Całe
szczęście,że mama wróciła,gdy byliśmy już ogarnięci i ubrani.
Z mojej miny zapewne wywnioskowała,że wszystko jest w porządku,bo
nie zadawała zbędnych pytań,ale i tak wiedziałam,że na szczegóły
przyjdzie jeszcze czas. Byłam jednak tak przepełniona radością,że
nasza separacja wynikła jedynie z niedomówień,że nie dbałam o
nic więcej.
Mama zabrała się za przygotowywanie obiadu,a Rafael przyniósł walizkę do mojego pokoju.
-Planowałeś zostać tu miesiąc?-spytałam wskazując podbródkiem na bagaż.
-Miesiąc może nie,ale kilka dni na pewno. Żeby przekonać cię do zmiany zdania-Posłał mi swój rozbrajający niewinny uśmiech,a ja rozpłynęłam się w nim.
-Hej,właściwie to mam dla ciebie propozycję na wieczór-powiedziałam unosząc się na piętach. Leżałam na łóżku ogarnięta zwyczajową sennością.
-Tak?-uniósł brwi z ciekawością-Czyżby powtórka tego,co było...-urwał spoglądając na srebrny zegarek Rolexa.-Dwie godziny temu?
-Nie-przewróciłam oczami-Mój ojciec chciał,żebym przyszła do niego dzisiaj wieczorem. I w zasadzie to nie masz wyjścia,musisz iść ze mną.
Mama zabrała się za przygotowywanie obiadu,a Rafael przyniósł walizkę do mojego pokoju.
-Planowałeś zostać tu miesiąc?-spytałam wskazując podbródkiem na bagaż.
-Miesiąc może nie,ale kilka dni na pewno. Żeby przekonać cię do zmiany zdania-Posłał mi swój rozbrajający niewinny uśmiech,a ja rozpłynęłam się w nim.
-Hej,właściwie to mam dla ciebie propozycję na wieczór-powiedziałam unosząc się na piętach. Leżałam na łóżku ogarnięta zwyczajową sennością.
-Tak?-uniósł brwi z ciekawością-Czyżby powtórka tego,co było...-urwał spoglądając na srebrny zegarek Rolexa.-Dwie godziny temu?
-Nie-przewróciłam oczami-Mój ojciec chciał,żebym przyszła do niego dzisiaj wieczorem. I w zasadzie to nie masz wyjścia,musisz iść ze mną.
-Jasne-podrapał się po głowie-Nie ma
sprawy.
A więc wieczorem wybraliśmy się spacerem do domu ciotki,na Ostrów Tumski. Rafa chodził z głową na wszystkie strony,bo chociaż byliśmy we Wrocławiu razem kilka razy,to nigdy w zasadzie nie spacerowaliśmy wieczorem.
-Pięknie tu-mówił,a jego oczy świeciły odbitym od lamp i nielicznych bilbordów świateł.-Chyba jedno z najpiękniejszych miast jakie widziałem.
A więc wieczorem wybraliśmy się spacerem do domu ciotki,na Ostrów Tumski. Rafa chodził z głową na wszystkie strony,bo chociaż byliśmy we Wrocławiu razem kilka razy,to nigdy w zasadzie nie spacerowaliśmy wieczorem.
-Pięknie tu-mówił,a jego oczy świeciły odbitym od lamp i nielicznych bilbordów świateł.-Chyba jedno z najpiękniejszych miast jakie widziałem.
-Cóż za komplement-odparłam z nutą
sarkazmu ciągnąc go w prawo.
Mieszkanie ciotki mieściło się w małej schludnej kamienicy,a samo w sobie urządzone było dość stylowo. Nie uprzedziłam ich,że przyjdę razem z Rafaelem,więc jego pojawienie się wywołało niepokój. Wzięłam głęboki oddech. To może być długi wieczór.
