprawić
swoją grę,skoro została liderką,nie sądzisz? – powtarzał.
–
Może – przytakiwałam wtedy –
Ale nie dostatecznie żeby dać sobie radę z moim stylem gry.
Spencer
kręcił wtedy bezradnie głową nie dopuszczając tego do
wiadomości.
Kiedy
jednak przyszło co do czego okazało się,że to ja miałam rację.
Po dwudziestu minutach spotkania prowadziłam z nią 4:1 w pierwszym
secie. Kompletnie nie mogła znaleźć lekarstwa na mój mocno
rotowany tenis przeplatający się z kończącymi piłkami
wieńczony niekiedy akcjami przy siatce.
Z
rozmowy z ojcem-trenerem,z którym zawsze rozmawiała po polsku
wynikało,że ma mnie zmęczyć. Gadanie. Nie ma możliwości,żebym
to ja spasowała pierwsza. Wtedy po raz pierwszy w zasadzie
odkryłam,że treningi pod okiem Toniego dawały efekty. Jednym z
nich było właśnie poruszanie się i lepsza kondycja.
Gdy
sędzina zapowiedziała koniec przerwy,wyszłam na kort,żeby
dokończyć dzieła w pierwszym secie. 5:2 i mój serwis. Czego
chcieć więcej?
Chcesz
pobiegać? – pomyślałam
wyrzucając piłkę w powietrze – Proszę
bardzo. Zobaczymy kto pierwszy będzie miał dosyć.
Zagrałam
wyrzucający serwis do jej forhendu i powtórzyłam dwukrotnie w ten
sam narożnik,po czym zmieniłam kierunek na beckhend,a potem znów
forhend. Zaczęła się gubić i za bodajże piątym razem nie
ustawiła się odpowiednio i zamiast zagrać beckhendem po
linii,puściła piłkę szeroko w korytarz.
Tyle
jeśli idzie o znakomite rady Piotra Woźniackiego.
*
Mecz
zdawał się toczyć własnym życiem. Kolejne piłki przychodziły
ze zdumiewającą łatwością,jednak Karolina nie zamierzała
odpuszczać. Najwyraźniej odrobiła lekcje po ostatnich dwóch
porażkach,bo ni stąd ni zowąd zaczęła grać lepiej zagrywając
kończące piłki. Nie mogłam sobie pozwolić na dalszą
dekoncentrację i ze wszystkich sił nakazałam sobie skupić się na
jej zachowaniu,języku ciała świadczącym o zamiarach,czego nie
robiłam nigdy wcześniej. Bo i nie było specjalnej potrzeby.
Cały
czas utrzymywałam bezpieczną przewagę przełamania,aż do stanu
4:3 i moim serwisie.
Rozgrywałyśmy
długą wymianę. Raz forhend,raz beckhend. Krótka,długa. I tak
przez jakieś dziesięć odbić. W końcu,gdy Woźniacki zmuszona
jednym głębszym zagraniem do odegrania krótkiej,defensywnej piłki
zrobiła klasyczną wystawkę,zagrałam beckhendem po linii. Byłam
pewna,że piłka weszła,jednak ku mojemu zdziwieniu sędzia
krzyknął,że był aut.
Instynktownie
podniosłam palce w geście prośby o challenge,komputerową
weryfikację piłki. W napięciu obserwowałam ekranik na tablicy z
wynikami i nie myliłam się-piłka była była dobra. Otworzyłam
jednak usta ze zdziwienia gdy sędzina zarządziła powtórkę punktu
zamiast przyznać go mnie.
–
Przecież to była kończąca! –
zaprotestowałam podchodząc do siatki.
–
Nie. Wozniacki miała szansę ją
odebrać. Stała tuż przy linii. – oznajmiła sędzina. Była
młoda i jak widać niedoświadczona.
Parsknęłam.
–
To niedorzeczne.
W
tej samej chwili do siatki podeszła Wozniacki i rzuciła mi
niespokojne spojrzenie.
–
To był kończący beckhend –
zwróciłam się w jej stronę.
Pokręciła
głową robiąc minę niewiniątka.
–
Przecież stałam niedaleko.
–
I co z tego?
Wykrzywiła
usta w grymasie. Straciłam panowanie nad sobą.
–
Pogódź się wreszcie z tym,że
go nie dostaniesz – powiedziałam spokojnie po polsku – Nie
musisz jeszcze przelewać złości na tenis.
–
Naprawdę sądzisz,że mszczę
się za to,że jesteś zaręczona z facetem,z którym nie mam nic
wspólnego? – spytała rozkładając ręce – To żałosne.
–
Żałosne jest twoje niesportowe
zachowanie – oznajmiłam zaciskając dłoń na piłeczce i
odchodząc w stronę linii. Publiczność siedząca do tej pory
cichutko,zareagowała nagłym szmerem. Sędzina uspokoiła ich i
zarządziła odebranie po punkcie nam obu w efekcie czego zrobiło
się 40:30
Zobaczymy
kto jest żałosny – pomyślałam
ciskając ze złością piłkę o prędkości około stu
osiemdziesięciu kilometrów na godzinę prosto na środkową linię.
