Zaczyna
się cykl przygotowań do US Open. Po cichu miałam nadzieję,że nie
będę mogła w nim już wystąpić,ale skoro mój organizm uparcie
nie chciał przyjąć nowego życia,chcę dać z siebie wszystko. Po
solidnym treningu w Anglii moje morale wzrastały dwukrotnie.
Pocieszałam się myślą,że badania w Palmie wypadły pozytywnie.
Nie było żadnych podstaw do niepokoju,a Alves-Valera orzekła,że w
moim przypadku winę za trudności z zajściem w ciążę ponoszą
tabletki.
Z deszczu pod rynnę.
Jedyny
problem ostatnio stanowił fakt,że Emeline wciąż się nie
wyprowadziła. Rafael i Ana Maria pozwolili jej zostać,dopóki
czegoś sobie nie znajdzie,a ja każdego dnia miałam nadzieję,że
to już. Ta suka nawet po wylaniu nie daje o sobie zapomnieć. Miała
nawet czelność odwiedzać nas,kiedy byliśmy u mojej teściowej.
Musiała czerpać ogromną satysfakcję z możliwości wylewania
trucizny na ścieżki mojego życia.
Nadchodził jednak czas pracy i musiałam wyrzucić ją z głowy.
Zaczęliśmy z Rafaelem podróżować po całej Ameryce,byliśmy w
rozjazdach niemal non stop. To zawsze bolało. Być tak blisko,a
jednak tak daleko.
Dylematy związku na odległość
skończyły się wraz z 26 września,a właściwie kilka dni
wcześniej,kiedy spotkaliśmy się w końcu wszyscy w Nowym Jorku. Od
tej pory,dni zaczęły lecieć szybciej i zanim się obejrzałam,minął
pierwszy tydzień zmagań w US Open. Dzień za dniem mijał na
treningu,meczu swoim i Rafaela,a czasem na kolacji na mieście. Przez
cały tydzień miałam również dobry humor. W miarę gładko
radziłam sobie z kwalifikantkami;dopiero w przyszłym tygodniu
czwartą rundę rozgrywam z Aną Ivanovic. Udało mi się ją pokonać
dość łatwo,dwa razy do czterech. Ćwierćfinał US Open stoi
przede mną otworem,pierwszy raz w karierze!
Z tego też powodu,Rafa traktował mnie wyjątkowo przez cały
wieczór i nie mogłam się doczekać rozwinięcia dalszej akcji.
Całą rodziną zjedliśmy kolację w indyjskiej restauracji,cały
czas śmiejąc się i żartując. Wróciliśmy dość późno i
zaczęło mnie ogarniać zmęczenie,ale mój mąż miał-zgodnie z
przewidywaniami inny zamiar. –
Jestem zmęczona – zaprotestowałam ziewając kiedy niespodziewanie
objął mnie z tyłu i pocałował w kark.
– Och,nie przesadzaj-wymruczał skubiąc ustami
moją skórę – Postaram się,żebyś nie myślała o zmęczeniu.
Wraz z jego
pocałunkami coraz bardziej miękły mi nogi i w końcu
pozwoliłam,aby wziął mnie na ręce i ułożył na łóżku.
Przymknęłam oczy,a on odpiął pasek moich spodni i z delikatnym
szelestem zsunął je w dół. Zachichotałam cichutko,a on
niezrażony wsunął swoje ciepłe palce pod moją bluzkę i
pociągnął ją do góry. Podniosłam się i pomogłam mu pozbyć
się koszuli guzik po guziku,aż w końcu spoczęła na podłodze.
Wycałowałam każdy mięsień jego brzucha i ruszyłam do paska w
spodniach,ale powstrzymał mnie z uśmiechem. – Nie jesteś jeszcze
gotowa – szepnął przechylając mnie na plecy. Zamknęłam oczy i
wbiłam paznokcie w pościel przyjmując z westchnieniem każde
uderzenie gorąca.
W końcu odsunął się ode mnie,na co zareagowałam westchnieniem
rozczarowania.
– Zapomniałem...no wiesz... – wymamrotał czerwieniąc się i wstał.
Leżałam przez chwilę wpatrując się w sufit i nagle usłyszałam dźwięk wiadomości. Złapałam swój telefon,ale to nie ja dostałam wiadomość.
Na drżących nogach podeszłam do komody,na której leżała komórka Rafaela. Patrzyłam na nią jak zahipnotyzowana. Odebrać czy nie?To nieetyczne i zdecydowanie ingeruje w prywatność,ale o tej porze to mogło być coś ważnego. Zerknęłam zatem na drzwi od łazienki i kliknęłam na wyświetlacz.