Mieszkanie ciotki mieściło się w małej schludnej kamienicy,a samo w sobie urządzone było dość stylowo. Nie uprzedziłam ich,że przyjdę razem z Rafaelem,więc jego pojawienie się wywołało niepokój. Wzięłam głęboki oddech. To może być długi wieczór.
*
-Chyba nie było tak tragicznie,co?-spytał z przekąsem Rafael gdy około godziny dziewiątej opuszczaliśmy mieszkanie. Złapał mnie za rękę ścisnął mocno.
-Nie. Chyba nie-odparłam niepewnie.-Jak na standardy mojej rodziny to całkiem normalnie.
-Wciąż chyba nie czują się komfortowo,nie mogąc normalnie się ze mną dogadać.-powiedział z żalem.
-To nie twoja wina-przystanęłam i dotknęłam jego policzka dłonią w nowej bordowej rękawiczce.-Co i raz przy jakimś wyjeździe marudzą,że muszą nauczyć się angielskiego,bla bla bla...a kończy się właśnie tak jak widzisz.
-Mogło być gorzej-przyznał łapiąc
mnie za nadgarstek.-Czy oni...wiedzą dlaczego wróciłaś do
Polski?
-Wiedzą-przygryzłam wargę-Chociaż w wersji ocenzurowanej.
-Wiedzą-przygryzłam wargę-Chociaż w wersji ocenzurowanej.
-Więc jak było naprawdę wie tylko
twoja mama?
Skinęłam głową.
-Ale chyba wiedzą,że jesteś w ciąży?
-Tego nie dałabym rady
ukryć-roześmiałam się,a on ze mną. Złapałam mojego męża pod
ramię i ruszyliśmy wzdłuż ulicy.
Było chłodno,nawet jak na tę porę
roku. Śnieg już nie padał,ale pozostawił pamiątkę w postaci
białej narzuty na trawnikach i dachach. Nie utrzyma się długo,jeśli
nie będzie mrozu,ale nie martwiło mnie to zbytnio. Zdecydowanie
bardziej wolę ciepłe kraje.
Ta myśl przeszła moje ciało niczym wiązka prądu. Wraz z mężem otrzymałam bilet powrotny do raju. Westchnęłam cicho i przywołałam w pamięci obraz szerokich plaż,co wieczór grabionych niczym pole uprawne,palm na każdym kroku,a przede wszystkim-domu. Tego olbrzymiego domu,który należał tylko do nas.
Ta myśl przeszła moje ciało niczym wiązka prądu. Wraz z mężem otrzymałam bilet powrotny do raju. Westchnęłam cicho i przywołałam w pamięci obraz szerokich plaż,co wieczór grabionych niczym pole uprawne,palm na każdym kroku,a przede wszystkim-domu. Tego olbrzymiego domu,który należał tylko do nas.
Ale chciałam dać też coś od
siebie,zanim wrócimy na Majorkę na stałe. Pragnę mu pokazać
piękno tego miasta,które zrobiło na nim tak imponujące wrażenie.
-Miałbyś coś przeciwko,gdybyśmy
jeszcze trochę się przeszli?-spytałam zerkając na niego
nieśmiało.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
-Oczywiście,że nie. Wiesz,że lubię
spacerować.
-To dobrze-odetchnęłam.
-Coś się stało?-spytał ostro
wyłapując moje westchnienie. Jego twarz przeniknął niepokój.
-Nic kochanie. Po prostu...chcę ci
pokazać jeszcze miasto. A poza tym świeże powietrze dobrze mi
zrobi przed snem.
-Skoro tak-pokiwał sztywno głową.
Z Ostrowa zeszliśmy na most prowadzący
na Wyspę Młyńską. Zawsze uwielbiałam te wysepki wieczorem,a
teraz,otulone warstewką śniegu i wodą skrzącą w blasku latarni
wyglądały spektakularnie i...magicznie.
