Tekst

piątek, 1 lipca 2016

3.22 Powrót do raju

Całe szczęście,że mama wróciła,gdy byliśmy już ogarnięci i ubrani. Z mojej miny zapewne wywnioskowała,że wszystko jest w porządku,bo nie zadawała zbędnych pytań,ale i tak wiedziałam,że na szczegóły przyjdzie jeszcze czas. Byłam jednak tak przepełniona radością,że nasza separacja wynikła jedynie z niedomówień,że nie dbałam o nic więcej.
Mama zabrała się za przygotowywanie obiadu,a Rafael przyniósł walizkę do mojego pokoju.
-Planowałeś zostać tu miesiąc?-spytałam wskazując podbródkiem na bagaż.
-Miesiąc może nie,ale kilka dni na pewno. Żeby przekonać cię do zmiany zdania-Posłał mi swój rozbrajający niewinny uśmiech,a ja rozpłynęłam się w nim.
-Hej,właściwie to mam dla ciebie propozycję na wieczór-powiedziałam unosząc się na piętach. Leżałam na łóżku ogarnięta zwyczajową sennością.
-Tak?-uniósł brwi z ciekawością-Czyżby powtórka tego,co było...-urwał spoglądając na srebrny zegarek Rolexa.-Dwie godziny temu?
-Nie-przewróciłam oczami-Mój ojciec chciał,żebym przyszła do niego dzisiaj wieczorem. I w zasadzie to nie masz wyjścia,musisz iść ze mną.
-Jasne-podrapał się po głowie-Nie ma sprawy.
A więc wieczorem wybraliśmy się spacerem do domu ciotki,na Ostrów Tumski. Rafa chodził z głową na wszystkie strony,bo chociaż byliśmy we Wrocławiu razem kilka razy,to nigdy w zasadzie nie spacerowaliśmy wieczorem.
-Pięknie tu-mówił,a jego oczy świeciły odbitym od lamp i nielicznych bilbordów świateł.-Chyba jedno z najpiękniejszych miast jakie widziałem.
-Cóż za komplement-odparłam z nutą sarkazmu ciągnąc go w prawo.
Mieszkanie ciotki mieściło się w małej schludnej kamienicy,a samo w sobie urządzone było dość stylowo. Nie uprzedziłam ich,że przyjdę razem z Rafaelem,więc jego pojawienie się wywołało niepokój. Wzięłam głęboki oddech. To może być długi wieczór.