Emeline?
„Musimy pogadać!”
Czego ona może znowu chcieć?
Ze złością skasowałam sms. Niech nie myśli,że jesteśmy na każde jej skinienie. A poza tym już dawno powinna się wyprowadzić. Znaj moją dobrą wolę.
– Już jestem – Rafael wyszedł z łazienki,a ja niemalże podskoczyłam. Udając,że nic się nie stało podeszłam i pocałowałam go. Kiedy zaczęliśmy się kochać,nie umiałam jednak zapomnieć o wiadomości. Co miał znaczyć ten wykrzyknik na końcu? Znowu się w coś wpakowała?
– Chyba naprawdę jesteś zmęczona – powiedział ze smutkiem Rafa gładząc mnie po policzku. Leżał na boku i wciąż ciężko oddychał,a ja przymknęłam oczy.
Przełknęłam ślinę. Nie powiem mu o tym. Nie chcę się znowu o nią kłócić. Czy tak trudno jest zostawić nas w końcu w spokoju?
– Tak,chyba tak – zgodziłam się ziewając dla potwierdzenia. Zmusiłam się do lekkiego uśmiechu – Dobranoc kochanie
Jeśli się nie nie mylę,Emeline nie odzywała się więcej po tamtym sms'ie. Rafa twierdził,że nie miał od niej wiadomości,kiedy zapytałam o jej plany mieszkaniowe. Mimo to miałam złe przeczucia. Co ona znowu kombinowała?
Nie miałam co prawda zbyt wiele czasu by o tym myśleć,bo oto udało mi się osiągnąć finał US Open. Byłam tym tak przejęta,że spędzałam czas niemal wyłącznie na treningach. Nawet Toni był zdziwiony moją postawą i nakazał mi nieco odpoczynku. Prawda była jednak taka,że potrzebowałam zajęcia,na którym mogłabym się bezgranicznie skupić uciekając od problemów. Co z tego,że między mną a Rafaelem wszystko było w porządku?Ona wisiała między nami jak most linowy,na który wejdziesz i od razu runiesz w przepaść,sprawiając,że boisz się postawić kolejny krok.
Nie chcę upaść.
Mój mąż również miał dużo na głowie. Tyle,że w jego przypadku półfinał Wielkiego Szlema to nic nowego. Znów żyliśmy jakby w związku na odległość.
Chciałabym zamknąć oczy,policzyć do dziesięciu i otworzyć je ponownie z uśmiechem,mając świadomość,że zostawiłam problemy za sobą,a przede mną maluje się świetlana przyszłość.
W dzień finału US Open obudziłam się zbyt wcześnie i długo nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Z trudem zjadłam na śniadanie parę owoców i czekoladowego batonika,mój żołądek ściskał się z nerwów już od samego rana. Nie czułam stresu;w końcu nie był to mój pierwszy występ w takim finale. Ciążyła mi presja. W Polsce jak zwykle w takich sytuacjach wrze. Wymagają cudów od pretendenta,a jeśli mu się nie powiedzie,znajdują tysiące powodów,dla których nie było szansy by poszedł o krok wyżej. Tak to już jest. Zdążyłam się psychicznie przyzwyczaić,ale moje ciało ma własny sposób przeciwdziałania presji. Po prostu wie,że tego dnia będzie musiało znieść wysiłek przekraczający niekiedy zdrową normę i zawczasu wysyła mi ostrzeżenia.
Na trening wstałam w nieco lepszym humorze,ale nie czułam się najlepiej i obawiałam swojej formy w meczu finałowym. Rafael nie poruszał ze mną otwarcie tematu meczu. Nikt zresztą tego nie robił,taka była niepisana reguła w tej rodzinie. Przy obiedzie ścisnął lekko moją dłoń i posłał mi nieśmiały uśmiech. Wcale mi to nie pomogło. Przeciwnie,czułam się jeszcze gorzej ze świadomością,że nawet on utracił we mnie wiarę wykonując ten gest.
Dzień minął w nerwowym oczekiwaniu,a kiedy wreszcie wyszłam na kort,poczułam się jak w szklanej kuli. Hałas z trybun był głośny,ale słyszałam tylko szum,nerwowe kołatanie swojego serca i własny przyspieszony oddech.
Przed pierwszym punktem wzięłam dyskretnie parę głębokich oddechów,ale gdy odbiłam kilka piłek straciłam resztki pewności siebie.
