Tej nocy
nie spałam prawie w ogóle i dlatego też nad ranem treningowe
przyzwyczajenie spało razem ze mną. A właściwie z nami. Rafa też
był zbyt wycieńczony,by jego organizm mógł o nim pamiętać. Ja
jednak gdy już się obudzę to spać nie mogę. O dziewiątej
wstałam starając się nie budzić mojego narzeczonego i narzucając
szlafrok na nagie ramiona ruszyłam na dół po śniadanie. Nie
przejmowałam się tym,że szlafrok nie jest zbyt odpowiednim
strojem. Miałam czasami prawo pogwiazdorzyć. Byle tylko nie za
często,bo Toni gotów mnie zabić w każdej chwili.
Wzięłam
na tacę kilka rogalików,sok pomarańczowy,kawę i jogurt cytrynowy
dla siebie,oraz truskawkowy dla Rafy po czym udałam się ze
wszystkim na górę. Zapach kawy i świeżych rogalków działał na
mój żołądek jak płachta na byka i dlatego postanowiłam szybko
go rozbudzić. No i Rafę przy okazji.
Obrócił
się na drugi bok,szczelnie opatulony kołdrą. Zachichotałam i
odstawiłam tacę na stolik. Kubełek z szampanem wciąż tam stał,a
na podłodze pełno było nieco przywiędłych już płatków róż.
– Dzień
dobry kochanie – zaświergotałam słodko nachylając się nad
śpiącym mężczyzną – Pora już wstawać.
Mruknął
coś tylko i strącił moja rękę . Potrząsnęłam więc lekko jego
ramieniem.
– Rafael
skarbie,obudź się – mówiłam.
W końcu
odwrócił się w moją stronę i otworzył oczy,chociaż nie całkiem
jeszcze kontaktował.
– Co się
stało? – spytał sennie.
– Późno
już,czas wstawać na trening.
– Co?! –
krzyknął przerażony i momentalnie się poderwał.
Zachichotałam
na widok jego reakcji. To był dobry pomysł.
–
Żartowałam. Jesteśmy w
Krakowie,pamiętasz?
–
Ach,tak-mruknął i położył
się na wznak – Kinga,po co mnie budzisz tak wcześnie?
–
Przyniosłam śniadanie –
wzięłam tace do ręki i położyłam mu na brzuchu. – Proszę.
Smacznego.
–
Kawa? – skrzywił się – Od
kiedy pijemy kawę?
-Dzisiaj
się napijemy. Nikt nam nie zabroni.
Wzruszył
tylko ramionami i zabrał się do jedzenia. Dziwnie było jeść
śniadanie nago w łóżku,dlatego gdy tylko skończyliśmy,wsunęłam
się z powrotem pod kołdrę. Uniosłam rękę i popatrzyłam na
pierścionek zaręczynowy na moim serdecznym palcu. Uśmiechnęłam
się na wspomnienie wczorajszego wieczora i tego,jak bardzo się
pomyliłam.
–
Dobrze,że ci się podoba –
napomknął Rafael gdy zobaczył,że podziwiam prezent od niego. –
Nie mogłem się zdecydować. Maribel pomagała mi wybierać.
–
Ma dobry gust – przyznałam –
Jest cudowny,nie mogę się doczekać by wszystkim go pokazać!
Rafael
zasmucił się lekko i objął mnie ramieniem.
–
A co z twoimi rodzicami?Jak
myślisz,co powiedzą na to,że ich córka wychodzi za mąż?
–
Zapewne się ucieszą –
skłamałam. Na pewno mieliby milion wątpliwości. – Każda matka
chce by jej córka wyszła za mąż,prawda?
–
Ja tam nie wiem – skapitulował
– Moja mama jakoś nie naciska na Maribel. Za to na mnie...
–
Mama kazała ci się ożenić? –
uniosłam głowę i zaśmiałam się. To w sumie by pasowało.
–
Tak wprost to nie,ale wciąż
powtarza jak bardzo cię lubi i że chciałaby cię mieć jako
synową.
–
No to będzie miała –
skwitowałam – Pytanie tylko kiedy?
–
Oj,proszę cię,nie myślmy o
tym jeszcze – machnął ręką zniecierpliwiony – Na razie
cieszmy się sobą dobrze?I skupmy się na tenisie.
