Dni płynęły leniwie,ciągnęły
się wręcz jak guma. Rano lekkie śniadanie i szybko na trening. Po
południu lunch i przerwa do osiemnastej a potem znowu na kort.
Wieczorem prawie zasypiałam rozmawiając z Rafą przez Skype'a.
– Nie próżnujesz –
stwierdził pewnego razu widząc jak opieram głowę na oparciu
kanapy.
– Po to tu przyjechałam. Co
słychać w domu?
Wszyscy zdrowi? Toni jak
zwykle naburmuszony? A Emeline się do Ciebie nie klei?
– Po staremu – odparł
wymijająco – Mamy akurat piękną pogodę więc w przeciwieństwie
do niektórych spędzam całe dnie na plaży.
Prychnęłam.
– Na Majorce jest ZAWSZE
ciepło i ładna pogoda. Zdążę się tym nacieszyć.
– A myślałem,że zrobisz się
zazdrosna i wrócisz wcześniej – zażartował.
– Jeszcze pięć dni –
uspokoiłam go. Mnie samej serce podskoczyło radośnie na myśl o
powrocie.
– Mam nadzieję,że szybko
zlecą. Tęsknię za tobą.
– Ja za tobą też skarbie.
Westchnęłam głośno
zatrzaskując laptopa. Tak bardzo chciałam być już z powrotem!
Obierałam z Mariną warzywa na
późniejszy obiad,gdy do domu wrócił uradowany Spencer wraz z
małą.
– Znowu cię awansowali w ty
LTA czy jak? – spytałam zdziwiona wycierając mokre ręce o
spodnie. Nigdy nie pozbędę się tego nawyku.
– Nie – odparł wyplątując
Melanie ze spacerowego wózka, po czym zdjął jej buty i zieloniutki
płaszczyk. Odczekałam cierpliwie aż wejdzie do salonu i włączy
jej bajkę a potem dołączy do nas w kuchni.
– Więc dlaczego tak się
cieszysz?
– To facet nie może być
szczęśliwy sam z siebie po spędzeniu trochę czasu z córką? –
wzruszył ramionami i sięgnął po szklankę wody.
Marina za moimi plecami wciąż
uderzała nożem o deskę do krojenia warzyw. Zdawała się nie
zwracać najmniejszej uwagi na to co się dzieje.
– Niby może – przyznałam z
niechęcią – Ale tobie się to nie zdarza.
Rozłożył ręce w geście
rezygnacji i odstawił szklankę na blat z głośnym stuknięciem.
– No dobrze – powiedział
ocierając dłonią kropelki wody z twarzy. – Tak,mam powody do
zadowolenia. Moja podopieczna spisuje się na korcie doskonale.
Zaśmiałam się nagle i
szczerze.
– I ja mam w to uwierzyć?
Ciekawe,bo wczoraj mówiłeś,że Toni oduczył mnie porządnego
woleja,a tydzień temu,że...
– Wiem co mówiłem –
przerwał mi stanowczo. – To nie zmienia jednak faktu,że więcej
nie mogę zrobić. Jak mówiłem,zawaliła twoja psychika.
– A skoro już niczego więcej
się nie nauczysz,możesz wrócić wcześniej do domu – wtrąciła
nieobecna jak do tej pory Marina i skinęła głową na Spencera.
Wyjął z kieszeni kurtki plik
karteczek. Zmarszczyłam brwi.
– Bilety na jutrzejszy lot –
uprzedził moje pytanie trener.
– Co? – wytrzeszczyłam oczy
ze zdziwienia.
– A tak – zachichotała
Marina – Żałuj,że nie widzisz swojej miny.
Spencer machnął niecierpliwie
ręką w moją stronę i sięgnęłam po bilety. Jutro o 17.25 jest
wylot.
– Nie wiem co powiedzieć –
wymamrotałam spuszczając wzrok – Dziękuję.
Rzeczywiście nie miałam
pojęcia co o tym sądzić. Czyżbym tak bardzo uprzykrzyła im życie
przez te niecałe dwa tygodnie,że chcieli jak najszybciej się mnie
pozbyć? Słyszałam nieraz jak wieczorami szepczą coś do siebie i
krępowałam się. To normalne,że potrzebowali prywatności.