Po kilku gemach miałam jasno zarysowany obraz postawy jaką prezentuje Williams. Była skoncentrowana i zdeterminowana do granic możliwości. Ja z kolei czułam,że stoję nad przepaścią.
Kilka piłek później runęłam w dół. Co prawda przegrałam pierwszego seta do pięciu,po w miarę wyrównanej walce,ale wciąż nie umiałam wygrzebać się z dołka,w którym się znalazłam jeszcze przed meczem. Zwyczajnie brakowało mi pewności siebie. Pewność uderzenia-owszem była. Ale co z tego,jeśli wszystkie elementy tenisowego kunsztu były od siebie oderwane?
Postanowiłam wziąć się w garść. Sięgnęłam pamięcią wstecz,do początków mojej kariery i przypomniałam kilka meczów. Na przykład ten w finale Wimbledonu,właśnie z Sereną. Było ciężko,ale wygrałam. Dlaczego nie miałabym zrobić tego ponownie,na przekór wszystkim problemom?
Tak. Zmiana nastawienia to najlepsze co mogę zrobić,jeśli przegrywam mecz,przekonałam się już nie raz. Zmotywowana do granic możliwości weszłam na kort by rozpocząć drugiego seta. W przerwach między zagraniami powtarzałam sobie jak mantrę:”Nie poddawaj się,rób swoje niezależnie od wszystkiego”.
Wypuściłam gwałtownie powietrze gotowa podjąć wyzwanie.
*
– Byłaś świetna!
– Hej,nie przejmuj się,grałaś wspaniale!
– Za rok na pewno wygrasz!
Te zdania dudniły mi w uszach,gdy szłam po skończonym meczu do taksówki. Spuściłam głowę i założyłam kaptur od bluzy chcąc się odizolować od nich wszystkich. Co oni mogli wiedzieć? Widzieli tylko to,co reszta kibiców i Serena. Nie mieli pojęcia,jaką walkę toczyłam sama ze sobą,byleby tylko jakoś się zmotywować.
W hotelu pierwszym co zrobiłam było wyruszenie do łazienki i odkręcenie kurka z wodą. Zanurzyłam się w pachnącej pianie po samą szyję i zamknęłam oczy licząc do dziesięciu. Który to już raz dzisiaj?
Nienawidziłam przegrywać. Zresztą kto lubił? Ale jeśli odniosło się porażkę marnując tyle szans na odwrócenie sytuacji,to bolało. Oj bardzo. I przejdzie najwcześniej do poniedziałku. Jeszcze dziś w nocy przyśni mi się ten mecz i będzie nękał aż nie pogodzę się z utratą. Cóż,w moim wypadku przegrana prowadzi do stanów depresyjnych.
Nawet nie wiem,ile czasu spędziłam w wannie,bo Rafa ani nikt z rodziny nie przeszkadza mi,kiedy po meczu biorę kąpiel. Tym razem jednak usłyszałam zza drzwi głos mojego męża.
– Zapomniałem...no wiesz... – wymamrotał czerwieniąc się i wstał.
Leżałam przez chwilę wpatrując się w sufit i nagle usłyszałam dźwięk wiadomości. Złapałam swój telefon,ale to nie ja dostałam wiadomość.
Na drżących nogach podeszłam do komody,na której leżała komórka Rafaela. Patrzyłam na nią jak zahipnotyzowana. Odebrać czy nie?To nieetyczne i zdecydowanie ingeruje w prywatność,ale o tej porze to mogło być coś ważnego. Zerknęłam zatem na drzwi od łazienki i kliknęłam na wyświetlacz.
Emeline?
„Musimy pogadać!”
Czego ona może znowu chcieć?
Ze złością skasowałam sms. Niech nie myśli,że jesteśmy na każde jej skinienie. A poza tym już dawno powinna się wyprowadzić. Znaj moją dobrą wolę.
– Już jestem – Rafael wyszedł z łazienki,a ja niemalże podskoczyłam. Udając,że nic się nie stało podeszłam i pocałowałam go. Kiedy zaczęliśmy się kochać,nie umiałam jednak zapomnieć o wiadomości. Co miał znaczyć ten wykrzyknik na końcu? Znowu się w coś wpakowała?
– Chyba naprawdę jesteś zmęczona – powiedział ze smutkiem Rafa gładząc mnie po policzku. Leżał na boku i wciąż ciężko oddychał,a ja przymknęłam oczy.