Pokiwałam
potulnie głową. Trochę zaniepokoiło mnie podejście z jakim
podchodził do sprawy naszego ślubu,ale na razie się tym nie
przejmowałam. Dla mnie samej była to świeża sprawa i musiałam
przywyknąć do faktu,że niedługo zostanę mężatką,więc nie
dziwiłam się jemu,facetowi z krwi i kości. Oni zawsze podchodzą
do małżeństwa dosyć sceptycznie,bynajmniej w Polsce. Z moim byłym
chłopakiem byłam związana od przeszło pięciu lat,ale przez cały
nasz związek ani razu nie wspomniał o ślubie,czy nawet
zaręczynach. A teraz proszę,półtorej roku i trzeba zamawiać u
Mariny suknię ślubną.
Hiszpanie
to jednak mają tempo.
–
Będziemy mieli teraz gorący
okres – westchnął ciężko Rafael.
–
Dlaczego?
–
No bo spójrz:teraz
odpoczywamy,ale później Us Open Series:dwa duże turnieje pod rząd
i Us Open. W międzyczasie może jeszcze jakiś mniejszy...
–
Ja mam Stanford – wtrąciłam
wzdychając. – To już w przyszłym tygodniu.
–
No właśnie. Wszystko to te
cholerne twarde korty. Dużo pracy przed nami.
–
Oj tak
Pomyślałam
o treningach z Tonim na hardzie i niemal się przeraziłam. Skoro
daje mi taki wycisk na mojej ulubionej mączce,to co będzie,gdy
przyjdzie czas na beton?Chyba zabije mnie pierwszą lepszą
piłeczką...Ale zaraz,przecież miałam sprawdzić oferty innych
trenerów.
–
A właśnie,będę musiała
wylecieć wcześniej na treningi do Anglii. Spencer ma więcej
twardych kortów w swojej akademii niż my na całej Majorce. –
oznajmiłam – Co będziesz robił przez ten czas?
–
Trenował z Tonim oczywiście –
odrzekł poważnie,jakby został zaprogramowany na taką odpowiedź.
–
A nie chcesz lecieć ze mną? –
zasugerowałam delikatnie. Dobrze by mu zrobiło wyrwanie się z
żelaznego ucisku Toniego.
–
Nie kochanie. Ja mam swojego
trenera od tylu lat...nie chcę tego zmieniać.
–
Ja nie mówię,żebyś zmienił.
Po prostu może przyda ci się urozmaicenie.
–
Nie,dziękuję. Dam sobie radę.
Cmoknął
mnie w policzek na uspokojenie.
–
Jak chcesz – mruknęłam tylko
nieco zirytowana.
–
Ale tobie to się przyda jak
najbardziej – dodał szybko widząc,że markotnieję. – Ciesz się
treningami ze Spencerem póki możesz. Potem będzie ci go brakowało.
Jak
cholera. I jego i Mariny. Oboje byli ze mną przez tyle czasu,że są
mi bliżsi nawet niż rodzice. Nie przesadzam. Kto stoi za moimi
sukcesami? Spencer. A kto zawsze należycie je celebruje?Marina.
Koło
się domyka. A niedługo zamknie się na zawsze i zostanę sama
pozostawiona na pastwę losu z masochistycznym trenerem i jego
bratankiem,który mimo swoich uczuć w tej materii na pewno mi nie
pomoże. Chyba,że do tej pory któryś z potencjalnych trenerów
wyrazi chęć współpracy.
–
Zgoda. Będzie jak chcesz –
skapitulowałam i wysunęłam się z jego uścisku wstając z łóżka.
–
Uraziłem cię czymś? –
spytał zdezorientowany Rafael.
– Nie skarbie. Spójrz na
zegarek. Późno już.
Nachyliłam
się nad bagażem w poszukiwaniu czegoś do ubrania. Odrobinę się
krępowałam,bo wciąż byłam całkiem naga i nawet świadomość,że
Rafael zna moje ciało jak własną rakietę nie dodawała mi
pewności siebie.