– To drobiazg – Marina mnie
uścisnęła – Widzimy przecież jak bardzo chcesz już wracać.
Potraktuj to jako spóźniony prezent urodzinowy. Albo ślubny. Albo
jakikolwiek.
Może faktycznie chodzę
ostatnio jak struta z tęsknoty za domem i chcą mi pomóc ukrócić
męki?
– Dzięki. To...bardzo miłe z
waszej strony.
Po obiedzie zebrałam naczynia i
zaczęłam bawić się z Melanie,chcąc odciążyć nieco jej
rodziców. Chociaż nie wiem czy „odciążyć” to odpowiednie
słowo. Bawić się z małą to czysta przyjemność. Biłam jej
brawo,kiedy układała klocki i podziwiałam dziecięce malunki.
Miała dopiero roczek,więc wielkich pochwał nie oczekiwała,ale
robiłam to mimo to by zobaczyć jak na jej buźce pojawia się
uśmiech.
W końcu,gdy zmęczona zaczęła
ziewać,Spencer zabrał ją do kąpieli a ja zaczęłam pakować w
salonie swoje rzeczy selekcjonując piżamę oraz ciuchy i bieliznę
na lot. Postanowiłam nie dzwonić do Rafaela. Niech to będzie dla
niego niespodzianka. Wyobraziłam sobie,jak odbiera ode mnie telefon
i pędzi autostradą na lotnisko do Palmy,po czym zamyka mnie w
uścisku i całuje dyskretnie w usta. Wracamy cały czas rozmawiając
i śmiejąc się. Po przyjeździe do domu on proponuje swoje popisowe
danie-makaron z krewetkami. A potem bierze nie na ręce,zanosi do
sypialni i kochamy się do utraty tchu.
Zaczerpnęłam gwałtownie
powietrza i upchnęłam rakietę w przegródkę torby Babolata. Moje
policzki zaczęły płonąć i pokręciłam głową chcąc pozbyć
się ogarniającego mnie podniecenia.
Usłyszałam kroki w małym
korytarzu i po chwili w wejściu do salonu dostrzegłam Marinę.
Miała nieco zakłopotaną minę.
Odwróciłam się na kolanach w
jej stronę odgarniając kosmyk włosów za ucho.
– Mogę? – spytała
niepewnie posuwając się o krok naprzód.
– Pewnie – wzruszyłam
ramionami – W końcu to twoje mieszkanie.
Usiadła na sofie i splotła
dłonie. Czułam się zmuszona by do niej dołączyć.
– Jeszcze raz dziękuję za
bilet – powiedziałam mimochodem. Rosjanka uśmiechnęła się
połowicznie.
– To przecież żaden problem.
Zapadła cisza. Rozglądałam
się dookoła chcąc dać jej szansę na rozpoczęcie tematu. O
czymkolwiek chciała mi powiedzieć,nie wiedziała jak zacząć.
Siedziała lekko zgarbiona oglądając swoje szczupłe dłonie z
pomalowanymi na pudrowy róż paznokciami. Oczywiście to ja musiałam
nie wytrzymać i zaczęłam.
– Coś cię trapi? –
spytałam retorycznie.
– Powiedzmy – westchnęła.
– Chodzi o ciebie i Spencera?
– Nie – zacisnęła usta i
pokręciła głową.
– To o co w takim razie? –
powiedziałam z lekkim zniecierpliwieniem.
– Pewnie się zastanawiasz
dlaczego kupiliśmy ci bilet już na jutro...
Oho. Wiedziałam,że coś się
między nimi działo.
– Hm..zgaduję,że macie mnie
dość? – odparłam z ironią.
– Skąd! – podniosła nagle
wzrok – Przecież jesteś nasza przyjaciółką. A Melanie cię
uwielbia. Chodzi o to,że...mam złe przeczucia.
Uniosłam brwi. Czyli jednak
chodziło o ich związek. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Cokolwiek się
stało,będę czuła się winna do końca życia,bo w końcu to ja
ich połączyłam.
Westchnęłam głośno.
