– No nie – westchnęłam –
Masz pecha.
Siedziałam z
Giselą-tradycyjnie-na lunchu w Starbuck's w samym sercu Melbourne i
popijałam sok z mango. Czasem źle się czułam będąc „tą
lepszą”. Moje drabinki wydawały się proste,a ja grałam dobrze.
Giseli brakowało jednak i tego o tego,więc w takie dni jak dziś
była kompletnie załamana.
– To nie pech –
zaprotestowała ponuro upijając łyk waniliowego latte. – Mój
tenis to sinusoida w dół.
– Może potrzeba ci świeżości?
– zasugerowałam – Kogoś nowego w teamie?
– Nie – pokręciła głową
– Mam wrażenie,że to przez Pico...
Zmarszczyłam brwi. Tak naprawdę
to było do przewidzenia. Nie wszystkie tenisistki potrafią pogodzić
życie osobiste z karierą. Ja miałam to szczęście,że się
udało,ale co z biedną Gi?
– Hmm...naprawdę tak sądzisz?
– odparłam ostrożnie.
– Właściwie to...jestem tego
pewna – Nachyliła się nad stołem. W jej oczach zabłysły łzy.
– Myślisz,że jak z nim skończę to będzie lepiej?
Parsknęłam śmiechem,a ona
popatrzyła na mnie ze złością.
– Przepraszam – wymamrotałam
– Ale to głupie pytanie. Oczywiście,że nie będzie ci lepiej.
Kochasz go. Jeśli go rzucisz,złamiesz serce wam obojgu. Chcesz
tego?
Przygryzła wargę kręcąc
głową.
– Nie. Ale nie chcę żeby
moja kariera dalej szła w tym kierunku.
– Podtrzymuję:potrzeba ci
świeżości. Zmień coś. Daj sobie więcej motywacji do gry.
– Lubię grać – Kręciła w
zamyśleniu szklanką między palcami. – I chcę to robić,ale...
- Ale? – uniosłam brwi.
– Ale bardziej zależy mi na
Juanie. – dokończyła ze smutkiem – A w obecnej sytuacji to
wybór między młotem a kowadłem.
– Ej,nieprawda. – Chwyciłam
ją za dłoń. – Spójrz na mnie. Udało mi się pogodzić nowy
związek,nowe miejsce i nowych ludzi z grą w tenisa. Może nie od
razu... – zawahałam się – Ale jednak. Potrzebujesz trochę
więcej czasu.
Zamilkła na chwilę
przetwarzając moje słowa.
– I sądzisz,że zmiana
trenera może mi pomóc?
– Och nie,nie to miałam na
myśli – zaprotestowałam gorączkowo. – Ale na przykład kogoś
dodatkowo? To daje bardzo dużo możliwości. Przemyśl to lepiej.
Wydęła usta.
– Musze pogadać z Juanem. I
to poważnie.
– Witamy na pokładzie –
uśmiechnęłam się i upiłam ostatni łyk soku. Gisela łypnęła
na mnie.
– Dlaczego tylko sok?
– Muszę nieco zmienić swoją
dietę pod kątem potencjalnej ciąży – wyjaśniłam – Jeść
inaczej niż do tej pory. A to wszystko co tu mają nie spełnia
wymagań.
– Właśnie,co z tym? –
Zabębniła paznokciami o blat wpatrując się we mnie przenikliwie.
– Teraz nic – wzruszyłam
ramionami – Nie mogę przecież zajść w ciążę podczas
turnieju. Chcę żeby to się stało w odpowiednim czasie.
– A jak...Rafa? – zawahała
się przez moment.
– Jak do tego podchodzi? To
jego pomysł. Pilnuje,żebym była zdrowa i zażywała leki. On sam
zresztą też o siebie dba. Czasem widzę,że bardzo mu zależy.
– Czasem? – zdziwiła się.
– Nie zawsze to po nim widać.
Kiedy gadamy o tym w większym gronie robi się...nerwowy. Znasz go.
Nie lubi takich tematów. A z drugiej strony cały czas dostaję od
niego sygnały jasno świadczące,że mnie kocha i chce już zostać
tatą.
– To dobrze – odetchnęła –
Ale wiesz o co mi chodzi,prawda?
Zmarszczyłam brwi. Niespokojny
wyraz jej twarzy szybko rozjaśnił mi myśli.