Za
oknem świeciło słońce,ale wiatr szarpał gałęziami drzew
zwiastując nieco chłodniejszy dzień. Zabrałam więc do łazienki
luźny niebieski sweterek,białe dżinsy i bieliznę.
Zaczynało
mi się powoli tutaj nudzić. Owszem,to mój kraj,mój dom,ale przez
te kilka miesięcy przywiązałam się do Majorki jak ekolog do
drzewa. Zwyczajnie za nią tęskniłam. Tęskniłam za domem. Za
słońcem,plażami,piaskiem,morzem,ale przede wszystkim za tym co tam
zostawiłam-wspomnienia,które tam mieszkają są dla mnie bezcenne.
Umyłam
zęby i twarz. Skrzywiłam się widząc sztywną masę,jaką zostawił
zamiast włosów lakier. Nienawidziłam go używać,ale niekiedy
musiałam. Że też Rafael nie zdążył go porządnie rozczesać...
No
nic. Trzeba umyć. Westchnęłam i odkręciłam wodę pod
prysznicem,po czym weszłam do kabiny. Ustawiłam głowicę na tzw.
„deszczówkę” i stałam czując jak ciepła woda spływa mi po
plecach,włosach i twarzy. Jak prawdziwy letni,majorkański deszcz.
W
międzyczasie myślałam o tym,co się wydarzyło. W ciągu niespełna
dwudziestu czterech godzin moje życie obróciło się o trzysta
sześćdziesiąt stopni,chociaż wydawało się,że zmierza ku
zagładzie. Jakże głupi jest ludzki umysł w porównaniu z
przeznaczeniem...
Naprawdę
było mi wstyd za moje podejrzenia,ale kiedy zamykałam oczy i im
dłużej myślałam,tym bardziej odnosiłam wrażenie,że wstyd
spływa razem z mydlinami. Każdy ma przecież prawo do
błędu,nieważne jak byłby on duży.
Wzdrygnęłam
się lekko,gdy usłyszałam szmer otwieranej kabiny.
No
i nici z mycia włosów.
*
Jak
się okazało,dwa dni później zostałam w Krakowie sama. No może
nie całkiem. Okazało się,że Tomeu wraz z Rafaelem wybierali się
na urodziny do jakiegoś przyjaciela i mój kochany musiał wrócić.
Zostawił mnie jednak pod opieką Agi. I,jak się okazało to właśnie
dlatego tak często ze sobą korespondowali. On jest taki kochany,a
mnie jest tak wstyd,że dałam się nabrać na jakieś głupie
buziaki w SMS-ie. Ale przynajmniej mogłam się w końcu porządnie
wyspać.
Po
południu umówiłam się z Agą na kawę w jej ulubionej kawiarni
blisko rynku. Jak sama twierdziła była mała i kameralna i podawali
w niej pyszne ciasto,więc akurat w sam raz.
–
Tak mi głupio,że podejrzewałam
was o romans – przyznałam się ze wstydem po raz chyba setny.
Aga
tylko się zaśmiała i machnęła ręką.
–
Daj sobie spokój,było minęło.
Ale wiesz,że to nawet śmieszne?Ja i on...
Zmarszczyłam
gniewnie brwi.
–
To znaczy jest przystojny i w
ogóle... – zreflektowała się szybko – Ale ten związek byłby
bez szans. Jak niby mielibyśmy gadać? On ledwo mówi po angielsku,a
ja może znam ze dwa słowa po hiszpańsku.
–
No wiem – westchnęłam
obracając filiżankę w dłoniach – Tyle razy sobie obiecywałam,że
trochę go podszkolę,ale jakoś nigdy nie ma czasu,albo zapominam.
–
Musisz coś z tym zrobić –
stwierdziła.
–
Wyobrażasz sobie tłumaczenie
innego języka w jeszcze innym?Patologia – skwitowałam upijając
łyk bezkofeinowego frappucino.
– Na pewno nie będzie tak źle...
– Na pewno nie będzie tak źle...
–
Oby. Bo jeśli tak to chyba się
załamię. Dobrze,że przynajmniej z tobą mogę porozmawiać w
ojczystym języku. Nawet nie wiem kiedy go ostatnio używałam
inaczej niż do zamawiania w restauracjach.
–
Ale poza tym to chyba ci tam
dobrze co?-spytała odkrawając kawałek ze swojego makowego tortu.
