Tekst

piątek, 5 lutego 2016

3.0 Prolog

Stała na paryskim lotnisku zmarznięta i przemoknięta do suchej nitki. Westchnęła i otuliła się szczelniej ramionami,chcąc zachować ciepło chociaż na sekundę dłużej. Był zaledwie początek grudnia,a francuska stolica już tonęła w śniegu. Pierwszy raz od kilku lat obserwowała,jak łagodne,wesołe prószenie śniegu zamienia się w prawdziwą zamieć. Zazwyczaj zima we Francji była łagodna,a wręcz symboliczna. Śnieg pokrywał zaledwie kilkucentymetrową warstwą ulice i dachy,nadając miastu świąteczny klimat i wywołując radość w oczach mieszkańców spragnionych choć odrobiny magii świąt Bożego Narodzenia odczuwalnej we wschodniej części Europy.
Niestety wystarczyła nieco większa odrobina białego puchu by sparaliżować ruch uliczny i lotniczy,a co dopiero mówiąc o takiej zamieci. Tym sposobem została uziemiona na lotnisku na co najmniej godzinę. A znając swoje szczęście,pewnie nie będzie to tylko jedna godzina. Ale co to ma za znaczenie skoro nikt na nią nie czeka? Równie dobrze mogłaby przylecieć późną nocą,a następnego dnia i tak wszyscy myśleliby,że tak miało być.
No właśnie. Wszyscy.
Wuj uprzedzał ją,że niezwykle ciężko będzie jej go zastąpić i wkupić się w łaski ich rodziny. Podobno byli ze sobą związani niezwykłą a nawet nieludzką więzią. Jednakże jednej osobie się to udało. Czemu i ona nie miałaby odnieść sukcesu?
Przyjęcie tej pracy było dla niej wyzwaniem. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżała do innego kraju by pracować. Dotychczas udawało jej się pracować tu,w Paryżu,a teraz musiała wyjechać i radzić sobie sama.
Samodzielność była akurat jej mocną stroną;nauczyła się być zdaną tylko na siebie bardzo szybko. Właściwie to nie wyobrażała sobie,żeby kiedykolwiek mogło być inaczej. Od zawsze była nikim.
Skuliła się na krześle w poczekalni na tę myśl i chociaż przez dwadzieścia pięć lat nauczyła się z nią żyć,to jednak wciąż bolała jak niezasklepiona rana na duszy,na którą wciąż ktoś sypie sól utwierdzając ją w przekonaniu,z którym żyła od dziecka. Teraz już nawet nie starała się zaprzeczać.
Być może,a może przede wszystkim właśnie dlatego miała obsesyjną potrzebę akceptacji i przynależności. Chciała po prostu po raz pierwszy w życiu być kochana. A ten wyjazd i włączenie się do ich rodziny jej to umożliwiły. To był kolejny z powodów,dla których tak bardzo zależało jej na tej pracy.
Drugi był taki,że nie chciała zawieść wuja. Benito był jej jedynym krewnym,z którym utrzymywała kontakt. Pozostali...ach,szkoda gadać.
Wyszła z poczekalni i po raz setny przeczytała plan lotów. Odgłos jej płaskich obcasów uderzających głucho o podłogę rozniósł się donośnym echem po pomieszczeniu. Wzdrygnęła się słysząc przeraźliwą pustkę uświadamiającą beznadziejność sytuacji,w której się znalazła.
Oprócz niej na plastikowych krzesłach siedziało siedem osób;kobiety,mężczyźni a nawet dzieci całego wachlarza narodowości. Zgadywała,że pierwsza z brzegu rodzina pochodziła z Turcji. Kobiety przyodziane w tradycyjne szaty i dziewczynki z głowami owiniętymi w chustki. Ich widok nie zadziwiał;każdy mieszkaniec Francji zdążył się przyzwyczaić do masowo zamieszkujących ich kraj przybyszy z Bliskiego Wschodu. A było ich naprawdę sporo.
Może to jakiś znak?-pomyślała krążąc między rzędami siedzeń-Może ja wcale nie powinnam tam lecieć?
A może wręcz przeciwnie?
Te pytania brzęczały jej w głowie przez dłuższą chwilę zanim zdążyły przybrać postać wątpliwości. Odczuła strach. Bo co jeśli to ostrzeżenie przed,chociażby katastrofą samolotu?
Do diabła,nie miała nic do stracenia. Nigdy nie bała się nowych wyzwań i osiągała cel,który sobie wcześniej wyznaczyła. Jeśli jej na czymś zależało,nic innego się nie liczyło.
Otrząsnęła się z zamyślenia,gdy usłyszała komunikat o planowanym starcie jej samolotu. Za godzinę powinna siedzieć w ciepłym fotelu i zacząć odtajać. Lotnisko zostało wyposażone w najnowocześniejsze technologie,ale niestety ogrzewanie nie było jedną z nich. A przynajmniej nawaliło podobnie jak i reszta.
Z ulgą chwyciła rączki swoich walizek i udała się do odprawy. Każda minuta przybliżała ją do opuszczenia tego miasta co najmniej na rok i dlatego też nie chciała tracić czasu. To cała ona. Uporządkowana i praktyczna.
Wreszcie,po dwóch godzinach marznięcia w poczekalni bez ogrzewania usiadła w miękkim samolotowym fotelu i zdjęła obszytą sztucznym futrem kurtkę oraz czapkę uwalniając przy tym kaskadę ciemnych prostych włosów. Wygładziła dłonią równo przystrzyżoną grzywkę i zamknęła oczy. Pora zmierzyć się z nową rzeczywistością.
Zdumiała się,jak szybko udało jej się zasnąć. Kiedy otworzyła oczy,głos stewardessy poinformował,że zbliżają się do lotniska w Palmie. Zamrugała kilka razy chcąc przywrócić przytomność zmęczonemu umysłowi. Leciała do nowych pracodawców. Do wuja,któremu obiecała pomóc.
Miała ochotę krzyczeć z radości,gdy samolot bezpiecznie dotknął majorkańskiej ziemi i zatrzymał się. Zrobiła to. Teraz nie było już odwrotu. Gdy tylko wyszła,zaczęła przeklinać potworną zimę we Francji. Tutaj było ciepło,słońce świeciło łagodnie,a przede wszystkim nie było żadnego śniegu. Momentalnie ogarnęła ją fala gorąca. Pozbyła się grubego swetra,a kurtkę,szalik i czapkę przełożyła przez walizkę. Wciąż jednak miała na sobie długie dżinsy,wysokie kozaki i bluzkę z długim rękawem nie pozwalające jej w pełni cieszyć się klimatem wyspy.
Znów była sama w tłumie;ludzie zmierzali w różne strony,jedni do samolotu,drudzy do wyjścia,a ona stała nie wiedząc gdzie ma pójść.
Gdzie ta taksówka?-myślała ukradkiem ocierając pot z czoła-Przecież miała być tutaj...
Ach tak. Godzinę temu.
Ze złością uderzyła się w udo. Najwyraźniej wszyscy dziś zmieniali plany co do niej. Nie mając pojęcia co ze sobą zrobić,udała się do głównego budynku i opuściła teren lotniska. Może będzie można tu gdzieś zapalić.
Odpaliła papierosa i zaciągnęła się dymem. Jej akurat uzależnienie nie wciągnęło w swoje sidła. Nie paliła często;paczka starczała jej przeważnie na tydzień,a jeśli była bardzo zapracowana to nawet na dwa. Po cichu liczyła,że i tym razem będzie mogła na dłużej rozstać się ze zgubnym nałogiem. I rzecz jasna zarobić kilka groszy.
Zmarszczyła brwi i zgasiła niedopałek. Na parkingu stało mnóstwo samochodów,ale jeden wyraźnie się wyróżniał. Był w kolorze purpury,a kierowca opierał się o maskę i bębnił palcami o blachę. Ujęła w dłonie rączki ciężkich walizek i podeszła bliżej. Wytrzeszczyła oczy,gdy rozpoznała twarz Benita. Postarzał się odkąd ostatni raz go widziała,ale nadal miał ten sam przyjazny uśmiech co kilka lat temu. Zmierzył ją niepewnym spojrzeniem. W najmniejszym stopniu nie spodziewała się,że przyjedzie po nią osobiście.
Wujku? – spytała nieśmiało skupiając jego uwagę.
Zmarszczył brwi,a po chwili otworzył oczy ze zdumienia.