– Och,ona...Wydaje mi się,że
stara się być uprzejmy,to wszystko. Jest nowa,zagubiona. Chociaż
świetnie daje sobie radę-przyznałam z niechęcią na wspomnienie
wczorajszego incydentu.
Kiwnęła głową.
– A ona? Jak się zachowuje?
Poruszyłam się niespokojnie.
Rozmowa zbaczała z kursu.
– Hmm...
Gisela przewróciła oczami.
– Daj spokój,przecież
widzę,że cię to męczy. Miałam rację prawda?
– Poniekąd – przyznałam –
Emeline jest baaardzo uprzejma w kontaktach z moim mężem,że tak
się wyrażę. Czego nie mogę powiedzieć o sobie.
– Czyli jednak. Można się
było tego spodziewać – stwierdziła z tryumfalnym uśmiechem. –
Takie lalunie zwykle nie wróżą niczego dobrego.
– Być może – przyznałam.
– Ale na próżno się wysila. Cokolwiek sobie wymyśliła,nie uda
jej się to. Najlepiej będzie sprowadzić ją do parteru,żeby mogła
zająć się swoimi obowiązkami.
– Mam nadzieję,że się nie
mylisz-powiedziała-Ty i Rafael jesteście taką cudowną
parą...szkoda byłoby gdyby coś się zmieniło.
– Nie zmieni się –
zapewniłam – Przynajmniej w tym sensie.
Szczerze w to wierzyłam. Przez
dwa lata zdążyłam nabyć odporności psychicznej na podobne
zagrywki. Mogłam jedynie zgrzytać zębami i zaciskać zęby,a i tak
nie byłoby po co. Szkoda nerwów.
Kiedy wróciłam do hotelu,nie
znalazłam nikogo w apartamencie. Wzruszyłam ramionami. Pewnie
wybrali się na lunch do japońskiej knajpy. Weszłam do naszej
sypialni i odczytałam karteczkę leżącą krzywo na nocnej szafce.
„Najdroższa,
poszliśmy na lunch i krótki
spacer. Mam nadzieję,że wrócimy przed Tobą,ale dla pewności
zostawiam Ci tą kartkę. Będziemy o piątej.
Kocham cię!”
Uśmiechnęłam się pod nosem.
Zawsze musiał się troszczyć o wszystko i wszystkich. Nie miałam
do niego już żalu o te częste spotkania z rodziną. Nie
mieszkaliśmy już z nimi,a on ich potrzebował,można powiedzieć,że
ładował przy nich akumulatory. A i mnie przyda się trochę czasu
samej ze sobą.
Spojrzałam na telefon,który
dostałam od Rafy w zeszłym roku. Błękitna Nokia z hiszpańskim
numerem. Znak,że w pełni należę do tego kraju.
Telefon wyświetlał dopiero
kilka minut po piętnastej. Co robić do tego czasu?
Westchnęłam i z rezygnacją
opadłam na zaścielone czerwoną narzutą małżeńskie łóżko. Te
popołudnia bez gry były czasem takie nudne...
Może by tak wziąć dłuższą
kąpiel bez ryzyka,że ktoś mi niespodziewanie przeszkodzi?Tak,dobry
pomysł.
Odkręciłam kurek i z kranu
buchnęła para,a strużka wody spływała do wanny w podłodze.
Złapałam po drodze parę dżinsów i top w paski. Wanna
błyskawicznie napełniła się wodą,w której natychmiast się
pogrążyłam nie zważając na nieco zbyt wysoką temperaturę.
Odciąć się od świata i zniknąć na maleńką chwilkę...
Spłukałam z włosów odżywkę
i postawiłam krok na marmurowej posadzce. Wtedy moją uwagę
przykuła prostownica do włosów. Pewnie Maribel ją tu
zostawiła,gdy tamte łazienki były okupowane przez resztę.
A gdyby tak dla
odmiany...rozprostować włosy?
Rozszerzyłam oczy przetwarzając
nowy pomysł. Nie wydawał się zły,wręcz przeciwnie. Ciekawe co
powie Rafael? – pomyślałam.
Tak. Dziś wieczorem czas trochę
się zmienić.
Złapałam suszarkę ,a gdy
osuszyłam włosy,zaczęłam przeciągać kolejne pasma pod
prostownicą. Nie lubiłam tego robić. Za każdym razem mam
wrażenie,jakby płonęły mi włosy.
