Tekst

piątek, 15 kwietnia 2016

3.11 Kobieca intuicja wygrywa ze wszystkim

Dni płynęły leniwie,ciągnęły się wręcz jak guma. Rano lekkie śniadanie i szybko na trening. Po południu lunch i przerwa do osiemnastej a potem znowu na kort. Wieczorem prawie zasypiałam rozmawiając z Rafą przez Skype'a.
Nie próżnujesz – stwierdził pewnego razu widząc jak opieram głowę na oparciu kanapy.
Po to tu przyjechałam. Co słychać w domu?
Wszyscy zdrowi? Toni jak zwykle naburmuszony? A Emeline się do Ciebie nie klei?
Po staremu – odparł wymijająco – Mamy akurat piękną pogodę więc w przeciwieństwie do niektórych spędzam całe dnie na plaży.
Prychnęłam.
Na Majorce jest ZAWSZE ciepło i ładna pogoda. Zdążę się tym nacieszyć.
A myślałem,że zrobisz się zazdrosna i wrócisz wcześniej – zażartował.
Jeszcze pięć dni – uspokoiłam go. Mnie samej serce podskoczyło radośnie na myśl o powrocie.
Mam nadzieję,że szybko zlecą. Tęsknię za tobą.
Ja za tobą też skarbie.
Westchnęłam głośno zatrzaskując laptopa. Tak bardzo chciałam być już z powrotem!
Obierałam z Mariną warzywa na późniejszy obiad,gdy do domu wrócił uradowany Spencer wraz z małą.
Znowu cię awansowali w ty LTA czy jak? – spytałam zdziwiona wycierając mokre ręce o spodnie. Nigdy nie pozbędę się tego nawyku.
Nie – odparł wyplątując Melanie ze spacerowego wózka, po czym zdjął jej buty i zieloniutki płaszczyk. Odczekałam cierpliwie aż wejdzie do salonu i włączy jej bajkę a potem dołączy do nas w kuchni.
Więc dlaczego tak się cieszysz?
To facet nie może być szczęśliwy sam z siebie po spędzeniu trochę czasu z córką? – wzruszył ramionami i sięgnął po szklankę wody.
Marina za moimi plecami wciąż uderzała nożem o deskę do krojenia warzyw. Zdawała się nie zwracać najmniejszej uwagi na to co się dzieje.
Niby może – przyznałam z niechęcią – Ale tobie się to nie zdarza.
Rozłożył ręce w geście rezygnacji i odstawił szklankę na blat z głośnym stuknięciem.
No dobrze – powiedział ocierając dłonią kropelki wody z twarzy. – Tak,mam powody do zadowolenia. Moja podopieczna spisuje się na korcie doskonale.
Zaśmiałam się nagle i szczerze.
I ja mam w to uwierzyć? Ciekawe,bo wczoraj mówiłeś,że Toni oduczył mnie porządnego woleja,a tydzień temu,że...
Wiem co mówiłem – przerwał mi stanowczo. – To nie zmienia jednak faktu,że więcej nie mogę zrobić. Jak mówiłem,zawaliła twoja psychika.
A skoro już niczego więcej się nie nauczysz,możesz wrócić wcześniej do domu – wtrąciła nieobecna jak do tej pory Marina i skinęła głową na Spencera.
Wyjął z kieszeni kurtki plik karteczek. Zmarszczyłam brwi.
Bilety na jutrzejszy lot – uprzedził moje pytanie trener.
Co? – wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia.
A tak – zachichotała Marina – Żałuj,że nie widzisz swojej miny.
Spencer machnął niecierpliwie ręką w moją stronę i sięgnęłam po bilety. Jutro o 17.25 jest wylot.
Nie wiem co powiedzieć – wymamrotałam spuszczając wzrok – Dziękuję.
Rzeczywiście nie miałam pojęcia co o tym sądzić. Czyżbym tak bardzo uprzykrzyła im życie przez te niecałe dwa tygodnie,że chcieli jak najszybciej się mnie pozbyć? Słyszałam nieraz jak wieczorami szepczą coś do siebie i krępowałam się. To normalne,że potrzebowali prywatności.
