Stała na paryskim lotnisku
zmarznięta i przemoknięta do suchej nitki. Westchnęła i otuliła
się szczelniej ramionami,chcąc zachować ciepło chociaż na
sekundę dłużej. Był zaledwie początek grudnia,a francuska
stolica już tonęła w śniegu. Pierwszy raz od kilku lat
obserwowała,jak łagodne,wesołe prószenie śniegu zamienia się w
prawdziwą zamieć. Zazwyczaj zima we Francji była łagodna,a wręcz
symboliczna. Śnieg pokrywał zaledwie kilkucentymetrową warstwą
ulice i dachy,nadając miastu świąteczny klimat i wywołując
radość w oczach mieszkańców spragnionych choć odrobiny magii
świąt Bożego Narodzenia odczuwalnej we wschodniej części Europy.
Niestety wystarczyła nieco
większa odrobina białego puchu by sparaliżować ruch uliczny i
lotniczy,a co dopiero mówiąc o takiej zamieci. Tym sposobem została
uziemiona na lotnisku na co najmniej godzinę. A znając swoje
szczęście,pewnie nie będzie to tylko jedna godzina. Ale co to ma
za znaczenie skoro nikt na nią nie czeka? Równie dobrze mogłaby
przylecieć późną nocą,a następnego dnia i tak wszyscy
myśleliby,że tak miało być.
No właśnie. Wszyscy.
Wuj uprzedzał ją,że niezwykle
ciężko będzie jej go zastąpić i wkupić się w łaski ich
rodziny. Podobno byli ze sobą związani niezwykłą a nawet
nieludzką więzią. Jednakże jednej osobie się to udało. Czemu i
ona nie miałaby odnieść sukcesu?
Przyjęcie tej pracy było dla
niej wyzwaniem. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżała do innego kraju by
pracować. Dotychczas udawało jej się pracować tu,w Paryżu,a
teraz musiała wyjechać i radzić sobie sama.
Samodzielność była akurat jej
mocną stroną;nauczyła się być zdaną tylko na siebie bardzo
szybko. Właściwie to nie wyobrażała sobie,żeby kiedykolwiek
mogło być inaczej. Od zawsze była nikim.
Skuliła się na krześle w
poczekalni na tę myśl i chociaż przez dwadzieścia pięć lat
nauczyła się z nią żyć,to jednak wciąż bolała jak
niezasklepiona rana na duszy,na którą wciąż ktoś sypie sól
utwierdzając ją w przekonaniu,z którym żyła od dziecka. Teraz
już nawet nie starała się zaprzeczać.
Być może,a może przede
wszystkim właśnie dlatego miała obsesyjną potrzebę akceptacji i
przynależności. Chciała po prostu po raz pierwszy w życiu być
kochana. A ten wyjazd i włączenie się do ich rodziny jej to
umożliwiły. To był kolejny z powodów,dla których tak bardzo
zależało jej na tej pracy.
Drugi był taki,że nie chciała
zawieść wuja. Benito był jej jedynym krewnym,z którym utrzymywała
kontakt. Pozostali...ach,szkoda gadać.
Wyszła z poczekalni i po raz
setny przeczytała plan lotów. Odgłos jej płaskich obcasów
uderzających głucho o podłogę rozniósł się donośnym echem po
pomieszczeniu. Wzdrygnęła się słysząc przeraźliwą pustkę
uświadamiającą beznadziejność sytuacji,w której się znalazła.
Oprócz niej na plastikowych
krzesłach siedziało siedem osób;kobiety,mężczyźni a nawet
dzieci całego wachlarza narodowości. Zgadywała,że pierwsza z
brzegu rodzina pochodziła z Turcji. Kobiety przyodziane w tradycyjne
szaty i dziewczynki z głowami owiniętymi w chustki. Ich widok nie
zadziwiał;każdy mieszkaniec Francji zdążył się przyzwyczaić do
masowo zamieszkujących ich kraj przybyszy z Bliskiego Wschodu. A
było ich naprawdę sporo.
Może to jakiś
znak?-pomyślała krążąc
między rzędami siedzeń-Może ja wcale nie powinnam tam
lecieć?
A może wręcz przeciwnie?
Te pytania brzęczały jej w
głowie przez dłuższą chwilę zanim zdążyły przybrać postać
wątpliwości. Odczuła strach. Bo co jeśli to ostrzeżenie
przed,chociażby katastrofą samolotu?
Do diabła,nie miała nic do
stracenia. Nigdy nie bała się nowych wyzwań i osiągała
cel,który sobie wcześniej wyznaczyła. Jeśli jej na czymś
zależało,nic innego się nie liczyło.
Otrząsnęła się z
zamyślenia,gdy usłyszała komunikat o planowanym starcie jej
samolotu. Za godzinę powinna siedzieć w ciepłym fotelu i zacząć
odtajać. Lotnisko zostało wyposażone w najnowocześniejsze
technologie,ale niestety ogrzewanie nie było jedną z nich. A
przynajmniej nawaliło podobnie jak i reszta.