Spojrzałam w lustro i
przechyliłam głowę. Kobieta w lustrze w niczym nie przypominała
Kingi,którą byłam. Ta była jakaś...obca,ale jednocześnie
nieziemsko seksowna. Budziła wewnętrzny niepokój,ale nie
wiedziałam dlaczego.
Wyszłam z łazienki próbując
uporządkować refleksje o nowym wyglądzie,ale nie chciał mi dać
spokoju. Czułam się jakbym weszła w czyjąś skórę.
Postanowiłam zabić resztę
czasu czytaniem książki,ale gdy tylko wzięłam ją do ręki
usłyszałam huk drzwi od tarasu w pokoju Maribel. Serce zabiło mi
szybciej. Ktoś się włamał,czy po prostu przeciąg?
Z bijącym sercem ruszyłam do
jej pokoju znajdującego się naprzeciwko naszego. Ostrożnie
uchyliłam drzwi.
Emeline odwróciła się
gwałtownie w moją stronę i rozszerzyła ze zdumienia oczy,po czym
wstała i podeszła bliżej. Lustrowała mnie wzrokiem od stóp do
głów.
Odruchowo zaczęłam się
poprawiać i zesztywniałam,gdy zdałam sobie sprawę,dlaczego tak
się na mnie gapi.
Gdybym miała jeszcze
grzywkę...
Uśmiechnęła się wolno
rozciągając różowe usta na całą szerokość.
– Co ty tu robisz? –
spytałam słabo zanim zdążyła się odezwać. Nagle poczułam się
bezbronna.
– Paliłam – wzruszyła
beztrosko ramionami i ruszyła z powrotem do drzwi na taras
postukując obcasami.
– Paliłaś? – powtórzyłam
ze zdziwieniem – To ty palisz?
– Rafael ci nie powiedział? –
spytała niewinnie,ale bez cienia ironii,czy chociażby satysfakcji.
– Och.
Uniosłam podbródek. Nie dam
się sprowokować.
– Mamy dużo ważniejsze
sprawy na głowie – odparłam pewniejszym głosem.
– Nie wątpię – mruknęła
przysiadając swobodnie na łóżku Maribel.
– Nie powinno cię tu być –
stwierdziłam.
– Zaraz stąd pójdę. –
skinęła głową – Mówiłam,że przyszłam tylko zapalić.
– Dlaczego nie jesteś z
resztą? – spytałam krzyżując ręce na piersi i natychmiast tego
pożałowałam. Zabrzmiało to tak,jakbym chciała by była z nimi
zamiast mnie.
Ponownie wzruszyła ramionami.
– Jakoś nie miałam ochoty.
Uniosłam brwi. Czułam,że
Emeline ma nade mną psychiczną przewagę,chociaż zazwyczaj to ja
uchodzę za silną osobowość. Była tak pewna siebie,że aż to
bolało. W niczym nie przypominała tej nieśmiałej dziewczyny z
pierwszego dnia. Przeciwnie,zachowywała się jakby była tu przede
mną.
– Nie odnajdujesz się tu –
Bardziej stwierdziłam niż zapytałam chcąc przekonać samą
siebie.
Przechyliła głowę i
rozszerzyła oczy.
– Nie – przyznała ku mojemu
zdumieniu przygryzając wargę.
Poczułam przypływ współczucia.
Nie dziwię się,że czuje się odrzucona. Gdyby nie miłość jaką
obdarzył mnie Rafael,czułabym się podobnie.
Przez pierwszych kilka dni
wakacji. Potem sprawy zaczęły toczyć się swoim rytmem.
Ale ona niespecjalnie musiała
znać ten patent.
Skinęłam głową.
– Rozumiem. To musi być
trudne.
Przymrużyła oczy i wstała.
– Jak cholera. Zawsze kiedy
zostawiasz za sobą przeszłość musisz liczyć się z powrotem
wspomnień.
Co ona ukrywa?
Otworzyła drzwi na taras i
wyszła. Usłyszałam odgłos zapalniczki i po chwili zobaczyłam jak
wypuszcza strużkę dymu.
Nie wiedziałam za bardzo czy ją
zostawić,czy podejść. Emeline odezwała się jednak pierwsza
zmuszając do szybszego podjęcia decyzji.
– Nie chcę być twoim wrogiem
– wypaliła zaciągając się.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
Stałam więc pośrodku pokoju i patrzyłam na nią zdezorientowana.
– Ja tylko...staram się
odnaleźć – dodała widząc moje wahanie.
– Nie uda ci się to,jeśli
będziesz mnie traktować tak jak teraz.