-Co to za wyspa?-spytał Rafael
rozglądając się na przechodzących ludzi.
-Młyńska. A tam dalej Słodowa.
Pokierowałam go na następny mostek i
przystanęliśmy na chwilę rozkoszując się
krajobrazem.
-Cudownie-wyszeptał nie mogąc oderwać wzroku od trawników pokrytych śniegiem i migoczących w ciemności świateł miasta.-Tu jest jak w śnieżnej kuli. Odizolowane od wszystkiego.
-Cudownie-wyszeptał nie mogąc oderwać wzroku od trawników pokrytych śniegiem i migoczących w ciemności świateł miasta.-Tu jest jak w śnieżnej kuli. Odizolowane od wszystkiego.
-To prawda-zdziwiłam się trafnością
jego spostrzeżenia. Obrócił głowę w kierunku przeszklonego
budynku,a potem zwrócił się do mnie:
-A tam co jest?
-Tam?Nie jestem pewna. Chyba
apartamenty.-zmarszczyłam brwi spoglądając w ich kierunku.
-Są już wynajęte?
-Nie mam pojęcia.-zmarszczyłam brwi
czując podstęp-Czemu pytasz?
-Chciałbym tu zamieszkać
-Och-nabrałam głośno powietrza w
płuca. Co takiego?
-No,wiesz...mielibyśmy gdzie się
zatrzymać odwiedzając twoją rodzinę-dodał szybko widząc szok na
mojej twarzy.
-I dlatego chcesz...kupić tu
apartament?
-A czemu nie?-wzruszył ramionami i
potarł dłonie.-Tu jest wspaniale Kinga. Mała cząstka Manacor na
malutkiej wysepce pośrodku...Wisły?
-Odry-poprawiłam ze śmiechem.
-Właśnie. Nie możemy siedzieć na
głowie twojej mamie. Tym bardziej,że rodzinka nam się
powiększy.-objął mnie ramieniem,a druga ręką dotknął mojego
brzucha. Coraz bardziej zaczynało mi się to podobać.
Staliśmy przez chwilę w bezruchu,aż
on podniósł wzrok i powoli mnie pocałował,nie cofając ręki. To
było...takie słodkie i romantyczne. Chyba po raz pierwszy w życiu
żałowałam,że nie pada śnieg.
-Trzeba będzie podzielić się tą
radosną nowiną z resztą świata,nie sądzisz?-spytałam odrywając
usta.
-Najpierw musimy to ogłosić w
domu-zaprotestował.
-Och,no tak. Zapomniałam-zarumieniłam
się. Zupełnie zapomniałam o rodzinie mojego męża.
-Urządzimy kolację-ciągnął
obejmując mnie w talii i ruszając dalej.-Zaprosimy wszystkich,żeby
powitać cię z powrotem no i przy okazji ogłosimy nowinę.
-Jeju-westchnęłam-Będzie trochę
pracy.
-Ja chętnie coś ugotuję-cmoknął
mnie w skroń.-Muszę teraz o ciebie dbać. Kiedy masz następną
wizytę?
-W przyszłym miesiącu,ale załatwię
ją już na Majorce. W życiu nie wrócę do tego frajera!
-Dlaczego?-w jego oczach błysnęło
rozbawienie.
-Bo wie kim jestem i ogląda moje
mecze.
Roześmiał się i pokręcił głową.
-Nie on jeden.
-Ale ginekolog!To
takie...uch.-skrzywiłam się-No,nieważne. Wracajmy do domu,robi się
chłodno.
*
Rafael spędził ze mną we Wrocławiu jeszcze trzy dni. Szybko udało mu się załatwić jeszcze jeden bilet i wreszcie mogę wrócić do domu!Ręce przy pakowaniu ubrań mi się trzęsą;tak bardzo chciałabym znaleźć się już w naszym małżeńskim łóżku,zatopić się w ustach mojego męża i najchętniej przeleżeć cały dzień.