–
Jest świetnie naprawdę. Ale
brakuje mi własnego języka.
–
A rodziców nie? – zdziwiła
się
Westchnęłam.
–
Szczerze mówiąc to cieszę
się,że już tam nie mieszkam. Ciągle się kłócą.
A
że właśnie przeze mnie to już nie ważne...
–
Wiem o czym mówisz – spuściła
smętnie wzrok – Teraz w Paryżu przegrałam między innymi przez
ojca i tę jego nową wywłokę.
Skrzywiła
się ostentacyjnie.
–
Koszmar – stwierdziła i
ponownie zatopiła widelczyk w torcie.
Poczułam
ukłucie w sercu. Mam nadzieję,że mój ojciec czegoś takiego się
nie dopuści. Chybabym go zabiła. Za siebie i za mamę.
Odchrząknęłam
tylko i poruszyłam się na krześle. Aga nagle uśmiechnęła się
szeroko.
–
Ej,właściwie to nie widziałam
twojego pierścionka. Dawaj go tu!
Podsunęłam
jej lewą dłoń. Aga dotknęła go lekko.
–
Śliczny – powiedziała w
końcu – Naprawdę. Musi mu na tobie bardzo zależeć.
–
Mam nadzieję – zaśmiałam
się krótko. – W końcu będziemy mogli zacząć żyć jak
normalna para. Razem,bez rodziców,bez ograniczeń....bez Caroline.
Agnieszka
machnęła ręką,ale uśmiechnęła się porozumiewawczo.
–
O nią bym się nie martwiła.
–
Jak to? – spytałam swobodnie
popijając kawę.
–
Ma chłopaka. Nie słyszałaś?
Mało
brakowało,a media miałyby na okładkach moje zdjęcie z kawą na
spodniach. Że co?!
–
Przepraszam,powtórz-wymamrotałam
–
No,nasza
Karolina ma nowego chłopaka. Rory McIlroy
.Kojarzysz?
Potrząsnęłam
głową.
– Uff,czyli
nie jestem jedyna – westchnęła – No w każdym razie to właśnie
on. Golfista. Chodzą ze sobą już dwa miesiące.
– Skąd
ona go wytrzasnęła?
Isia
wzruszyła ramionami.
– A
bo ja wiem? Za nią nie nadążysz.
Uniosłam
brwi. Czyżby koniec wielkiej przyjaźni?
– Pokłóciłyście
się?
– Nie,ale
trochę zaczyna mnie denerwować – przyznała.
– Witaj
w moim świecie – mruknęłam.
– No
bo zachowuje się jak nie wiadomo kto. Robi z siebie idiotkę prawie
za każdym razem. Słyszałaś bajeczkę o kangurze?
Pokiwałam
głową.
Otóż
w Australii,podczas AO,Caroline opowiedziała złaknionym sensacji
dziennikarzom,że kiedy była w zoo ugryzł ją kangur. Oczywiście
wszyscy od razu zaczęli o tym pisać,a ona nieświadoma wydźwięku
swojego "dobrego żartu" musiała robić sprostowanie. No.
I tak skończyła się błyskotliwa kariera kabaretowa Woźniackiej.
– No
właśnie – westchnęła – A teraz jest tylko gorzej...
– A
było lepiej? – nie mogłam się powstrzymać.
– Przestań
– zganiła mnie – Nie zawsze taka była.
– Dla
ciebie może nie – zgodziłam się – Ale uwierz mi,że wiem co
mówię.
– No
w sumie to nieźle dała ci w kość z tym donosem do mediów –
przyznała Aga dopijając swoją kawę.
– I
to jeszcze jak. Przez nią niemalże straciłam Rafaela...ale było
minęło,teraz jest dwa razy lepiej niż było.
– Co
masz na myśli? – uśmiechnęła się dwuznacznie.
Lekko
się zarumieniłam,ale trzymałam pozory niewzruszonej.
– Naprawdę
mam wdawać się w szczegóły?
– Niech
pomyślę...tak!
– O
masz...tutaj?-rozejrzałam się dookoła. Zdawało mi się,że ludzi
wokoło tylko czyhają na jakąś pikantną ploteczkę.