Przełknęłam ślinę. Nie powiem mu o tym. Nie chcę się znowu o nią kłócić. Czy tak trudno jest zostawić nas w końcu w spokoju?
– Tak,chyba tak – zgodziłam się ziewając dla potwierdzenia. Zmusiłam się do lekkiego uśmiechu – Dobranoc kochanie
Jeśli się nie nie mylę,Emeline nie odzywała się więcej po tamtym sms'ie. Rafa twierdził,że nie miał od niej wiadomości,kiedy zapytałam o jej plany mieszkaniowe. Mimo to miałam złe przeczucia. Co ona znowu kombinowała?
Nie miałam co prawda zbyt wiele czasu by o tym myśleć,bo oto udało mi się osiągnąć finał US Open. Byłam tym tak przejęta,że spędzałam czas niemal wyłącznie na treningach. Nawet Toni był zdziwiony moją postawą i nakazał mi nieco odpoczynku. Prawda była jednak taka,że potrzebowałam zajęcia,na którym mogłabym się bezgranicznie skupić uciekając od problemów. Co z tego,że między mną a Rafaelem wszystko było w porządku?Ona wisiała między nami jak most linowy,na który wejdziesz i od razu runiesz w przepaść,sprawiając,że boisz się postawić kolejny krok.
Nie chcę upaść.
Mój mąż również miał dużo na głowie. Tyle,że w jego przypadku półfinał Wielkiego Szlema to nic nowego. Znów żyliśmy jakby w związku na odległość.
Chciałabym zamknąć oczy,policzyć do dziesięciu i otworzyć je ponownie z uśmiechem,mając świadomość,że zostawiłam problemy za sobą,a przede mną maluje się świetlana przyszłość.
W dzień finału US Open obudziłam się zbyt wcześnie i długo nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Z trudem zjadłam na śniadanie parę owoców i czekoladowego batonika,mój żołądek ściskał się z nerwów już od samego rana. Nie czułam stresu;w końcu nie był to mój pierwszy występ w takim finale. Ciążyła mi presja. W Polsce jak zwykle w takich sytuacjach wrze. Wymagają cudów od pretendenta,a jeśli mu się nie powiedzie,znajdują tysiące powodów,dla których nie było szansy by poszedł o krok wyżej. Tak to już jest. Zdążyłam się psychicznie przyzwyczaić,ale moje ciało ma własny sposób przeciwdziałania presji. Po prostu wie,że tego dnia będzie musiało znieść wysiłek przekraczający niekiedy zdrową normę i zawczasu wysyła mi ostrzeżenia.
Na trening wstałam w nieco lepszym humorze,ale nie czułam się najlepiej i obawiałam swojej formy w meczu finałowym. Rafael nie poruszał ze mną otwarcie tematu meczu. Nikt zresztą tego nie robił,taka była niepisana reguła w tej rodzinie. Przy obiedzie ścisnął lekko moją dłoń i posłał mi nieśmiały uśmiech. Wcale mi to nie pomogło. Przeciwnie,czułam się jeszcze gorzej ze świadomością,że nawet on utracił we mnie wiarę wykonując ten gest.
Dzień minął w nerwowym oczekiwaniu,a kiedy wreszcie wyszłam na kort,poczułam się jak w szklanej kuli. Hałas z trybun był głośny,ale słyszałam tylko szum,nerwowe kołatanie swojego serca i własny przyspieszony oddech.
Przed pierwszym punktem wzięłam dyskretnie parę głębokich oddechów,ale gdy odbiłam kilka piłek straciłam resztki pewności siebie.
Po kilku gemach miałam jasno zarysowany obraz postawy jaką prezentuje Williams. Była skoncentrowana i zdeterminowana do granic możliwości. Ja z kolei czułam,że stoję nad przepaścią.
Kilka piłek później runęłam w dół. Co prawda przegrałam pierwszego seta do pięciu,po w miarę wyrównanej walce,ale wciąż nie umiałam wygrzebać się z dołka,w którym się znalazłam jeszcze przed meczem. Zwyczajnie brakowało mi pewności siebie. Pewność uderzenia-owszem była. Ale co z tego,jeśli wszystkie elementy tenisowego kunsztu były od siebie oderwane?
Postanowiłam wziąć się w garść. Sięgnęłam pamięcią wstecz,do początków mojej kariery i przypomniałam kilka meczów. Na przykład ten w finale Wimbledonu,właśnie z Sereną. Było ciężko,ale wygrałam. Dlaczego nie miałabym zrobić tego ponownie,na przekór wszystkim problemom?