*


-Chyba nie było tak tragicznie,co?-spytał z przekąsem Rafael gdy około godziny dziewiątej opuszczaliśmy mieszkanie. Złapał mnie za rękę ścisnął mocno.
-Nie. Chyba nie-odparłam niepewnie.-Jak na standardy mojej rodziny to całkiem normalnie.
-Wciąż chyba nie czują się komfortowo,nie mogąc normalnie się ze mną dogadać.-powiedział z żalem.
-To nie twoja wina-przystanęłam i dotknęłam jego policzka dłonią w nowej bordowej rękawiczce.-Co i raz przy jakimś wyjeździe marudzą,że muszą nauczyć się angielskiego,bla bla bla...a kończy się właśnie tak jak widzisz.
-Mogło być gorzej-przyznał łapiąc mnie za nadgarstek.-Czy oni...wiedzą dlaczego wróciłaś do Polski?
-Wiedzą-przygryzłam wargę-Chociaż w wersji ocenzurowanej.
-Więc jak było naprawdę wie tylko twoja mama?
Skinęłam głową.
-Ale chyba wiedzą,że jesteś w ciąży?
-Tego nie dałabym rady ukryć-roześmiałam się,a on ze mną. Złapałam mojego męża pod ramię i ruszyliśmy wzdłuż ulicy.
Było chłodno,nawet jak na tę porę roku. Śnieg już nie padał,ale pozostawił pamiątkę w postaci białej narzuty na trawnikach i dachach. Nie utrzyma się długo,jeśli nie będzie mrozu,ale nie martwiło mnie to zbytnio. Zdecydowanie bardziej wolę ciepłe kraje.
Ta myśl przeszła moje ciało niczym wiązka prądu. Wraz z mężem otrzymałam bilet powrotny do raju. Westchnęłam cicho i przywołałam w pamięci obraz szerokich plaż,co wieczór grabionych niczym pole uprawne,palm na każdym kroku,a przede wszystkim-domu. Tego olbrzymiego domu,który należał tylko do nas.
Ale chciałam dać też coś od siebie,zanim wrócimy na Majorkę na stałe. Pragnę mu pokazać piękno tego miasta,które zrobiło na nim tak imponujące wrażenie.
-Miałbyś coś przeciwko,gdybyśmy jeszcze trochę się przeszli?-spytałam zerkając na niego nieśmiało.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
-Oczywiście,że nie. Wiesz,że lubię spacerować.
-To dobrze-odetchnęłam.
-Coś się stało?-spytał ostro wyłapując moje westchnienie. Jego twarz przeniknął niepokój.
-Nic kochanie. Po prostu...chcę ci pokazać jeszcze miasto. A poza tym świeże powietrze dobrze mi zrobi przed snem.
-Skoro tak-pokiwał sztywno głową.
Z Ostrowa zeszliśmy na most prowadzący na Wyspę Młyńską. Zawsze uwielbiałam te wysepki wieczorem,a teraz,otulone warstewką śniegu i wodą skrzącą w blasku latarni wyglądały spektakularnie i...magicznie.
-Co to za wyspa?-spytał Rafael rozglądając się na przechodzących ludzi.
-Młyńska. A tam dalej Słodowa.
Pokierowałam go na następny mostek i przystanęliśmy na chwilę rozkoszując się krajobrazem.
-Cudownie-wyszeptał nie mogąc oderwać wzroku od trawników pokrytych śniegiem i migoczących w ciemności świateł miasta.-Tu jest jak w śnieżnej kuli. Odizolowane od wszystkiego.
-To prawda-zdziwiłam się trafnością jego spostrzeżenia. Obrócił głowę w kierunku przeszklonego budynku,a potem zwrócił się do mnie:
-A tam co jest?
-Tam?Nie jestem pewna. Chyba apartamenty.-zmarszczyłam brwi spoglądając w ich kierunku.
-Są już wynajęte?
-Nie mam pojęcia.-zmarszczyłam brwi czując podstęp-Czemu pytasz?
-Chciałbym tu zamieszkać
-Och-nabrałam głośno powietrza w płuca. Co takiego?
-No,wiesz...mielibyśmy gdzie się zatrzymać odwiedzając twoją rodzinę-dodał szybko widząc szok na mojej twarzy.
-I dlatego chcesz...kupić tu apartament?
-A czemu nie?-wzruszył ramionami i potarł dłonie.-Tu jest wspaniale Kinga. Mała cząstka Manacor na malutkiej wysepce pośrodku...Wisły?
-Odry-poprawiłam ze śmiechem.
-Właśnie. Nie możemy siedzieć na głowie twojej mamie. Tym bardziej,że rodzinka nam się powiększy.-objął mnie ramieniem,a druga ręką dotknął mojego brzucha. Coraz bardziej zaczynało mi się to podobać.
Staliśmy przez chwilę w bezruchu,aż on podniósł wzrok i powoli mnie pocałował,nie cofając ręki. To było...takie słodkie i romantyczne. Chyba po raz pierwszy w życiu żałowałam,że nie pada śnieg.
-Trzeba będzie podzielić się tą radosną nowiną z resztą świata,nie sądzisz?-spytałam odrywając usta.
-Najpierw musimy to ogłosić w domu-zaprotestował.
-Och,no tak. Zapomniałam-zarumieniłam się. Zupełnie zapomniałam o rodzinie mojego męża.
-Urządzimy kolację-ciągnął obejmując mnie w talii i ruszając dalej.-Zaprosimy wszystkich,żeby powitać cię z powrotem no i przy okazji ogłosimy nowinę.
-Jeju-westchnęłam-Będzie trochę pracy.
-Ja chętnie coś ugotuję-cmoknął mnie w skroń.-Muszę teraz o ciebie dbać. Kiedy masz następną wizytę?
-W przyszłym miesiącu,ale załatwię ją już na Majorce. W życiu nie wrócę do tego frajera!
-Dlaczego?-w jego oczach błysnęło rozbawienie.
-Bo wie kim jestem i ogląda moje mecze.
Roześmiał się i pokręcił głową.
-Nie on jeden.
-Ale ginekolog!To takie...uch.-skrzywiłam się-No,nieważne. Wracajmy do domu,robi się chłodno.