-Gotowa?-spytał Rafael kładąc dłonie
na moich ramionach,kiedy zapinałam walizkę.
-Jak nigdy-odparłam z uśmiechem.
-Daj,zaniosę je na dół.
Taksówka przyjechała po nas dokładnie
o ósmej trzydzieści. Z drżącym sercem wyglądałam przez okno na
zawiłą drogę z samego Wrocławia na obrzeża,do lotniska.
W pięknym,nowoczesnym,wyłożonym
szarym marmurem terminalu kręciło się sporo ludzi. Mocniej
naciągnęłam kaptur białej bluzy Nike wystającej spod różowego
bezrękawnika w nadziei na zamaskowanie się. Rafa z kolei,w szarej
bluzie i bezrękawniku do kompletu oraz prostych dżinsach wyglądał
zupełnie normalnie. Że też ja jak zwykle musiałam wybrać tak
jaskrawy kolor!
Po odprawie usiedliśmy w poczekalni
przed bramką odlotów,a ja wyciągnęłam z torebki migdały. Rafa
spojrzał na mnie pytająco zajmując miejsce obok.
-To na mdłości-wyjaśniłam
otwierając paczkę i sypiąc sobie garść na rękę.
Uniósł brwi,ale nic nie
powiedział,tylko zajął się swoim telefonem. Zjadłam migdały i
położyłam sobie rękę na brzuchu. Szczerze mówiąc obawiałam
się nieco lecieć będąc w ciąży. Zastanawiałam się jak to
będzie latać z Rafaelem po turniejach. Mirka latała z Rogerem
wszędzie i zdaje się,że nie miała żadnych problemów,więc to
pewnie kwestia przyzwyczajenia,ale niepokój czai się nieproszony
gdzieś w moim sercu.
Wsiadłam do samolotu na drżących
nogach. Po części ze szczęścia,po części ze strachu. W
samolocie było mało ludzi;tylko w nielicznych rzędach siedziały
po trzy osoby,na szczęście ja i mój mąż mogliśmy cieszyć się
pełnią prywatności.
Usłyszałam szum uruchamianych
silników i po chwili samolot poderwał się do lotu. Wzdrygnęłam
się odczuwając nagłą zmianę ciśnienia. Rafael ścisnął lekko
moją dłoń.
-Dobrze się czujesz?-spytał z troską.
-Tak,wiesz przecież jak bardzo nie
lubię startów-odparłam z uśmiechem. Skinął głową,ale nie
spuszczał ze mnie wzroku. Rozluźnił się dopiero,gdy pilot
wyrównał lot. Westchnęłam w duchu i zajęłam się czytaniem
książki.
Przy lądowaniu było nieco gorzej i
przez chwilę miałam wrażenie,że zwymiotuję. Chwyciłam kurczowo
fotel przede mną i wzięłam kilka uspakajających oddechów. Już.
Jesteś w domu. Raz,dwa,trzy...
Rafael obserwował mnie kątem oka i
widziałam,jak zaciska usta w wąską kreskę..
-W porządku?-spytał w końcu gdy
odbieraliśmy bagaż.-Zbladłaś.
-Naprawdę?-przełknęłam
ślinę-Wszystko dobrze,jestem nieco zmęczona,to wszystko.
Uspokoiłam go nieco tym
stwierdzeniem,ale wyraz jego oczu wciąż był nieprzenikniony i
troskliwy.
-Kiedy dojedziemy do domu od razu
kładziesz się do łóżka-oznajmił stanowczo. Tak stanowczo,że
nie odważyłam się polemizować.
Wychodząc na parking przylegający do
lotniska,zdjęłam bezrękawnik i bluzę pozostając w T-shircie w
marynarskie paski. Nie było upalnie,ale słońce świeciło przez
bielutkie chmury okalające niebo napawając wyspę swoim ciepłem.
Och,kocham ciepełko!