-A
czemu nie?-wzruszyła ramionami.-Zdradź mi jakiś szczegół z tego
twojego niebiańskiego życia erotycznego.
Po
chwili Agnieszka ryknęła śmiechem.
– Chodźmy
już,co?Robi się zimno.
– Ach
tak,racja. Zupełnie zapomniałam,że mam trening wieczorem. –
pacnęła się w czoło
– Czemu
wieczorem? – zdziwiłam się. Spencer zawsze robił treningi po
południu albo rano. Toni zreszą też. Ale wieczór?Wieczorem trzeba
się bawić,albo odpoczywać.
– Próbuję
dzisiaj z Tomkiem – wyjaśniła narzucając płaszcz na ramiona.
– Co
takiego? – uniosłam brew prowokująco
– Szesnaście
stron kamasutry – odparła zgryźliwie. Tym razem to ja się
roześmiałam. – Zastanawiam się,czy nie lepiej będzie odpocząć
trochę od ojca. W sensie tenisa.
– Dobry
pomysł – pochwaliłam – Nie chcesz chyba być jak Karolinka?
– A
idź mi z nią – wzdrygnęła się.
– Moja
dziewczyna – poklepałam ją po ramieniu uśmiechem.
Odprowadziła
mnie pod sam hotel akurat jak zaczęło się ściemniać,bo
zrobiłyśmy sobie jeszcze krótki spacer po rynku. Oczywiście Tomek
na pewno nie będzie zadowolony ze spóźnienia Agi,ale co tam. Nie
mój problem.
W
recepcji zaproponowano mi kolację,ale zrezygnowałam. Nie byłam
głodna,a kawa i ciastko skutecznie uśpiły mój żołądek. Miałam
więc trochę czasu dla siebie.
A
jako,że nie miałam nic do roboty w ten wieczór,postanowiłam się
wybrać na hotelowe jacuzzi i saunę. Nie wzięłam tylko stroju
kąpielowego,ale to nic. Przyzwyczaiłam się już do nagości. Pech
chciał,że akurat gdy wychodziłam zadzwonił telefon.
– Halo?
– rzuciłam nie zerkając na wyświetlacz będąc zajętą
szukaniem balsamu do ciała.
– Hej
kochanie – usłyszałam przytłumiony głos Rafaela – Jak tam?
– W
porządku. Byłam z Agą w mieście,a teraz idę do sauny. Powiedz
lepiej jak tam impreza?
– Eee,impreza
jak impreza – odparł nieco znudzony – W sumie to wolałbym
zostać z tobą.
– Nie
możesz zaniedbywać kolegów przeze mnie – skarciłam go. W sumie
to była prawda,ale potrzebowałam też nieco spokoju.
–Wiem,ale
tu naprawdę jest nudno. A Juan to nie mój kolega,tylko kolega
Tomeu.
– Przeżyjesz.
Wypij coś mocniejszego to ci przejdzie – poradziłam.
– Mocniejszego?
– No
tak. Nie mają wódki,albo chociażby piwa?
– Nie
– westchnął – Tylko wino.
-Łeee.
Do wesela musisz nauczyć się porządnie pić. – zarządziłam –
Nie chcę,żebyś mi się wyłożył po dwóch kieliszkach czystej.
– Powiedziała
kobieta,która prawie leży po trzech kieliszkach szampana –
odgryzł się.
– Nie
przesadzaj. Jestem Polką,mam picie we krwi. Wy Iberyjczycy pić nie
umiecie.
– Się
okaże – odparł pewnie – Udowodnię ci to dzisiaj.
– Taa?A
niby jak,skoro jesteśmy w dwóch różnych krajach?
– Tomeu
świadkiem. Muszę kończyć. Na razie.
-Pa.
Jak
on umie pić to ja jestem matka Teresa z Kalkuty. Trochę się
boję,że jednak przesadzi,ale w końcu jest dużym chłopcem. Nie
mogę go trzymać za rączkę całe życie.
No
nic. Spakowałam ręczniki i udałam się na zamówione zabiegi. W
jacuzzi myślałam o Adze i jej próbie zmiany trenera. Wszyscy
dookoła stosują jakieś zmiany. Lepsze,gorsze,wszystko jedno.