– Wiem,że moja obecność
tutaj w niczym wam nie pomaga. Naprawdę,to dobrze,że wyjeżdżam,na
pewno chcecie być sami a jeśli coś się między wami złego
dzieje,to jest odpowiedni chwila,żeby...
– Nie – przerwała stanowczo
moją paplaninę – Między mną i Spencerem wszystko jest w
porządku. Serio.
– To dlaczego masz złe
przeczucia? – Byłam zbita z tropu jej enigmatyczną wypowiedzią.
– Bo tu nie chodzi o mój
związek tylko twój.
Otworzyłam usta.
– Słucham?! – wydusiłam.
– Spokojnie,nic się nie stało
– uspokoiła mnie nerwowo Marina. – Ja po prostu...wiesz co sądzę
o zostawieniu Emeline samej z Rafą.
– Przerabiałyśmy to –
odparłam ostro – Myślałam,że zrozumiałaś.
– Tak,ale ostatnio... –
przygryzła wargę – Od jakichś dwóch dni mam przeczucie,że coś
jest nie w porządku. Dlatego namówiłam Spencera,żeby skrócił ci
treningi i pozwolił wracać.
Prychnęłam i pokręciłam z
niedowierzaniem głową.
– Jesteś jakimś medium czy
co?
– Jestem kobietą – odparła
po prostu – I to mi wystarczy.
– Nie wierzę ci ani odrobinę
– stwierdziłam – Ale skoro mogę wrócić wcześniej to zrobię
to.
Skinęła głową i podniosła
się.
– Nie oczekiwałam,że
zrozumiesz.
Wyszła zostawiając mnie ze
swoimi przemyśleniami.
*
W nocy długo nie mogłam
zasnąć. Mimo szerokich żaluzji światło księżyca świeciło mi
prosto w oczy,a na twardej kanapie nie mogłam się wygodnie ułożyć.
Poza tym ciągle siedzą mi w głowie „złe przeczucia” Mariny.
Nie wierzyłam temu co prawda,ale jej słowa wystarczyły,żeby
zasiać w moim sercu ziarno niepokoju.
Rafa nie mógłby mnie zdradzić.
Był na to po prostu za dobry. Czułam przecież,że za mną tęsknił.
Jego oczy,jego głos...nawet w najsłabszej rozdzielczości
zdołałabym to wychwycić.
Czemu jestem taka nerwowa? Jasna
cholera,zaczynam się upodabniać do własnej matki.
Milion razy odrzucałam dręczące
mnie myśli,a one wciąż wracały niczym natrętne muchy.
Przewracałam się z boku na bok.
Niech ta koszmarna noc się już
skończy...
Rano wstałam z zapuchniętymi
oczami. Nie wiem kiedy w końcu udało mi się zasnąć,ale musiało
to być dobrze nad ranem. Całe szczęście,że lot mam dopiero po
południu,bo w życiu nie zdołałabym do tego czasu się ogarnąć.
– Ciężka noc? – zagadnął
Spencer przy śniadaniu upijając łyk kawy.
– Nie – skłamałam gryząc
kawałek bułki z serem i pomidorem.
– To czemu jesteś taka
zapuchnięta? – Ten to umie być uprzejmy.
– Czasem tak mam –
wymamrotałam z pełnymi ustami.
Pokiwał głową i wrócił do
swojego śniadania. Do salonu weszła Marina z Melanie na rękach i
posadziła ją w foteliku. Rzuciła mi przelotne spojrzenie,ale nie
odezwała się ani słowem. Całe szczęście.
Reszta dnia niesamowicie się
dłużyła. Nie wiedziałam,co ze sobą zrobić. Pięć razy
sprawdziłam,czy wszystko zabrałam,dwa razy czy w torebce mam
wszystkie dokumenty oraz przeczytałam informacje na bilecie setki
razy. Czułam mrowienie na myśl o powrocie do domu,ale za chwilę
również ukłucie niepokoju. Westchnęłam głęboko i nakazałam
sobie spokój. Przypominało to studzenie umysłu przed ważnym
meczem.