Dostrzegłam blondynkę stojącą obok
bordowego samochodu,którego maska lśniła imponująco w promieniach
słońca. Pomachałam jej i szybko ruszyłam w jej stronę.
Maribel odwróciła głowę i
wyciągnęła ramiona zamykając mnie w serdecznym uścisku.
-Och,siostrzyczko!-pisnęła kołysząc
mną na boki-Tęskniłam za tobą!
-Ja za tobą też!-odparłam odsuwając
się. Brązowe oczy,identyczne jak u brata błyszczały,a różowe
usta rozciągnęła w uśmiechu.
-To twój nowy samochód?-spytałam
zerkając na bordowe cudo.
-Rafa nic ci nie powiedział?-zdziwiła
się.
-Nie.
-Och,miała być
niespodzianka-westchnęła zdając sobie sprawę z popełnionej gafy.
-Jaka niespodzianka?O czym ty mówisz?
-Sama zapytaj.
Rafael doczłapał do nas objuczony
walizkami. Otarł pot z czoła i zmarszczył brwi na widok mojego
spojrzenia.
-Rafa,o jakiej niespodziance mówi
Maribel?-spytałam nieco ostro.
Rzucił okiem na samochód i posłał
siostrze zniecierpliwione spojrzenie.
-Maria,mówiłem żebyś nim nie
przyjeżdżała-westchnął.
On mówi do siostry Maria! Chyba
naprawdę podpadła.
-Dobra,zanim zaczniecie się wyzywać
czy robić coś przystającego dla kłócącego się rodzeństwa,chcę
wiedzieć o co chodzi-wtrąciłam przenosząc wzrok to na jedno to na
drugie.
-Otóż chodzi o to
kochanie-odchrząknął-Że ten samochód należy do ciebie...
-Do mnie?-zamrugałam oczami.
-To KIA,prezent od sponsorów.
Uznałem,że będzie też twoim prezentem na powrót do domu-wyjaśnił
spuszczając wzrok.
O cholera. Mam własny samochód. I to
jaki!
-No jak,podoba ci się?-spytał
nieśmiało.
-Jest śliczny-odparłam oglądając
auto z każdej strony-Ale...co na to rodzina?I co będą o nas myśleć
w Manacor?
Maribel przewróciła oczami.
-A co mają myśleć?Znają nas i
wiedzą jacy jesteśmy-wzruszyła ramionami.
-Nie przyjąłbym go,gdyby nie był ci
potrzebny własny samochód.-dodał Rafa.
-Przecież nie potrzebuję własnego
samochodu. Wystarcza nam jeden.
-Och skarbie,tak będzie wygodniej.
Zawsze będziesz mogła go zostawić na tym parkingu kiedy będziesz
na innym turnieju niż ja albo...
Uniosłam porozumiewawczo brwi.
-No,może nie teraz-mruknął-Ale za
jakiś czas...
-Jasne.-urwałam. Nie chcę,żeby
Maribel dowiedziała się o ciąży na parkingu przed
lotniskiem.-Cóż,w takim razie dziękuję.
Podeszłam do męża i pocałowałam go
w policzek. Jego siostra wręczyła mi kluczyki.
-Proszę. Jest twój.
-Mam prowadzić?-spytałam przerażona. Tak dawno tego nie robiłam.
-Mam prowadzić?-spytałam przerażona. Tak dawno tego nie robiłam.
-Może lepiej będzie jeśli ja to
zrobię-wtrącił Rafael sięgając po klucze. Zacisnęłam na nich
rękę.
-Nie. Poprowadzę.-oznajmiłam
stanowczo.
Kiedy siadałam za kierownicą cała
się trzęsłam. Wnętrze było nowoczesne i eleganckie,siedzenia
obite szarą tapicerką i czuć było zapach nowości przemieszany ze
słodkimi perfumami Maribel. No dobrze,odpal. Umiesz to robić. Znasz
drogę. Dasz sobie radę.