Zdziwiłam się,ze mi się to udało,zwłaszcza po takiej utracie
koncentracji.
Krzyknęłam
cicho „Vamos!” i obrzuciłam nienawistnym spojrzeniem
przeciwniczkę najwyraźniej nie wierzącą w to co widzi.
Po
meczu i konferencjach zapłaciłam za swoje zachowanie. I to drogo. A
cena wzrosła tym bardziej,że nie podałam jej ręki po meczu. Toni
był wściekły.
–
Co ty sobie wyobrażasz? –
syknął gdy dopadł mnie sam na sam w szatni po meczu.
Spojrzałam
w jego rozzłoszczone oczy i zmusiłam się do zachowania
spokoju,chociaż w środku cała drżałam.
–
Czy zdajesz sobie sprawę z
tego,jaki wstyd nam przyniosłaś? – wycedził celując we mnie
palcem.
–
Widziałeś tą piłkę. Wiesz
dobrze,że w tej sytuacji punkt powinien być mój. – odparłam
wymijająco. To chyba najlepsze co mogłam teraz zrobić.
Ostrożnie
skinął głową,jakby nawet najmniejsza aprobata dla mojej osoby
mogła kosztować go życie.
–
Ale nie powinnaś wdawać się z
nią w jakieś idiotyczne sprzeczki!
–
Miałam więc dłużej tolerować
jej niesportowe zachowanie? – wybuchnęłam w końcu – Gdyby nie
to,że się nienawidzimy przyznałaby rację mnie,a nie sędzinie.
Tak się zachowuje prawdziwy sportowiec. Zasada fair play,znasz ją?
–
Wykształcam tę cechę u
Rafaela całe życie. Jak śmiesz to kwestionować? – spytał
wstrząśnięty moją bezpośredniością.
–
Ona ma rację.
Obróciłam
głowę w stronę wejścia. Spencer stał opierając się o futrynę
drewnianych drzwi. Z głuchym stukotem butów podszedł w stronę
Toniego.
–
Woźniacki naprawdę nie
zachowuje się fair w stosunku do niej. I to od jakiegoś czasu. Nie
dziwię się,że Kinga w końcu nie wytrzymała.
– Takie sprawy załatwia się poza kortem – mruknął mierząc go wzrokiem.
– Takie sprawy załatwia się poza kortem – mruknął mierząc go wzrokiem.
–
Dokładnie – przytaknął
Spencer – Ale Dunka zdaje się tego nie wiedzieć.
–
Przyniosła nam wstyd – Bronił
się dalej Toni.
–
Komu?Mnie czy tobie? – Spencer
zachowywał stoicki spokój. Zamarłam widząc jak sprawnie żongluje
argumentami.
–
Tobie jako jej trenerowi też.
–
Nieprawda. Boisz się o własną
reputację. Co cię obchodzi co ona zrobiła?Uraziła tym twoją
godność? Najwyraźniej nie.
Oszołomiony
Toni wyminął go i z morderczym spojrzeniem opuścił szatnię.
Zamrugałam oczami upewniając się,że to co się wydarzyło nie
było jedynie wytworem mojej wyobraźni.
–
To było genialne – wydusiłam
w końcu.
–
Taaa,no cóż... – Spencer
najwyraźniej nie wiedział co powiedzieć. A to było nie do
pomyślenia biorąc pod uwagę jak sprawnie zmusił Toniego do
odwrotu. – Ktoś musiał coś zrobić.
–
Ale dlaczego akurat ty? Skąd
wiedziałeś?
Wzruszył
ramionami.
–
Tak myślałem,że po twoim
przedstawieniu będzie miał do ciebie pretensje. Czego nie mogę też
powiedzieć o sobie-spojrzał na mnie surowo,a ja w jednej chwili
poczułam się jak uczennica na dywaniku u dyrektora. – Nie zmienia
to jednak mojego stosunku do danej sytuacji.
–
Naprawdę uważasz,że
przyniosłam im wstyd? – spytałam ze smutkiem.
–
Nie. – zaprotestował
gwałtownie – Na pewno nie wstyd. Nazwałbym to bardziej buntem
przeciw ich poukładanemu życiu.
–
Ach tak. – pokiwałam głową
– O to chodzi.
–
Właśnie. A poza tym uznałem,że
przyda ci się ktoś kto pokaże temu zarozumialcowi jak cię
wychowywać – dodał wesoło.
Z
mojej piersi wyrwał się zduszony jęk.
–
Dziękuję. – Podeszłam
obejmując go. Odsunął się nieco zaskoczony nagłym przypływem
wdzięczności,ale po chwili odwzajemnił uścisk. – Za...wszystko.
Kiedy zdam sobie sprawę z tego,jak mało czasu nam zostało...
Łzy
napłynęły mi do oczu blokując gardło.
–
Cii-pogładził mnie delikatnie
po włosach – Wszystko będzie dobrze.