Z ulgą chwyciła rączki swoich
walizek i udała się do odprawy. Każda minuta przybliżała ją do
opuszczenia tego miasta co najmniej na rok i dlatego też nie chciała
tracić czasu. To cała ona. Uporządkowana i praktyczna.
Wreszcie,po dwóch godzinach
marznięcia w poczekalni bez ogrzewania usiadła w miękkim
samolotowym fotelu i zdjęła obszytą sztucznym futrem kurtkę oraz
czapkę uwalniając przy tym kaskadę ciemnych prostych włosów.
Wygładziła dłonią równo przystrzyżoną grzywkę i zamknęła
oczy. Pora zmierzyć się z nową rzeczywistością.
Zdumiała się,jak szybko udało
jej się zasnąć. Kiedy otworzyła oczy,głos stewardessy
poinformował,że zbliżają się do lotniska w Palmie. Zamrugała
kilka razy chcąc przywrócić przytomność zmęczonemu umysłowi.
Leciała do nowych pracodawców. Do wuja,któremu obiecała pomóc.
Miała ochotę krzyczeć z
radości,gdy samolot bezpiecznie dotknął majorkańskiej ziemi i
zatrzymał się. Zrobiła to. Teraz nie było już odwrotu. Gdy tylko
wyszła,zaczęła przeklinać potworną zimę we Francji. Tutaj było
ciepło,słońce świeciło łagodnie,a przede wszystkim nie było
żadnego śniegu. Momentalnie ogarnęła ją fala gorąca. Pozbyła
się grubego swetra,a kurtkę,szalik i czapkę przełożyła przez
walizkę. Wciąż jednak miała na sobie długie dżinsy,wysokie
kozaki i bluzkę z długim rękawem nie pozwalające jej w pełni
cieszyć się klimatem wyspy.
Znów była sama w tłumie;ludzie
zmierzali w różne strony,jedni do samolotu,drudzy do wyjścia,a ona
stała nie wiedząc gdzie ma pójść.
Gdzie ta taksówka?-myślała
ukradkiem ocierając pot z czoła-Przecież miała być
tutaj...
Ach tak. Godzinę temu.
Ze złością uderzyła się w
udo. Najwyraźniej wszyscy dziś zmieniali plany co do niej. Nie
mając pojęcia co ze sobą zrobić,udała się do głównego budynku
i opuściła teren lotniska. Może będzie można tu gdzieś zapalić.
Odpaliła papierosa i zaciągnęła
się dymem. Jej akurat uzależnienie nie wciągnęło w swoje sidła.
Nie paliła często;paczka starczała jej przeważnie na tydzień,a
jeśli była bardzo zapracowana to nawet na dwa. Po cichu liczyła,że
i tym razem będzie mogła na dłużej rozstać się ze zgubnym
nałogiem. I rzecz jasna zarobić kilka groszy.
Zmarszczyła brwi i zgasiła
niedopałek. Na parkingu stało mnóstwo samochodów,ale jeden
wyraźnie się wyróżniał. Był w kolorze purpury,a kierowca
opierał się o maskę i bębnił palcami o blachę. Ujęła w dłonie
rączki ciężkich walizek i podeszła bliżej. Wytrzeszczyła
oczy,gdy rozpoznała twarz Benita. Postarzał się odkąd ostatni raz
go widziała,ale nadal miał ten sam przyjazny uśmiech co kilka lat
temu. Zmierzył ją niepewnym spojrzeniem. W najmniejszym stopniu nie
spodziewała się,że przyjedzie po nią osobiście.
– Wujku? – spytała
nieśmiało skupiając jego uwagę.
Zmarszczył brwi,a po chwili
otworzył oczy ze zdumienia.
– Emeline,to naprawdę ty?
Pozdrowienia moi kochani! Przychodzę do Was z nową częścią wolna jak ptaszek,ferie czas zacząć <3 No ale ja nie o tym.
Witam w mojej ukochanej części tegoż opowiadania. Wieeem,nie wiecie jeszcze o co chodzi,cierpliwości ;) A czemuż jest to moja ulubiona część? A no dlatego,że w porównaniu do drugiej miałam na nią konkretny pomysł no i mam wrażenie,że między pierwszą a trzecią częścią nabrałam w pisaniu trochę wprawy i wygląda to znacznie lepiej niż na początku.
Tymczasem zostawiam Was z refleksją i milionem domysłów :)
xoxo
To może ja jednak nie będę ujawniać swoich domysłów i przewidywać i tylko powiem: bardzo ciekawy prolog. I nowy szablon, lubiłam tamten, ale nowy początek jest odbrym czasem na nowy wygląd bloga ;]
OdpowiedzUsuńTym razem nawet ja nie odważę się niczego przewidywać ;D Rzeczywiście fajnie to wszystko napisałaś, tak inaczej i zupełnie tajemniczo. A ten szablon też ładny, taki elegancki i zarazem lekki ;)
OdpowiedzUsuńZazdroszczę ferii, odpoczynku życzę i pozdrawiam! ;*