Próbują coś zmieniać i się nie boją. Czemu ja miałabym się
bać?No,poza tym,że mój przyszły trener jest kortowym masochistą
a przyszłego męża na turniej pakuje mama.
Pełen
luz.
Gdy
dostatecznie już się napociłam i wymoczyłam,wróciłam do
apartamentu i wzięłam prysznic. Krótki,bo przecież moczyłam się
w jacuzzi,ale wystarczający by zmyć z siebie chlor.
I
już kiedy miałam się kłaść do łóżka,telefon ponownie się
rozdzwonił. Jeśli to dzwonił mój mocno wstawiony narzeczony...
– Kinga?Blin,czemu
nie odbierasz telefonu?Dzwoniłam chyba z pięćdziesiąt razy!
– Izvinite
Marino,szykowałam
się na saunę i jacuzzi. Mów natychmiast co u was? Jak się
czujesz?
–
Dzisiaj całkiem
dobrze,nareszcie. Wczoraj wymiotowałam przez pół dnia,a potem
Spencer nie nadążał z kupowaniem lodów i czekolady...mówię
ci,bycie w ciąży jest strasznie dziwaczne.
Wyobraziłam
sobie mojego poważnego trenera latającego szaleńczo do sklepu po
lody i czekoladę.
Kabaret
roku.
–
Biedny Spencer. Jak to znosi?
–
Cóż,nie ma wyjścia. Rano
wychodzi do szkoły,a jak wraca to ma mnie na głowie. Nie wiem w
sumie co dla niego gorsze. No ale mów jak tam podróż przedślubna?
–
Wspaniale,tylko,że Rafa
aktualnie baw się na imprezie,a ja siedzę sama w Krakowie. Ale luz.
Pozwalam mu na to. Szczerze mówiąc to miałam go trochę dość.
–
No to wróżę ci udane pożycie
małżeńskie – skwitowała.
–
Nie jest tak źle,tylko jestem
troszkę...obolała,jeśli wiesz o co mi chodzi.
Zaśmiała
się podobnie jak i Agnieszka. Dorosłe kobiety,a na seks reagują
jak dzieci. No,Marinie to jeszcze można wybaczyć ze względu na jej
stan,ale Aga?
–
Tak wiem. No to faktycznie
odpocznij.
–
Mnie nic nie będzie. Ty musisz
być zdrowa,żeby z nami jeździć. Brakuje mi ciebie.
–
Wiem,mnie ciebie też –
westchnęła – Ale widzimy się niedługo,nie?
–
Pewnie. Przyjadę trenować.
–
No to super. Muszę lecieć,bo
po raz kolejny chce mi się sikać. Gorzej niż po piwie. Ta ciąża
mnie wykończy... No,na razie!
Biedna
Marina. Biedny Spencer,że ma ją na głowie. No ale sam sobie jest
winien jakby nie patrzeć. Przynajmniej ode mnie ma urlop.
Nie
zdążyłam nawet odłożyć telefonu na miejsce,gdy znów zadzwonił.
–
Cholera,co to jest?Dzień
telefonu do przyjaciela? – mruknęłam odbierając.
–
Ciebie porwali w tym Krakowie
czy co?Dlaczego się nie odzywasz? – obruszyła się natychmiast
Gisela gdy tylko odebrałam.
Przewróciłam
oczami powtarzając tą samą gadkę o usługach SPA,co Marinie.
–
No,wszystko
jedno-stwierdziła,gdy skończyłam. – Mogłaś zadzwonić
wcześniej.
–
Uwierz mi,że nie było kiedy...
–
Czyżbyś była zajęta
śledzeniem swojego niewiernego faceta? – spytała z przekąsem.
–
A nie – odparłam dumnie –
Wręcz przeciwnie. My...
–
Oświadczył ci się –
przerwała mi.
–
Skąd wiedziałaś? –
zdziwiłam się.
–
Wiedziałam od początku –
przyznała – I dlatego tak skutecznie chciałam ci wybić z głowy
ten pomysł,ale byłaś nieugięta.
–
Dziwisz się?
–
Nie,ale przyznasz,że to
śmieszne.
–
Dobra,dobra wiem –
zniecierpliwiłam się – Teraz. Ale wtedy tak niewinnie to nie
wyglądało.