Kusiło
mnie,żeby zadzwonić do Rafy,ale nie chciałam w ostatniej chwili
wszystkiego psuć. To ma być nie-spo-dzian-ka. Z nudą jakoś sobie
poradzę. Poszłam jednak na kompromis i wysłałam mu sms'a
informującego,że nie będę mogła z nim porozmawiać po południu.
Okazał się wyrozumiały jak zawsze.
W
końcu punktualnie o godzinie piętnastej zerwałam się na równe
nogi i pomogłam Spencerowi wnosić moje torby do bagażnika. Nogi mi
drżały,kiedy klapa eleganckiego BMV opadła,a ja usiadłam na
fotelu pasażera. Kurczowo ściskałam w dłoniach torebkę i
wyglądałam przez okno na ruchliwą autostradę.
W
samochodzie panowała cisza mącona co jakiś czas przez małą,która
mamrotała coś pod nosem i jej mamę odpowiadającą cicho. Spencer
się nie odzywał;skupiał się na drodze płynnie zmieniając biegi
i co jakiś czas manewrując igiełką wskazującą prędkość.
Prawdę mówiąc,od wczoraj atmosfera między nami była dość
chłodna. Nie pokłóciłam się z Mariną otwarcie,ale nam obu ta
rozmowa dała do myślenia. Wiedziała,że jestem taka cicha,bo w
głębi duszy zastanawiam się czy nie ma racji. Nie nawiązywała
rozmowy,pewnie czekała na moment,w którym będzie mogła powiedzieć
„A nie mówiłam?”. Pytanie tylko,czy to na pewno do niej będą
należały te słowa.
Po
mozolnych skrętach i pustym krajobrazie za oknem,zatrzymaliśmy się
przy terminalu. Wytrzeszczyłam oczy wchodząc do środka i
odnajdując punkt odprawy do Palmy. Była to kolejka jak do sklepu w
czasach PRL-u. Jęknęłam z rezygnacją i ustawiłam się na szarym
końcu. Marina i Spencer nie bardzo wiedzieli co robić. Mogliby
poczekać ze mną,gdyby tylko nie było między nami takiej
niezręczności.
– Dziękuję
wam – odezwałam się w końcu – Nie musicie tu ze mną
sterczeć,dam sobie radę sama.
Mam
nadzieję,że nie zabrzmiało to opryskliwie.
Spencer
otworzył usta,żeby coś powiedzieć,ale po chwili je zamknął.
Marina z kolei miała usta zaciśnięte. Bez słowa podała Melanie
Spencerowi i powiedziała krótko:
– Zostań
tutaj.
Po
czym wzięła mnie za rękę i pociągnęła w kierunku
miękkich,skórzanych sof poza zasięgiem jego słuchu.
– Gniewasz
się na mnie – Bardziej stwierdziła niż zapytała.
– Wcale
się nie gniewam,po prostu uważam,że to co wygadujesz jest
niedorzeczne.
– Kinga,zdaję
sobie z tego sprawę,ale przyjmij w końcu do wiadomości,że nikt
nie jest święty. Nic nie sugeruję – dodała szybko widząc jak
otwieram usta ze zdziwienia. – Ale radzę ci,żebyś uważała.
– Tak
zrobię – skinęłam sztywno głową.
– Wiem,że
męczyło cię to przez noc-powiedziała krzyżując ręce – Więc
moje przypuszczenia nie są ci obojętne.
– A
tobie by były? – westchnęłam zrezygnowana – Kiedy ktoś
usiłuje ci zarzucić,że twój mąż cię zdradza?
– Myślę,że
nie – odparła z namysłem – Ja niczego nie zarzucam. Po
prostu...nie chcę żebyś cierpiała i dlatego ci to mówię.
– Minęłaś
się z celem – stwierdziłam zimno. – Jak sama
zauważyłaś,dręczyło mnie to całą noc.
– Oby
tylko przez jedną – powiedziała obracając się w kierunku biur
odprawy.
Spencer
popatrzył na nas krótko. Widząc smutek w oczach Mariny,który
zapewne błędnie zinterpretował jako tęsknotę,uściskał mnie
krótko. Melanie również objęła rączkami moją szyję.