To drobiazg – Marina mnie uścisnęła – Widzimy przecież jak bardzo chcesz już wracać. Potraktuj to jako spóźniony prezent urodzinowy. Albo ślubny. Albo jakikolwiek.
Może faktycznie chodzę ostatnio jak struta z tęsknoty za domem i chcą mi pomóc ukrócić męki?
Dzięki. To...bardzo miłe z waszej strony.
Po obiedzie zebrałam naczynia i zaczęłam bawić się z Melanie,chcąc odciążyć nieco jej rodziców. Chociaż nie wiem czy „odciążyć” to odpowiednie słowo. Bawić się z małą to czysta przyjemność. Biłam jej brawo,kiedy układała klocki i podziwiałam dziecięce malunki. Miała dopiero roczek,więc wielkich pochwał nie oczekiwała,ale robiłam to mimo to by zobaczyć jak na jej buźce pojawia się uśmiech.
W końcu,gdy zmęczona zaczęła ziewać,Spencer zabrał ją do kąpieli a ja zaczęłam pakować w salonie swoje rzeczy selekcjonując piżamę oraz ciuchy i bieliznę na lot. Postanowiłam nie dzwonić do Rafaela. Niech to będzie dla niego niespodzianka. Wyobraziłam sobie,jak odbiera ode mnie telefon i pędzi autostradą na lotnisko do Palmy,po czym zamyka mnie w uścisku i całuje dyskretnie w usta. Wracamy cały czas rozmawiając i śmiejąc się. Po przyjeździe do domu on proponuje swoje popisowe danie-makaron z krewetkami. A potem bierze nie na ręce,zanosi do sypialni i kochamy się do utraty tchu.
Zaczerpnęłam gwałtownie powietrza i upchnęłam rakietę w przegródkę torby Babolata. Moje policzki zaczęły płonąć i pokręciłam głową chcąc pozbyć się ogarniającego mnie podniecenia.
Usłyszałam kroki w małym korytarzu i po chwili w wejściu do salonu dostrzegłam Marinę. Miała nieco zakłopotaną minę.
Odwróciłam się na kolanach w jej stronę odgarniając kosmyk włosów za ucho.
Mogę? – spytała niepewnie posuwając się o krok naprzód.
Pewnie – wzruszyłam ramionami – W końcu to twoje mieszkanie.
Usiadła na sofie i splotła dłonie. Czułam się zmuszona by do niej dołączyć.
Jeszcze raz dziękuję za bilet – powiedziałam mimochodem. Rosjanka uśmiechnęła się połowicznie.
To przecież żaden problem.
Zapadła cisza. Rozglądałam się dookoła chcąc dać jej szansę na rozpoczęcie tematu. O czymkolwiek chciała mi powiedzieć,nie wiedziała jak zacząć. Siedziała lekko zgarbiona oglądając swoje szczupłe dłonie z pomalowanymi na pudrowy róż paznokciami. Oczywiście to ja musiałam nie wytrzymać i zaczęłam.
Coś cię trapi? – spytałam retorycznie.
Powiedzmy – westchnęła.
Chodzi o ciebie i Spencera?
Nie – zacisnęła usta i pokręciła głową.
To o co w takim razie? – powiedziałam z lekkim zniecierpliwieniem.
Pewnie się zastanawiasz dlaczego kupiliśmy ci bilet już na jutro...
Oho. Wiedziałam,że coś się między nimi działo.
Hm..zgaduję,że macie mnie dość? – odparłam z ironią.
Skąd! – podniosła nagle wzrok – Przecież jesteś nasza przyjaciółką. A Melanie cię uwielbia. Chodzi o to,że...mam złe przeczucia.
Uniosłam brwi. Czyli jednak chodziło o ich związek. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Cokolwiek się stało,będę czuła się winna do końca życia,bo w końcu to ja ich połączyłam.