Silnik zaburczał i ostrożnie
wyjechałam z podjazdu na drogę zaciskając mocniej dłonie na
kierownicy. Zdziwiłam się,jak czuły na każdy ruch jest samochód.
Przejeżdżając obok Palma Aquarium nabrałam wrażenia,że płynie
po jezdni jak jedna z rybek w budynku. Komfort jazdy był namacalny.
-Jest genialny-powiedziałam płynnie
wchodząc w zakręt na rondzie.-Jedzie jak marzenie.
-To dobrze-skinął głową Rafael.
Wzrok miał nieobecny,miałam wrażenie,że wciąż myśli o moich
niedogodnościach podczas lotu. Przełknęłam ślinę wiedząc,że
po powrocie czeka mnie co najmniej godzina leżenia do góry brzuchem
i obserwowania sufitu.
Westchnęłam cicho wjeżdżając do
Manacor. Nic się tu nie zmieniło. To samo senne miasteczko we
wschodniej części wyspy gdzie czas zdawał się zatrzymywać. I
które zdążyłam pokochać równie mocno jak Wrocław.
Odwieźliśmy Maribel do apartamentowca
a sami udaliśmy się do domu. Zmarszczyłam brwi szukając miejsca
do zaparkowania.
-Będziesz musiała zaparkować przy
chodniku-wzruszył przepraszająco ramionami Rafa-Nie przemyślałem
jeszcze wszystkich kwestii związanych z nowym samochodem.
Weszłam do domu i łzy zakręciły mi
się w oczach. Ściany w salonie pomalowane na beżowy kolor,ciemne
blaty w kuchni i przeszklona szyba dająca widok na taras. Wszędzie
tak pusto i cicho.
-Wróciłam-szepnęłam po polsku
ukradkiem ocierając łzy.
-Kinga idź na górę się
położyć-nakazał Rafael pojawiając się w holu z walizkami.
-Nie jestem zmęczona-skłamałam.
Godzina prowadzenia samochodu poprzedzona dwugodzinnym lotem i
naturalna senność w ciąży zrobiły swoje,ale czułam,że jestem
potrzebna. Sobie,Rafie,temu domowi. Całej wyspie. Tak jakbym chciała
odpokutować swoje odejście w każdy możliwy sposób.
-Muszę wypakować walizki,nastawię
pranie i...
-Ja się tym zajmę-warknął Rafael
patrząc na mnie tą swoją miną kortowej bestii,nie akceptującą
sprzeciwu.-Musisz odpoczywać.
-Okej-przewróciłam oczami i nie
oglądając się za nim ruszyłam na górę.
Pierwsze co uderzyło mnie w sypialni
to duchota panująca w pomieszczeniu. Sapnęłam i prędko uchyliłam
dwa okna. Poza tym wszystko było tak,jak zostawiłam. Przeszłam do
garderoby i otworzyłam pierwszą szafę. Moje ubrania wciąż tam
były-złożone w kostkę i czekające na włożenie. Znów zapiekły
mnie oczy.
Położyłam się na wielkim małżeńskim
łożu i zamknęłam oczy napawając się spokojem. Ostatni raz
uprawiałam na tym łóżku seks,który doprowadził do zajścia w
ciążę. Pogładziłam brzuch na wspomnienie tej chwili.
To było takie...nieoczekiwane,zupełnie
nie w naszym stylu. Czyste pożądanie eksplodujące za sprawą
nagromadzonych emocji. Zachowaliśmy się jak zwierzęta i gdyby nie
to,że sprawy nabrały przeciwny obrót,byłabym na siebie zła do
końca życia za utratę zimnej krwi.
Otworzyłam oczy gdy do pokoju wszedł
Rafael z walizkami. Jego mięśnie seksownie napięły się pod
białym T-shirtem i oblizałam usta na ten widok. Marne szanse. Dość
dosadnie zmusił mnie do odpoczynku,nie złamie się teraz ani na
moment.