– Pomachaj
cioci na do widzenia – usłyszałam głos Mariny gdy się oddalali.
Melanie wyciągnęła rączkę z uśmiechem.
Jak
widać ona też cieszy się,że wyjeżdżam.
Weszłam na pokład witana
uśmiechami stewardess wbitych w niebiesko-białe mundurki i z
włosami związanymi w koki. Będę im wdzięczna do końca życia za
wprowadzanie atmosfery normalności,podczas gdy silniki huczą jak
armaty a szyby od zewnątrz zamarzają uświadamiając człowiekowi,że
nie znajduje się na ziemi. Gdyby nie one,mój pierwszy lot na
turniej minąłby zdecydowanie gorzej.
Gdzie był ten pierwszy lot? Do
Stanów czy do Hiszpanii? Nie potrafię sobie przypomnieć,było to
jak miałam może szesnaście lat. Zwykły,mały challenger,ale ile
podekscytowania! Sama otoczka turnieju dawała poczucie,że już jest
się kimś,chociaż niczego się nie osiągnęło. Toni dostałyby
szału gdyby to usłyszał-według niego dwanaście Wielkich Szlemów
Rafaela to nie dostateczny powód do dumy.
Od niechcenia obejrzałam
procedurę postępowania w razie ewakuacji,po czym wyjęłam z
torebki opaskę na oczy. Noszę ją ze sobą niemalże od początku.
Nigdy nie wiesz,czy ludzie na których trafisz będą chcieli mieć
odsłonięte okno czy też nie. A poza tym,siedząc pośrodku,zawsze
istniało ryzyko,że ktoś cię rozpozna. Postanowiłam odciąć się
od świata od razu,gdy samolot oderwał się od ziemi i odczułam
skoki ciśnienia. Nie cierpiałam tego elementu podróży samolotem.
No i turbulencje. One zawsze
były okropne,zwłaszcza na długich dystansach. Lecieć do Australii
niemal cały dzień przy sporym zachmurzeniu? Nie,dziękuję.
Nasunęłam opaskę na oczy i
oparłam głowę o fotel. Usnęłam w ułamku sekundy odczuwając
skutki nieprzespanej nocy.
Obudziło mnie dopiero wiercenie
się współpasażerów. Kobieta po pięćdziesiątce siedząca od
przejścia wstała i zdjęła z półki nad siedzeniem torbę.
– Lądujemy? – spytałam po
angielsku.
Skinęła głową i jeszcze
bardziej kurczowo złapała torebkę. Najwyraźniej był to je
pierwszy raz. Zapięłam pas i czekałam na rozwój wydarzeń.
W Palmie uderzyła mnie fala
gorąca. No tak. Mimo zbliżającego się wieczoru,majorkańskie lato
w pełni.
Ruszyłam po bagaż. Lotnisko
jest ogromne i na dobrą sprawę nigdy nie wiem,w którym miejscu są
wyrzucane. Od tego zawsze mam Rafaela albo Titina.
Dotarłam na miejsce ruchomym
chodnikiem. Przed taśmami tłoczyli się niecierpliwie ludzie
wachlując się dłońmi. Wygrzebałam telefon i wybrałam numer do
męża. Jedne sygnał,drugi...poczta głosowa. Serce zabiło mi
szybciej. Co się mogło stać? Może wiedział,że nie będę
dzwonić i jest na treningu? Albo...
Wybrałam numer do Any Marii.
Też długo się łączyło.
– Tak? – odezwała się
przytłumionym głosem.
Jak dobrze,że ona odebrała.
– Cześć mamo.
– A,dzień dobry kochanie. Co
u ciebie?
– W porządku. Właśnie
jestem na lotnisku w Palmie i...
– Na lotnisku? Już? Miałaś
być dopiero w niedzielę.
– Powiedzmy,że dostałam
przepustkę za dobre sprawowanie – uśmiechnęłam się zwracając
się w stronę bagaży pojawiających się na taśmie. – Nie mogę
się dodzwonić do Rafaela,wiesz co się z nim dzieje?
– Niestety nie. Miał mieć
trening po południu,ale teraz nie wiem gdzie jest.