Westchnęłam głośno.
Wiem,że moja obecność tutaj w niczym wam nie pomaga. Naprawdę,to dobrze,że wyjeżdżam,na pewno chcecie być sami a jeśli coś się między wami złego dzieje,to jest odpowiedni chwila,żeby...
Nie – przerwała stanowczo moją paplaninę – Między mną i Spencerem wszystko jest w porządku. Serio.
To dlaczego masz złe przeczucia? – Byłam zbita z tropu jej enigmatyczną wypowiedzią.
Bo tu nie chodzi o mój związek tylko twój.
Otworzyłam usta.
Słucham?! – wydusiłam.
Spokojnie,nic się nie stało – uspokoiła mnie nerwowo Marina. – Ja po prostu...wiesz co sądzę o zostawieniu Emeline samej z Rafą.
Przerabiałyśmy to – odparłam ostro – Myślałam,że zrozumiałaś.
Tak,ale ostatnio... – przygryzła wargę – Od jakichś dwóch dni mam przeczucie,że coś jest nie w porządku. Dlatego namówiłam Spencera,żeby skrócił ci treningi i pozwolił wracać.
Prychnęłam i pokręciłam z niedowierzaniem głową.
Jesteś jakimś medium czy co?
Jestem kobietą – odparła po prostu – I to mi wystarczy.
Nie wierzę ci ani odrobinę – stwierdziłam – Ale skoro mogę wrócić wcześniej to zrobię to.
Skinęła głową i podniosła się.
Nie oczekiwałam,że zrozumiesz.
Wyszła zostawiając mnie ze swoimi przemyśleniami.

*

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Mimo szerokich żaluzji światło księżyca świeciło mi prosto w oczy,a na twardej kanapie nie mogłam się wygodnie ułożyć. Poza tym ciągle siedzą mi w głowie „złe przeczucia” Mariny. Nie wierzyłam temu co prawda,ale jej słowa wystarczyły,żeby zasiać w moim sercu ziarno niepokoju.
Rafa nie mógłby mnie zdradzić. Był na to po prostu za dobry. Czułam przecież,że za mną tęsknił. Jego oczy,jego głos...nawet w najsłabszej rozdzielczości zdołałabym to wychwycić.
Czemu jestem taka nerwowa? Jasna cholera,zaczynam się upodabniać do własnej matki.
Milion razy odrzucałam dręczące mnie myśli,a one wciąż wracały niczym natrętne muchy. Przewracałam się z boku na bok.
Niech ta koszmarna noc się już skończy...
Rano wstałam z zapuchniętymi oczami. Nie wiem kiedy w końcu udało mi się zasnąć,ale musiało to być dobrze nad ranem. Całe szczęście,że lot mam dopiero po południu,bo w życiu nie zdołałabym do tego czasu się ogarnąć.
Ciężka noc? – zagadnął Spencer przy śniadaniu upijając łyk kawy.
Nie – skłamałam gryząc kawałek bułki z serem i pomidorem.
To czemu jesteś taka zapuchnięta? – Ten to umie być uprzejmy.
Czasem tak mam – wymamrotałam z pełnymi ustami.
Pokiwał głową i wrócił do swojego śniadania. Do salonu weszła Marina z Melanie na rękach i posadziła ją w foteliku. Rzuciła mi przelotne spojrzenie,ale nie odezwała się ani słowem. Całe szczęście.
Reszta dnia niesamowicie się dłużyła. Nie wiedziałam,co ze sobą zrobić. Pięć razy sprawdziłam,czy wszystko zabrałam,dwa razy czy w torebce mam wszystkie dokumenty oraz przeczytałam informacje na bilecie setki razy. Czułam mrowienie na myśl o powrocie do domu,ale za chwilę również ukłucie niepokoju. Westchnęłam głęboko i nakazałam sobie spokój. Przypominało to studzenie umysłu przed ważnym meczem.