*


Rafael spędził ze mną we Wrocławiu jeszcze trzy dni. Szybko udało mu się załatwić jeszcze jeden bilet i wreszcie mogę wrócić do domu!Ręce przy pakowaniu ubrań mi się trzęsą;tak bardzo chciałabym znaleźć się już w naszym małżeńskim łóżku,zatopić się w ustach mojego męża i najchętniej przeleżeć cały dzień.
-Gotowa?-spytał Rafael kładąc dłonie na moich ramionach,kiedy zapinałam walizkę.
-Jak nigdy-odparłam z uśmiechem.
-Daj,zaniosę je na dół.
Taksówka przyjechała po nas dokładnie o ósmej trzydzieści. Z drżącym sercem wyglądałam przez okno na zawiłą drogę z samego Wrocławia na obrzeża,do lotniska.
W pięknym,nowoczesnym,wyłożonym szarym marmurem terminalu kręciło się sporo ludzi. Mocniej naciągnęłam kaptur białej bluzy Nike wystającej spod różowego bezrękawnika w nadziei na zamaskowanie się. Rafa z kolei,w szarej bluzie i bezrękawniku do kompletu oraz prostych dżinsach wyglądał zupełnie normalnie. Że też ja jak zwykle musiałam wybrać tak jaskrawy kolor!
Po odprawie usiedliśmy w poczekalni przed bramką odlotów,a ja wyciągnęłam z torebki migdały. Rafa spojrzał na mnie pytająco zajmując miejsce obok.
-To na mdłości-wyjaśniłam otwierając paczkę i sypiąc sobie garść na rękę.
Uniósł brwi,ale nic nie powiedział,tylko zajął się swoim telefonem. Zjadłam migdały i położyłam sobie rękę na brzuchu. Szczerze mówiąc obawiałam się nieco lecieć będąc w ciąży. Zastanawiałam się jak to będzie latać z Rafaelem po turniejach. Mirka latała z Rogerem wszędzie i zdaje się,że nie miała żadnych problemów,więc to pewnie kwestia przyzwyczajenia,ale niepokój czai się nieproszony gdzieś w moim sercu.
Wsiadłam do samolotu na drżących nogach. Po części ze szczęścia,po części ze strachu. W samolocie było mało ludzi;tylko w nielicznych rzędach siedziały po trzy osoby,na szczęście ja i mój mąż mogliśmy cieszyć się pełnią prywatności.
Usłyszałam szum uruchamianych silników i po chwili samolot poderwał się do lotu. Wzdrygnęłam się odczuwając nagłą zmianę ciśnienia. Rafael ścisnął lekko moją dłoń.
-Dobrze się czujesz?-spytał z troską.
-Tak,wiesz przecież jak bardzo nie lubię startów-odparłam z uśmiechem. Skinął głową,ale nie spuszczał ze mnie wzroku. Rozluźnił się dopiero,gdy pilot wyrównał lot. Westchnęłam w duchu i zajęłam się czytaniem książki.
Przy lądowaniu było nieco gorzej i przez chwilę miałam wrażenie,że zwymiotuję. Chwyciłam kurczowo fotel przede mną i wzięłam kilka uspakajających oddechów. Już. Jesteś w domu. Raz,dwa,trzy...
Rafael obserwował mnie kątem oka i widziałam,jak zaciska usta w wąską kreskę..
-W porządku?-spytał w końcu gdy odbieraliśmy bagaż.-Zbladłaś.
-Naprawdę?-przełknęłam ślinę-Wszystko dobrze,jestem nieco zmęczona,to wszystko.
Uspokoiłam go nieco tym stwierdzeniem,ale wyraz jego oczu wciąż był nieprzenikniony i troskliwy.