– Trudno – westchnęłam –
Czy...mogłabyś po mnie przyjechać zamiast niego?
– Przykro mi kochanie,ale mam
teraz spotkanie fundacji. Poczekaj,zadzwonię do Maribel.
Rozłączyła się w momencie
gdy moja torba z rakietami wjeżdżała na taśmę. Chwyciłam ją,a
potem resztę i położyłam na wózek.
W porządku. To co teraz?
Ktokolwiek tu jedzie,droga z Manacor trochę trwa. Pchając wózek
ruszyłam na górę w stronę kawiarenek i bezodprawowych
wolnocłówek. Kupiłam sobie mrożoną herbatę i bezglutenowy
batonik,bo nagle poczułam się głodna. Zjadłam w milczeniu co
jakiś czas zerkając na zegarek. Czas niebywale się dłużył.
W końcu wyszłam jednym z wyjść
z sali odbioru bagaży i czekałam na podjeździe otoczonym zewsząd
palmami. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi,ale zanim zajdzie
zupełnie,zdążę być już w domu i moczyć się w wannie.
Błysnęły światła i za
kierownicą samochodu Any Marii zobaczyłam uśmiechniętą Maribel.
– Cześć siostrzyczko! –
przywitała mnie życzliwie i objęła. – Fajnie,że już jesteś.
Te parę słów sprawiło,że
zaczynało do mnie docierać,że jestem już u siebie. Zrobiło mi
się cieplej na sercu.
– Nie wiesz co dzieje się z
Rafą? – spytałam,gdy przejeżdżałyśmy obok akwarium w Palmie.
Nigdy nie mam czasu się tam wybrać.
– Nie
mam pojęcia,wczoraj byliśmy razem na plaży,a dziś miał trening
po południu,a ja zajęcia na uczelni więc nie widzieliśmy się.
Pewnie zaprosił kumpli i oglądają jakiś mecz Relau,albo grają na
konsoli i zapomnieli o całym świecie.
No tak,to akurat często im się
zdarzało. Męskie rozrywki rządzą światem.
Poplotkowałyśmy trochę o tym
co dzieje się na świecie i tu na miejscu i nim się obejrzałam w
zapadającej ciemności dostrzegłam zarys małego wiatraka stojącego
pośrodku ronda na wjeździe do Manacor.
Zatrzymała samochód przed
naszą posiadłością na obrzeżach i pomogła z bagażami.
– Dzięki,dam radę sama. Chcę
mieć element zaskoczenia-mrugnęłam do niej. – Dzięki za
podwiezienie.
– Nie ma sprawy. Trzymaj się!
Odjechała a ja z tęsknym
westchnieniem ruszyłam w kierunku domu. Otworzyłam cicho drzwi
wejściowe - Rafa był w domu. W salonie dostrzegłam słabe
światło,ale nikogo nie słyszałam. Pewnie grał na PS3 sam,albo
usnął. To też czasem mu się zdarzało.
Pierwszym co zrobiłam po
wejściu do salonu było wytrzeszczenie oczu i upuszczenie z głośnym
hukiem torby z rakietami,na dźwięk którego Emeline oderwała się
od ust mojego męża.
Bum! *le obłąkańczy śmiech* Niespodzianka :D
Nawiasem mówiąc,opisy majorkańskiego lotniska i okolic są autentyczne,a na wjeździe do Manacor naprawdę stoi wiatraczek ;) Miałam gdzieś zdjęcie,ale się zapodziało,ostały się tylko zdjęcia domniemanego apartamentu Rafy xD Chociaż szkoda,bo było naprawdę ładne.
No to siedźcie teraz w niepewności do przyszłego tygodnia :*
Nie! No po prostu nie! Niemożliwe! Rafa?!!! Przecież... no przecież... Jeśli i on nie jest święty, to chyba przestaję wierzyć w ludzi...
OdpowiedzUsuńPo t a k i m rozdziale tylko tyle ode mnie. Sorry, ale zabiłaś mnie końcówką. Do ostatniej chwili wierzyłam, że na miejscu wszystko będzie OK...
W każdym razie miłego weekendu i do napisania! ;*