Kusiło mnie,żeby zadzwonić do Rafy,ale nie chciałam w ostatniej chwili wszystkiego psuć. To ma być nie-spo-dzian-ka. Z nudą jakoś sobie poradzę. Poszłam jednak na kompromis i wysłałam mu sms'a informującego,że nie będę mogła z nim porozmawiać po południu. Okazał się wyrozumiały jak zawsze.
W końcu punktualnie o godzinie piętnastej zerwałam się na równe nogi i pomogłam Spencerowi wnosić moje torby do bagażnika. Nogi mi drżały,kiedy klapa eleganckiego BMV opadła,a ja usiadłam na fotelu pasażera. Kurczowo ściskałam w dłoniach torebkę i wyglądałam przez okno na ruchliwą autostradę.
W samochodzie panowała cisza mącona co jakiś czas przez małą,która mamrotała coś pod nosem i jej mamę odpowiadającą cicho. Spencer się nie odzywał;skupiał się na drodze płynnie zmieniając biegi i co jakiś czas manewrując igiełką wskazującą prędkość. Prawdę mówiąc,od wczoraj atmosfera między nami była dość chłodna. Nie pokłóciłam się z Mariną otwarcie,ale nam obu ta rozmowa dała do myślenia. Wiedziała,że jestem taka cicha,bo w głębi duszy zastanawiam się czy nie ma racji. Nie nawiązywała rozmowy,pewnie czekała na moment,w którym będzie mogła powiedzieć „A nie mówiłam?”. Pytanie tylko,czy to na pewno do niej będą należały te słowa.
Po mozolnych skrętach i pustym krajobrazie za oknem,zatrzymaliśmy się przy terminalu. Wytrzeszczyłam oczy wchodząc do środka i odnajdując punkt odprawy do Palmy. Była to kolejka jak do sklepu w czasach PRL-u. Jęknęłam z rezygnacją i ustawiłam się na szarym końcu. Marina i Spencer nie bardzo wiedzieli co robić. Mogliby poczekać ze mną,gdyby tylko nie było między nami takiej niezręczności.
Dziękuję wam – odezwałam się w końcu – Nie musicie tu ze mną sterczeć,dam sobie radę sama.
Mam nadzieję,że nie zabrzmiało to opryskliwie.
Spencer otworzył usta,żeby coś powiedzieć,ale po chwili je zamknął. Marina z kolei miała usta zaciśnięte. Bez słowa podała Melanie Spencerowi i powiedziała krótko:
Zostań tutaj.
Po czym wzięła mnie za rękę i pociągnęła w kierunku miękkich,skórzanych sof poza zasięgiem jego słuchu.
Gniewasz się na mnie – Bardziej stwierdziła niż zapytała.
Wcale się nie gniewam,po prostu uważam,że to co wygadujesz jest niedorzeczne.
Kinga,zdaję sobie z tego sprawę,ale przyjmij w końcu do wiadomości,że nikt nie jest święty. Nic nie sugeruję – dodała szybko widząc jak otwieram usta ze zdziwienia. – Ale radzę ci,żebyś uważała.
Tak zrobię – skinęłam sztywno głową.
Wiem,że męczyło cię to przez noc-powiedziała krzyżując ręce – Więc moje przypuszczenia nie są ci obojętne.
A tobie by były? – westchnęłam zrezygnowana – Kiedy ktoś usiłuje ci zarzucić,że twój mąż cię zdradza?
Myślę,że nie – odparła z namysłem – Ja niczego nie zarzucam. Po prostu...nie chcę żebyś cierpiała i dlatego ci to mówię.
Minęłaś się z celem – stwierdziłam zimno. – Jak sama zauważyłaś,dręczyło mnie to całą noc.
Oby tylko przez jedną – powiedziała obracając się w kierunku biur odprawy.
Spencer popatrzył na nas krótko. Widząc smutek w oczach Mariny,który zapewne błędnie zinterpretował jako tęsknotę,uściskał mnie krótko. Melanie również objęła rączkami moją szyję.