Emeline,to naprawdę ty?


Pozdrowienia moi kochani! Przychodzę do Was z nową częścią wolna jak ptaszek,ferie czas zacząć <3 No ale ja nie o tym.
Witam w mojej ukochanej części tegoż opowiadania. Wieeem,nie wiecie jeszcze o co chodzi,cierpliwości ;) A czemuż jest to moja ulubiona część? A no dlatego,że w porównaniu do drugiej miałam na nią konkretny pomysł no i mam wrażenie,że między pierwszą a trzecią częścią nabrałam w pisaniu trochę wprawy i wygląda to znacznie lepiej niż na początku.
Tymczasem zostawiam Was z refleksją i milionem domysłów :)
xoxo

2 komentarze:

  1. To może ja jednak nie będę ujawniać swoich domysłów i przewidywać i tylko powiem: bardzo ciekawy prolog. I nowy szablon, lubiłam tamten, ale nowy początek jest odbrym czasem na nowy wygląd bloga ;]

    OdpowiedzUsuń
  2. Tym razem nawet ja nie odważę się niczego przewidywać ;D Rzeczywiście fajnie to wszystko napisałaś, tak inaczej i zupełnie tajemniczo. A ten szablon też ładny, taki elegancki i zarazem lekki ;)
    Zazdroszczę ferii, odpoczynku życzę i pozdrawiam! ;*

    OdpowiedzUsuń