Tak. Zmiana nastawienia to najlepsze co mogę zrobić,jeśli przegrywam mecz,przekonałam się już nie raz. Zmotywowana do granic możliwości weszłam na kort by rozpocząć drugiego seta. W przerwach między zagraniami powtarzałam sobie jak mantrę:”Nie poddawaj się,rób swoje niezależnie od wszystkiego”.
Wypuściłam gwałtownie powietrze gotowa podjąć wyzwanie.
*
– Byłaś świetna!
– Hej,nie przejmuj się,grałaś wspaniale!
– Za rok na pewno wygrasz!
Te zdania dudniły mi w uszach,gdy szłam po skończonym meczu do taksówki. Spuściłam głowę i założyłam kaptur od bluzy chcąc się odizolować od nich wszystkich. Co oni mogli wiedzieć? Widzieli tylko to,co reszta kibiców i Serena. Nie mieli pojęcia,jaką walkę toczyłam sama ze sobą,byleby tylko jakoś się zmotywować.
W hotelu pierwszym co zrobiłam było wyruszenie do łazienki i odkręcenie kurka z wodą. Zanurzyłam się w pachnącej pianie po samą szyję i zamknęłam oczy licząc do dziesięciu. Który to już raz dzisiaj?
Nienawidziłam przegrywać. Zresztą kto lubił? Ale jeśli odniosło się porażkę marnując tyle szans na odwrócenie sytuacji,to bolało. Oj bardzo. I przejdzie najwcześniej do poniedziałku. Jeszcze dziś w nocy przyśni mi się ten mecz i będzie nękał aż nie pogodzę się z utratą. Cóż,w moim wypadku przegrana prowadzi do stanów depresyjnych.
Nawet nie wiem,ile czasu spędziłam w wannie,bo Rafa ani nikt z rodziny nie przeszkadza mi,kiedy po meczu biorę kąpiel. Tym razem jednak usłyszałam zza drzwi głos mojego męża.
– Zaraz wychodzę! – odkrzyknęłam
owijając się w ręcznik i przeczesując ręką mokre włosy.
Stał w pokoju z rękoma w kieszeniach szortów.
– Już ci lepiej? – spytał dotykając mojego ramienia.
– Powiedzmy.
– Zacząłem się martwić... – A to nowość – Zapomniałaś o masażu?
– Ojej. Prawdę mówiąc to tak. Powiedz Titinowi,że zaraz będę.
Włożyłam coś na siebie i wróciłam do pokoju. Titin siedział na krześle wyłamując palce.
– Cześć ślicznotko! – powiedział z uśmiechem – Zapomniałaś o należytym odpoczynku?
Mruknęłam coś w odpowiedzi i pozwoliłam mu zająć się moimi nogami. Wcierał w nie jakieś maści,ugniatał(skrzywiłam się parę razy z bólu;najwyraźniej skurcze okażą się gorsze niż przypuszczałam)i pobudzał krążenie zimnymi okładami.
– No jak,lepiej? – spytał życzliwie zakręcając butelki.
– Pytasz o nogi czy nastawienie?
– W takim razie o obydwa.
– Dziękuję,na pewno będzie mniej bolało jutro rano. Wiesz jak nie lubię przegrywać.
– To tak jak Rafa. Przyzwyczaiłem się. – mrugnął i podniósł się z krzesła wzdychając – Chciałbym już wrócić do domu.
– Ja też. Mam dość koczowania. – przytaknęłam rozcierając kark.
– Ale musimy czekać aż do środy.
Stał w pokoju z rękoma w kieszeniach szortów.
– Już ci lepiej? – spytał dotykając mojego ramienia.
– Powiedzmy.
– Zacząłem się martwić... – A to nowość – Zapomniałaś o masażu?
– Ojej. Prawdę mówiąc to tak. Powiedz Titinowi,że zaraz będę.
Włożyłam coś na siebie i wróciłam do pokoju. Titin siedział na krześle wyłamując palce.
– Cześć ślicznotko! – powiedział z uśmiechem – Zapomniałaś o należytym odpoczynku?
Mruknęłam coś w odpowiedzi i pozwoliłam mu zająć się moimi nogami. Wcierał w nie jakieś maści,ugniatał(skrzywiłam się parę razy z bólu;najwyraźniej skurcze okażą się gorsze niż przypuszczałam)i pobudzał krążenie zimnymi okładami.
– No jak,lepiej? – spytał życzliwie zakręcając butelki.