Pomachaj cioci na do widzenia – usłyszałam głos Mariny gdy się oddalali. Melanie wyciągnęła rączkę z uśmiechem.
Jak widać ona też cieszy się,że wyjeżdżam.
Weszłam na pokład witana uśmiechami stewardess wbitych w niebiesko-białe mundurki i z włosami związanymi w koki. Będę im wdzięczna do końca życia za wprowadzanie atmosfery normalności,podczas gdy silniki huczą jak armaty a szyby od zewnątrz zamarzają uświadamiając człowiekowi,że nie znajduje się na ziemi. Gdyby nie one,mój pierwszy lot na turniej minąłby zdecydowanie gorzej.
Gdzie był ten pierwszy lot? Do Stanów czy do Hiszpanii? Nie potrafię sobie przypomnieć,było to jak miałam może szesnaście lat. Zwykły,mały challenger,ale ile podekscytowania! Sama otoczka turnieju dawała poczucie,że już jest się kimś,chociaż niczego się nie osiągnęło. Toni dostałyby szału gdyby to usłyszał-według niego dwanaście Wielkich Szlemów Rafaela to nie dostateczny powód do dumy.
Od niechcenia obejrzałam procedurę postępowania w razie ewakuacji,po czym wyjęłam z torebki opaskę na oczy. Noszę ją ze sobą niemalże od początku. Nigdy nie wiesz,czy ludzie na których trafisz będą chcieli mieć odsłonięte okno czy też nie. A poza tym,siedząc pośrodku,zawsze istniało ryzyko,że ktoś cię rozpozna. Postanowiłam odciąć się od świata od razu,gdy samolot oderwał się od ziemi i odczułam skoki ciśnienia. Nie cierpiałam tego elementu podróży samolotem.
No i turbulencje. One zawsze były okropne,zwłaszcza na długich dystansach. Lecieć do Australii niemal cały dzień przy sporym zachmurzeniu? Nie,dziękuję.
Nasunęłam opaskę na oczy i oparłam głowę o fotel. Usnęłam w ułamku sekundy odczuwając skutki nieprzespanej nocy.
Obudziło mnie dopiero wiercenie się współpasażerów. Kobieta po pięćdziesiątce siedząca od przejścia wstała i zdjęła z półki nad siedzeniem torbę.
Lądujemy? – spytałam po angielsku.
Skinęła głową i jeszcze bardziej kurczowo złapała torebkę. Najwyraźniej był to je pierwszy raz. Zapięłam pas i czekałam na rozwój wydarzeń.
W Palmie uderzyła mnie fala gorąca. No tak. Mimo zbliżającego się wieczoru,majorkańskie lato w pełni.
Ruszyłam po bagaż. Lotnisko jest ogromne i na dobrą sprawę nigdy nie wiem,w którym miejscu są wyrzucane. Od tego zawsze mam Rafaela albo Titina.
Dotarłam na miejsce ruchomym chodnikiem. Przed taśmami tłoczyli się niecierpliwie ludzie wachlując się dłońmi. Wygrzebałam telefon i wybrałam numer do męża. Jedne sygnał,drugi...poczta głosowa. Serce zabiło mi szybciej. Co się mogło stać? Może wiedział,że nie będę dzwonić i jest na treningu? Albo...
Wybrałam numer do Any Marii. Też długo się łączyło.
Tak? – odezwała się przytłumionym głosem.
Jak dobrze,że ona odebrała.
Cześć mamo.
A,dzień dobry kochanie. Co u ciebie?
W porządku. Właśnie jestem na lotnisku w Palmie i...
Na lotnisku? Już? Miałaś być dopiero w niedzielę.
Powiedzmy,że dostałam przepustkę za dobre sprawowanie – uśmiechnęłam się zwracając się w stronę bagaży pojawiających się na taśmie. – Nie mogę się dodzwonić do Rafaela,wiesz co się z nim dzieje?
Niestety nie. Miał mieć trening po południu,ale teraz nie wiem gdzie jest.
Trudno – westchnęłam – Czy...mogłabyś po mnie przyjechać zamiast niego?