–
Jasne...Jesteś przewrażliwiona
i tyle.
–
A ty byś nie była,gdyby na
przykład Zaira chciała wrócić do Juana?! – wybuchnęłam.
–
Byłabym – odparła spokojnie.
– Ale mu ufam.
–
Jesteście ze sobą trzy
miesiące...
–
A wy niecały rok. Też niewiele
więcej.
Jak
widać nie byłam dziś w nastroju do kłótni,toteż szybko
odpuściłam.
–
Spokój – ucięłam –
Powiedz mi lepiej jak tam Pico?
–
W porządku – odparła
zachowując spokój,ale w jej głosie było słychać lekkie
rozmarzenie. – Jest cudowny. I wiesz,jedziemy na wakacje na
Lazurowe Wybrzeże! Nie mogę się doczekać!
–
Kiedy?
–
Już jutro.
–
O! – szczerze się zdziwiłam.
Mogłam jednak częściej do nie dzwonić – No to szczęśliwej
podróży. Pozdrów Pico od nas.
–
Przekażę. Do zobaczenia w
Stanach!
No
w końcu trochę spokoju. Usiadłam na łóżku i odetchnęłam.
Co
to ja miałam?
Ach
tak. Lepiej pójdę do tej sauny,bo jeszcze wyrzucą mnie z hotelu
pod pretekstem gwiazdorzenia. A tego raczej nikt z nas by nie
chciał.
Pożyczyłam sobie Agę od szalonej,a co ! :D
No dobra,troszkę narzekania na Karolinkę było,ale to nic.
Mam do Was pytanie,bo wiem,że pisanie komentarzy sprawia problem. Włączyłam moderację i w związku z tym chcę zapytać,czy wciąż macie jakąś weryfikację przy wpisywaniu lub cokolwiek co sprawiało problem. Oczywiście poproszę też o opinię nt.rozdziału xD
Pozdrowienia!
Gatique.
P.S Już ponad 4000 wyświetleń,baaardzo dziękuję <3
Pozdrowienia!
Gatique.
P.S Już ponad 4000 wyświetleń,baaardzo dziękuję <3
A pożyczaj se Agę do woli ;D Jak się tak rozejrzeć, to można sporo ciekawych rzeczy o Aguni wyczytać i przemycić do opowiadania, co zamierzam czynić... także mieszcząc tam jakoś Wiktorowskiego ;)
OdpowiedzUsuńJuż od jakiegoś czasu po skomentowaniu nie trzeba udowadniać bycia homo sapiens, zaznaczając jakieś torty i inne żarcie, tylko wystarczy kliknąć i leci. Nie wiem, jak z wersją mobilną, ale mój Szajsung jeszcze ma system Bada, więc trochę zacofany i może nie działać tak, jak powinno, ale już się przyzwyczaiłam do komentowania u Ciebie na kompie ;)
No dobra, znowu zaszalałaś z długością rozdziału! Wszystko pięknie, ładnie, państwo narzeczeństwo i tak dalej... Marina, jej zachcianki i biegi Spencera do sklepu... :D No i trzeba Rafę nauczyć pić, obowiązkowo :D A Kinga niech się rozgląda za trenerem, żeby nie dostała szału z Tonim. "Jakże głupi jest ludzki umysł w porównaniu z przeznaczeniem..." - cóż za złota myśl, Gatique, szalejesz! ;)
Zapraszam jeszcze na nowy rozdział i ściskam :*
U mnie był problem z komentowaniem mobilnym, a przy ostatnim rozdziale gdy chciałam dodać komnentarz z komputera, po kliknięciu "opublikuj" strona wczytywała się ponownie, a komentarz nie publikował się. Mam nadzieję, że teraz będzie już dobrze ;]]
OdpowiedzUsuńCo do rozdziału: rozbawiłaś mnie rozmową z Mariną ;D Rzeczywiście Spencer nie ma łatwo. Agnieszka poznała się na Karolince? W rzeczywistości w sumie jest mi obojętna, ale tutaj udało ci się nastawić mnie przeciwko niej ;] I mam nadzieję, że Kinga znajdzie innego trenera niż Toni, on jest straszny!