Przeszedł do garderoby i wrócił
kładąc się obok mnie. Przytuliłam się do niego i zacisnęłam
jego ramię wokół brzucha.
-Jak się czujesz?-spytał gładząc z
troską moje niesforne loki. Znów pachniał cytrusami i morzem.
-Trochę zmęczona-przyznałam w końcu.
Nie widziałam jego twarzy,ale mogłabym
przysiąc,że uśmiechnął się tryumfalnie.
-I ty chciałaś jeszcze robić
pranie!-powiedział z naganą w głosie,jakbym zamierzała przebiec
maraton.
-Nie mogę siedzieć bezczynnie i
zwalać wszystkiego na ciebie-zaprotestowałam.
-Kochanie,musisz się oszczędzać.
Zamierzam się teraz tobą opiekować.
O nie,zaczyna się.
-Robisz to codziennie.
-Ale w tej sytuacji szczególnie.-Musnął
dłonią mój brzuch i pocałował w szyję.
-Rafaelu nic mi się nie stanie.
Odpocznę trochę i zajmę się porządkami.
-Nie trzeba.-wyczuwając mój
niespokojny ruch,który miał być protestem dodał:-Ale możemy
pojechać na zakupy. W lodówce nie mamy nic oprócz światła i
trzeba kupić coś na jutrzejszą kolację.
-Już jutro?-zdziwiłam się.
-A czemu nie?
-Sądziłam,że trochę z tym
poczekamy. Do następnej wizyty.
Delikatnie odwrócił mnie twarzą do
siebie i cmoknął w usta.
-Skarbie,nie wytrzymam tyle. Jestem
taki szczęśliwy,że chcę się podzielić ta radością z całym
światem.
-I tak będziesz musiał-zachichotałam.
Roześmiał się ukazując swoje urocze
dołeczki. Ależ ja je kocham!
-Kiepskie porównanie-przyznał-Ale
proszę,zróbmy to jutro. Już dzisiaj skręcało mnie,żeby
powiedzieć Maribel,ale się powstrzymałem. Nie każ mi cierpieć
dłużej.
-Dobrze.-oznajmiłam łagodnie.-Dla
mnie to bez różnicy.
Leżał chwilę za mną aż w końcu
nie wiedzieć kiedy zwyczajnie usnęłam.Zawsze pisałam tu coś konkretnego,ale dziś zupełnie nie mam weny. Te upały mnie wykańczają. Trzymajcie się!
xoxo
Sielankowo, uroczo, spokojnie... Też właściwie nie wiem, co napisać. Cieszę się ich szczęściem :)
OdpowiedzUsuńJedyne, co mnie dziś zaniepokoiło, to prowadzenie auta przez zmęczoną Kingę, bo brzmiało to jakoś złowieszczo, ale przecież miało już być dobrze, więc szybko mnie uspokoiłaś.
Trzymaj się w te upały, jakoś przeżyjemy ;)
Oho,czyżby wiedźmowe zdolności się uaktywniły? :D
UsuńRafa jest u ciebie takim cudownym, opiekuńczym mężem (i przyszłym tatusiem ;p), ja też takiego chcę w przyszłości :) Ideał, jeśli dodać do tego jego atrakcyjność... ehh, rozmarzyłam się :]
OdpowiedzUsuńTak sobie wyobrażam Rafę prywatnie :) Może troszkę udoskonalam,no ale to przecież opowiadanie ;)
UsuńWitaj! Jestem tutaj pierwszy raz i nie żałuję. Jak to ja zaczęłam czytać od końca zamiast od początku, ale nie żałuję bo teraz wiem, że jest warto!
OdpowiedzUsuńŚwietne opowiadanie. :>
Pozdrawiam!
wiecznieskrytywwsobie.blogspot.com/