-Kiedy dojedziemy do domu od razu kładziesz się do łóżka-oznajmił stanowczo. Tak stanowczo,że nie odważyłam się polemizować.
Wychodząc na parking przylegający do lotniska,zdjęłam bezrękawnik i bluzę pozostając w T-shircie w marynarskie paski. Nie było upalnie,ale słońce świeciło przez bielutkie chmury okalające niebo napawając wyspę swoim ciepłem. Och,kocham ciepełko!
Dostrzegłam blondynkę stojącą obok bordowego samochodu,którego maska lśniła imponująco w promieniach słońca. Pomachałam jej i szybko ruszyłam w jej stronę.
Maribel odwróciła głowę i wyciągnęła ramiona zamykając mnie w serdecznym uścisku.
-Och,siostrzyczko!-pisnęła kołysząc mną na boki-Tęskniłam za tobą!
-Ja za tobą też!-odparłam odsuwając się. Brązowe oczy,identyczne jak u brata błyszczały,a różowe usta rozciągnęła w uśmiechu.
-To twój nowy samochód?-spytałam zerkając na bordowe cudo.
-Rafa nic ci nie powiedział?-zdziwiła się.
-Nie.
-Och,miała być niespodzianka-westchnęła zdając sobie sprawę z popełnionej gafy.
-Jaka niespodzianka?O czym ty mówisz?
-Sama zapytaj.
Rafael doczłapał do nas objuczony walizkami. Otarł pot z czoła i zmarszczył brwi na widok mojego spojrzenia.
-Rafa,o jakiej niespodziance mówi Maribel?-spytałam nieco ostro.
Rzucił okiem na samochód i posłał siostrze zniecierpliwione spojrzenie.
-Maria,mówiłem żebyś nim nie przyjeżdżała-westchnął.
On mówi do siostry Maria! Chyba naprawdę podpadła.
-Dobra,zanim zaczniecie się wyzywać czy robić coś przystającego dla kłócącego się rodzeństwa,chcę wiedzieć o co chodzi-wtrąciłam przenosząc wzrok to na jedno to na drugie.
-Otóż chodzi o to kochanie-odchrząknął-Że ten samochód należy do ciebie...
-Do mnie?-zamrugałam oczami.
-To KIA,prezent od sponsorów. Uznałem,że będzie też twoim prezentem na powrót do domu-wyjaśnił spuszczając wzrok.
O cholera. Mam własny samochód. I to jaki!
-No jak,podoba ci się?-spytał nieśmiało.
-Jest śliczny-odparłam oglądając auto z każdej strony-Ale...co na to rodzina?I co będą o nas myśleć w Manacor?
Maribel przewróciła oczami.
-A co mają myśleć?Znają nas i wiedzą jacy jesteśmy-wzruszyła ramionami.
-Nie przyjąłbym go,gdyby nie był ci potrzebny własny samochód.-dodał Rafa.
-Przecież nie potrzebuję własnego samochodu. Wystarcza nam jeden.
-Och skarbie,tak będzie wygodniej. Zawsze będziesz mogła go zostawić na tym parkingu kiedy będziesz na innym turnieju niż ja albo...
Uniosłam porozumiewawczo brwi.
-No,może nie teraz-mruknął-Ale za jakiś czas...
-Jasne.-urwałam. Nie chcę,żeby Maribel dowiedziała się o ciąży na parkingu przed lotniskiem.-Cóż,w takim razie dziękuję.
Podeszłam do męża i pocałowałam go w policzek. Jego siostra wręczyła mi kluczyki.
-Proszę. Jest twój.
-Mam prowadzić?-spytałam przerażona. Tak dawno tego nie robiłam.
-Może lepiej będzie jeśli ja to zrobię-wtrącił Rafael sięgając po klucze. Zacisnęłam na nich rękę.