Przykro mi kochanie,ale mam teraz spotkanie fundacji. Poczekaj,zadzwonię do Maribel.
Rozłączyła się w momencie gdy moja torba z rakietami wjeżdżała na taśmę. Chwyciłam ją,a potem resztę i położyłam na wózek.
W porządku. To co teraz? Ktokolwiek tu jedzie,droga z Manacor trochę trwa. Pchając wózek ruszyłam na górę w stronę kawiarenek i bezodprawowych wolnocłówek. Kupiłam sobie mrożoną herbatę i bezglutenowy batonik,bo nagle poczułam się głodna. Zjadłam w milczeniu co jakiś czas zerkając na zegarek. Czas niebywale się dłużył.
W końcu wyszłam jednym z wyjść z sali odbioru bagaży i czekałam na podjeździe otoczonym zewsząd palmami. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi,ale zanim zajdzie zupełnie,zdążę być już w domu i moczyć się w wannie.
Błysnęły światła i za kierownicą samochodu Any Marii zobaczyłam uśmiechniętą Maribel.
Cześć siostrzyczko! – przywitała mnie życzliwie i objęła. – Fajnie,że już jesteś.
Te parę słów sprawiło,że zaczynało do mnie docierać,że jestem już u siebie. Zrobiło mi się cieplej na sercu.
Nie wiesz co dzieje się z Rafą? – spytałam,gdy przejeżdżałyśmy obok akwarium w Palmie. Nigdy nie mam czasu się tam wybrać.
Nie mam pojęcia,wczoraj byliśmy razem na plaży,a dziś miał trening po południu,a ja zajęcia na uczelni więc nie widzieliśmy się. Pewnie zaprosił kumpli i oglądają jakiś mecz Relau,albo grają na konsoli i zapomnieli o całym świecie.
No tak,to akurat często im się zdarzało. Męskie rozrywki rządzą światem.
Poplotkowałyśmy trochę o tym co dzieje się na świecie i tu na miejscu i nim się obejrzałam w zapadającej ciemności dostrzegłam zarys małego wiatraka stojącego pośrodku ronda na wjeździe do Manacor.
Zatrzymała samochód przed naszą posiadłością na obrzeżach i pomogła z bagażami.
Dzięki,dam radę sama. Chcę mieć element zaskoczenia-mrugnęłam do niej. – Dzięki za podwiezienie.
Nie ma sprawy. Trzymaj się!
Odjechała a ja z tęsknym westchnieniem ruszyłam w kierunku domu. Otworzyłam cicho drzwi wejściowe - Rafa był w domu. W salonie dostrzegłam słabe światło,ale nikogo nie słyszałam. Pewnie grał na PS3 sam,albo usnął. To też czasem mu się zdarzało.

Pierwszym co zrobiłam po wejściu do salonu było wytrzeszczenie oczu i upuszczenie z głośnym hukiem torby z rakietami,na dźwięk którego Emeline oderwała się od ust mojego męża.

Bum! *le obłąkańczy śmiech* Niespodzianka :D
Nawiasem mówiąc,opisy majorkańskiego lotniska i okolic są autentyczne,a na wjeździe do Manacor naprawdę stoi wiatraczek ;) Miałam gdzieś zdjęcie,ale się zapodziało,ostały się tylko zdjęcia domniemanego apartamentu Rafy xD Chociaż szkoda,bo było naprawdę ładne.
No to siedźcie teraz w niepewności do przyszłego tygodnia :*

1 komentarz:

  1. Nie! No po prostu nie! Niemożliwe! Rafa?!!! Przecież... no przecież... Jeśli i on nie jest święty, to chyba przestaję wierzyć w ludzi...
    Po t a k i m rozdziale tylko tyle ode mnie. Sorry, ale zabiłaś mnie końcówką. Do ostatniej chwili wierzyłam, że na miejscu wszystko będzie OK...
    W każdym razie miłego weekendu i do napisania! ;*

    OdpowiedzUsuń