– Niby jak? – zamrugała
oczyma pod firanką pociągniętych maskarą gęstych rzęs.
– Pogardliwie. Bez szacunku.
Nie zapominaj,że pracujesz też dla mnie i że ja też jestem
członkiem tej rodziny. Jeśli chcesz do niej wejść musisz
zaakceptować pewne reguły. Szacunek to pierwsza z nich. –
powiedziałam chłodno.
– W porządku – odparła
strzepując popiół do małej popielniczki. – Ale wierz mi:inaczej
traktuję ludzi,których nie darzę szacunkiem.
– Świetnie – stwierdziłam
z ironią.
– Świetnie – przytaknęła.
Wtedy byłam pewna;nie pozwolę
jej wejść do mojej rodziny chociażbym sama miała z niej odejść.
Ta kobieta była jak huragan:lekki wietrzyk szarpiący
powietrze,którym oddycham,z czasem przybierający na sile próbując
odebrać mi dech Jednakże ewidentnie niepewnie stąpała po kruchym
lodzie. Nawet się nie zorientuje kiedy tafla zacznie pękać
ściągając ją do lodowatej wody. Właściwie to już zaczęła
biorąc pod uwagę to,że odsłoniła przede mną kawałek duszy. Bez
wątpienia jej życiorys nie rysował się zbyt kolorowo.
Na dole trzasnęły drzwi.
– Wynoś się stąd! –
syknęłam w jej stronę.
Spokojnie zgasiła papierosa i
zeszła z tarasu.
– Kinga? – usłyszałam na
dole głos Rafy.
– Jestem na górze! –
odkrzyknęłam.
Doszłam do wniosku,że lepiej
będzie zejść na dół. W razie czego Emeline odpowiada sama za
siebie.
Kiedy mnie zobaczył,zamrugał
szybko oczyma. Uśmiechnęłam się niepewnie.
– Cześć. Jak tam lunch?
– W porządku – skinął
głową nie spuszczając ze mnie wzroku. – Zmieniłaś fryzurę.
– Owszem – przytaknęłam.
– Na zawsze? – spytał ze
smutkiem.
– Nie głuptasie – zaśmiałam
się – Tylko je wyprostowałam.
– To dobrze – odetchnął –
Bo uwielbiam twoje fale,a w tych wyglądasz całkiem jak...
– Ja.
Spojrzałam w górę. Emeline
stała na szczycie schodów z ręką na biodrze i uśmiechem modelki.
Wolnym krokiem ruszyła na dół.
– Właśnie. Poślubiłem
ciebie,nie Emeline – mrugnął do mnie,a ja stanęłam jak wryta.
Wprawdzie to był żart,ale nie spodobało mi się porównanie.
Emeline przykleiła do twarzy
uśmiech i stanęła obok mnie. Zmierzyłam ją chłodnym
spojrzeniem.
– Hej. Jak tam lunch? –
spytała ignorując mnie.
I kto tu kogo udaje –
pomyślałam ze złością.
– Dobrze. Jestem trochę
zmęczony. Emeline,pościgasz się z nami na konsoli?
– Avec plaisir.* – odparła
z uśmiechem.
– Fajnie. Kinga idziesz?
– Za chwilę. – odparłam
odwracając się na pięcie i ruszyłam pędem do łazienki by zmyć
z głowy nieudany eksperyment
* (franc.) Z przyjemnością.
Zerknijcie na tą liczbę w prawym górnym rogu. Tak,wiele mówi. Dziękuję. Bardzo dziękuję <3
Cóż,nie wiem co jeszcze dodać,więc miłego weekendu życzę :*
xoxo
Zerknijcie na tą liczbę w prawym górnym rogu. Tak,wiele mówi. Dziękuję. Bardzo dziękuję <3
Cóż,nie wiem co jeszcze dodać,więc miłego weekendu życzę :*
xoxo
Można zauważyć w tej trzeciej części, że zmienił Ci się (na lepsze) styl w trakcie pisania jednego opowiadania :)
OdpowiedzUsuńNa razie ta wojenka na linii Kinga - Emeline to tylko takie podchody i uszczypliwości. Potem pewnie będzie gorzej, jak Cię znam, wiedźmo :D
Jak miło mieć wolny dzień otrzymany z góry od miłosiernego dyrektora szkoły... :D Również miłego weekendu życzę, który dla mnie się już szczęśliwie zaczął wczoraj po południu ;) Do następnego! :*