-Nie. Poprowadzę.-oznajmiłam stanowczo.
Kiedy siadałam za kierownicą cała się trzęsłam. Wnętrze było nowoczesne i eleganckie,siedzenia obite szarą tapicerką i czuć było zapach nowości przemieszany ze słodkimi perfumami Maribel. No dobrze,odpal. Umiesz to robić. Znasz drogę. Dasz sobie radę.
Silnik zaburczał i ostrożnie wyjechałam z podjazdu na drogę zaciskając mocniej dłonie na kierownicy. Zdziwiłam się,jak czuły na każdy ruch jest samochód. Przejeżdżając obok Palma Aquarium nabrałam wrażenia,że płynie po jezdni jak jedna z rybek w budynku. Komfort jazdy był namacalny.
-Jest genialny-powiedziałam płynnie wchodząc w zakręt na rondzie.-Jedzie jak marzenie.
-To dobrze-skinął głową Rafael. Wzrok miał nieobecny,miałam wrażenie,że wciąż myśli o moich niedogodnościach podczas lotu. Przełknęłam ślinę wiedząc,że po powrocie czeka mnie co najmniej godzina leżenia do góry brzuchem i obserwowania sufitu.
Westchnęłam cicho wjeżdżając do Manacor. Nic się tu nie zmieniło. To samo senne miasteczko we wschodniej części wyspy gdzie czas zdawał się zatrzymywać. I które zdążyłam pokochać równie mocno jak Wrocław.
Odwieźliśmy Maribel do apartamentowca a sami udaliśmy się do domu. Zmarszczyłam brwi szukając miejsca do zaparkowania.
-Będziesz musiała zaparkować przy chodniku-wzruszył przepraszająco ramionami Rafa-Nie przemyślałem jeszcze wszystkich kwestii związanych z nowym samochodem.
Weszłam do domu i łzy zakręciły mi się w oczach. Ściany w salonie pomalowane na beżowy kolor,ciemne blaty w kuchni i przeszklona szyba dająca widok na taras. Wszędzie tak pusto i cicho.
-Wróciłam-szepnęłam po polsku ukradkiem ocierając łzy.
-Kinga idź na górę się położyć-nakazał Rafael pojawiając się w holu z walizkami.
-Nie jestem zmęczona-skłamałam. Godzina prowadzenia samochodu poprzedzona dwugodzinnym lotem i naturalna senność w ciąży zrobiły swoje,ale czułam,że jestem potrzebna. Sobie,Rafie,temu domowi. Całej wyspie. Tak jakbym chciała odpokutować swoje odejście w każdy możliwy sposób.
-Muszę wypakować walizki,nastawię pranie i...
-Ja się tym zajmę-warknął Rafael patrząc na mnie tą swoją miną kortowej bestii,nie akceptującą sprzeciwu.-Musisz odpoczywać.
-Okej-przewróciłam oczami i nie oglądając się za nim ruszyłam na górę.
Pierwsze co uderzyło mnie w sypialni to duchota panująca w pomieszczeniu. Sapnęłam i prędko uchyliłam dwa okna. Poza tym wszystko było tak,jak zostawiłam. Przeszłam do garderoby i otworzyłam pierwszą szafę. Moje ubrania wciąż tam były-złożone w kostkę i czekające na włożenie. Znów zapiekły mnie oczy.
Położyłam się na wielkim małżeńskim łożu i zamknęłam oczy napawając się spokojem. Ostatni raz uprawiałam na tym łóżku seks,który doprowadził do zajścia w ciążę. Pogładziłam brzuch na wspomnienie tej chwili.