–
Nie będzie – załkałam –
On mnie nie cierpi. A po twoim wystąpieniu zapewne jeszcze bardziej.
A nowego trenera na horyzoncie nie widać.
Westchnął
ciężko i uniosłam głowę.
–
Co jeśli nigdy mi nie odpuści?
–
Odpuści. – zapewnił –
Mylisz się sądząc,że to co zrobiłem na niego nie wpłynęło.
Obserwuję go już jakiś czas i widzę,że to inteligentny człowiek.
Założę się,że to poważnie przemyśli.
Przemyśli
w jaki sposób najchętniej pozbyć się mnie z rodziny.
–
Dotknąłeś go do żywego. I ja
zresztą też.
–
Czasami właśnie tego potrzeba
by zmienić los. Szczerości. A jeśli to nie pomoże to...hmm...będę
cię dalej trenował.
–
Naprawdę?-moje oczy rozbłysły
z nadzieją.
Z
wahaniem skinął głową.
–
Tak.
–
Och dziękuję...
–
Pod warunkiem,że najpierw
spróbujesz z Tonim. – oznajmił stanowczo,ale w jego oczach
zamiast surowości dostrzegłam zmartwienie i tęsknotę.
I
wtedy do mnie dotarło jaką pieprzoną egoistką jestem wymagając
od niego takiego poświęcenia. Marina jest moją przyjaciółką i
potrzebuje go bardziej niż ja. Jakim prawem mogę odbierać dziecku
ojca?
Odetchnęłam
głęboko i odsunęłam się. Poprawiłam kosmyk włosów
wyślizgujący się z kucyka.
–
Dobrze. A co z Mariną?
–
Czuje się wspaniale. Jest...
–
Pytam co zrobiłaby
Marina,gdybyś zgodził się podążać za mną po całym świecie
ucząc mnie jak prawidłowo odbijać piłki a ona zostałaby w
Londynie wychowując dziecko. – przerwałam mu gwałtownie z trudem
łapiąc oddech.
Przełknął
ślinę i spojrzał na mnie z wyrzutem. Zanim zdążył coś
powiedzieć,dodałam:
–
Właśnie. Nie mogę jej tego
zrobić. – pokręciłam głową oddalając się o kilka kroków.
Nałożyłam bluzę na nagie ramiona i chwyciłam torbę z rakietami.
–
Jestem dorosła. Poradzę sobie
z jednym szalonym pięćdziesięciolatkiem. A Laura nie poradzi sobie
bez ojca – uśmiechnęłam się ironicznie i podeszłam do wyjścia.
–
Laura? – spytał marszcząc
brwi.
–
Marina chce tak nazwać waszą
córkę. – wyjaśniłam z niedowierzaniem – Nie wiedziałeś?
–
Ona ma milion pomysłów na
minutę – zaśmiał się – Jestem pewien,że masz nieaktualne
dane.
Zachichotałam.
Tak,ci dwoje zawsze potrafią poprawić mi humor.
Po raz kolejny przepraszam za małe przesunięcie,Sylwester,dzień po,no sami rozumiecie xD Poza tym,taka przeplatanka święta,dni robocze co chwilę też wszystko psuje.
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku kochani! :*
Gatique
Ach, widzę, że niezła wojenka między Kingą i Caro... A Toni niech nie będzie taki mądry, bo jego grzeczny Rafael załatwił, żeby niejaki sędzia Carlos Bernardes bodajże nigdy więcej nie sędziował jego meczów, bo mieli jakąś spinkę. Po prostu Kinga trochę niepotrzebnie zaczęła przy siatce. A nie zapomnę akcji z sędziną na Pucharze Hopmana w finale w tamtym roku (Polska - USA) w decydującym meczu w mikście. Cała czwórka podeszła do siatki się kłócić, potem wołali chyba supervisora, a Aga z Isnerem już się nabijali z sędziny ;D Różnie jest, rąk też sobie niektórzy nie podają (niedawno oglądałam takie zestawienie na YT ;).
OdpowiedzUsuńBrakowało mi w dzisiejszym rozdziale Rafy ;( Ale był Spencer. Faaajny jest gościu, byłoby smutno go żegnać...
Do następnego! ;*
Kindze miały prawo puścić nerwy, chociaż prawdę mówiąc, nie przepadam za takimi kłótniami z sędzią. Czasem zdarza się, że po challangu nawet jeśli piłka wydawała się być wygrywającą, to jest powtórka punktu i nie ma z tym jakiś większych problemów. Zdenerwował się kiedyś Djokovic bodajże w meczu z Tsongą, kiedy sytuacja była odwrotna - Francuz wziął challange, piłka była dobra i dostał punkt, mimo że Novak dobiegł i chyba nawet podbił ją rakietą. I jego łatwiej usprawiedliwić (bronię Djokovica, co się ze mną dzieje ). No to taka dygresja. Chociaż przeciwko Karolince... myślę, że np. w meczu z Agnieszką nie byłoby takiej sytuacji.:)
OdpowiedzUsuń