– Pytasz o nogi czy nastawienie?
– W takim razie o obydwa.
– Dziękuję,na pewno będzie mniej bolało jutro rano. Wiesz jak nie lubię przegrywać.
– To tak jak Rafa. Przyzwyczaiłem się. – mrugnął i podniósł się z krzesła wzdychając – Chciałbym już wrócić do domu.
– Ja też. Mam dość koczowania. – przytaknęłam rozcierając kark.
– Ale musimy czekać aż do środy.
-Co
takiego?-jęknęłam Myślałam,że w poniedziałek w nocy możemy
być już w domu. Zazwyczaj tak jest.
-Kiedy ma się menadżera-zauważył.
No tak. Zaraz okaże się,że Emeline jest niezbędna w naszej ekipie. Po moim trupie!
-Zatrudnimy kogoś najszybciej jak się da. Wiesz ile jest teraz roboty.
-I właśnie dlatego przydałby się ktoś taki. Może dałoby się przywrócić Emeline?Wiesz,do końca roku.
-Och nie,nie w tym życiu-wstałam gwałtownie czując znaczny wzrost ciśnienia.-Jest skreślona do końca swoich dni. Nie wróci.
-Szkoda-westchnął-Bo naprawdę dobrze się wszystkim zajmowała. No i jest taaaaka...
Przerwałam zanim zdążył powiedzieć cokolwiek o fizyczności tej suki. Czy im wszystkim odbiło na jej punkcie? Co ona ma w sobie,że owija wszystkich wokół palca?
Wygląda na to,że tylko jak jeszcze jestem normalna. Czas na palenie czarownic.
-Kiedy ma się menadżera-zauważył.
No tak. Zaraz okaże się,że Emeline jest niezbędna w naszej ekipie. Po moim trupie!
-Zatrudnimy kogoś najszybciej jak się da. Wiesz ile jest teraz roboty.
-I właśnie dlatego przydałby się ktoś taki. Może dałoby się przywrócić Emeline?Wiesz,do końca roku.
-Och nie,nie w tym życiu-wstałam gwałtownie czując znaczny wzrost ciśnienia.-Jest skreślona do końca swoich dni. Nie wróci.
-Szkoda-westchnął-Bo naprawdę dobrze się wszystkim zajmowała. No i jest taaaaka...
Przerwałam zanim zdążył powiedzieć cokolwiek o fizyczności tej suki. Czy im wszystkim odbiło na jej punkcie? Co ona ma w sobie,że owija wszystkich wokół palca?
Wygląda na to,że tylko jak jeszcze jestem normalna. Czas na palenie czarownic.
Cholerne edytory tekstu,zawsze jak próbuję coś edytować musi się coś zepsuć :/ No nic,nie mam sił się z tym męczyć,jakoś dociągnę do końca z innymi czcionkami i tak dalej.
W niedzielę blog skończył rok. Ależ to szybko minęło! Nie spodziewałam się,że aż tyle zajmie mi dodawanie tych rozdziałów,jednakże cieszę się,że zdecydowałam się na publikację. Dało mi to sporo motywacji do dalszej pracy nad swoim pisarskim warsztatem,co poniekąd poskutkowało powstaniem drugiego bloga. Ogromne podziękowania także dla czytelników za tak ogromną liczbę wyświetleń,która przy każdym poście jest niemal regularna.
Dziękuję! xoxo
Dziękuję! xoxo
Rzeczywiście to już długo, ale mnie się zdaje, jakbym tego bloga czytała od zawsze. I nie wiem, co zrobię, jak się skończy... Będzie depresja jak u Kingi po przegranej :D Mam jednak nadzieję, że do tego jeszcze trochę! ;)
OdpowiedzUsuńEmeline miała zniknąć, a ciągle się tu kręci... echch... Myślałam, że się wyjaśni, czego chciała od Rafy.
Ale rzeczywiście, co w niej jest takiego, że zaskarbiła sobie sympatię ekipy państwa Nadalów?...
"Czas na palenie czarownic" - hahaha, to Kinga mnie zna? :D
Pozdrawiam!
PS. Dzisiaj el clasico na Foro Italico, że tak zarymuję. Ale po tym, co wczoraj wyczyniał Novak (pierwszy set 0:6 i to z Bellucim) i ostatnich wygranych turniejach Rafy na mączce, mam nadzieję, że będzie interesująco. Tak więc przed telewizor ok. 15:30 (bo chyba Polsat Sport nie odpuści takiego meczu?!).