To było takie...nieoczekiwane,zupełnie nie w naszym stylu. Czyste pożądanie eksplodujące za sprawą nagromadzonych emocji. Zachowaliśmy się jak zwierzęta i gdyby nie to,że sprawy nabrały przeciwny obrót,byłabym na siebie zła do końca życia za utratę zimnej krwi.
Otworzyłam oczy gdy do pokoju wszedł Rafael z walizkami. Jego mięśnie seksownie napięły się pod białym T-shirtem i oblizałam usta na ten widok. Marne szanse. Dość dosadnie zmusił mnie do odpoczynku,nie złamie się teraz ani na moment.
Przeszedł do garderoby i wrócił kładąc się obok mnie. Przytuliłam się do niego i zacisnęłam jego ramię wokół brzucha.
-Jak się czujesz?-spytał gładząc z troską moje niesforne loki. Znów pachniał cytrusami i morzem.
-Trochę zmęczona-przyznałam w końcu.
Nie widziałam jego twarzy,ale mogłabym przysiąc,że uśmiechnął się tryumfalnie.
-I ty chciałaś jeszcze robić pranie!-powiedział z naganą w głosie,jakbym zamierzała przebiec maraton.
-Nie mogę siedzieć bezczynnie i zwalać wszystkiego na ciebie-zaprotestowałam.
-Kochanie,musisz się oszczędzać. Zamierzam się teraz tobą opiekować.
O nie,zaczyna się.
-Robisz to codziennie.
-Ale w tej sytuacji szczególnie.-Musnął dłonią mój brzuch i pocałował w szyję.
-Rafaelu nic mi się nie stanie. Odpocznę trochę i zajmę się porządkami.
-Nie trzeba.-wyczuwając mój niespokojny ruch,który miał być protestem dodał:-Ale możemy pojechać na zakupy. W lodówce nie mamy nic oprócz światła i trzeba kupić coś na jutrzejszą kolację.
-Już jutro?-zdziwiłam się.
-A czemu nie?
-Sądziłam,że trochę z tym poczekamy. Do następnej wizyty.
Delikatnie odwrócił mnie twarzą do siebie i cmoknął w usta.
-Skarbie,nie wytrzymam tyle. Jestem taki szczęśliwy,że chcę się podzielić ta radością z całym światem.
-I tak będziesz musiał-zachichotałam.
Roześmiał się ukazując swoje urocze dołeczki. Ależ ja je kocham!
-Kiepskie porównanie-przyznał-Ale proszę,zróbmy to jutro. Już dzisiaj skręcało mnie,żeby powiedzieć Maribel,ale się powstrzymałem. Nie każ mi cierpieć dłużej.
-Dobrze.-oznajmiłam łagodnie.-Dla mnie to bez różnicy.
Leżał chwilę za mną aż w końcu nie wiedzieć kiedy zwyczajnie usnęłam.


Zawsze pisałam tu coś konkretnego,ale dziś zupełnie nie mam weny. Te upały mnie wykańczają. Trzymajcie się!
xoxo

5 komentarzy:

  1. Sielankowo, uroczo, spokojnie... Też właściwie nie wiem, co napisać. Cieszę się ich szczęściem :)
    Jedyne, co mnie dziś zaniepokoiło, to prowadzenie auta przez zmęczoną Kingę, bo brzmiało to jakoś złowieszczo, ale przecież miało już być dobrze, więc szybko mnie uspokoiłaś.
    Trzymaj się w te upały, jakoś przeżyjemy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oho,czyżby wiedźmowe zdolności się uaktywniły? :D

      Usuń
  2. Rafa jest u ciebie takim cudownym, opiekuńczym mężem (i przyszłym tatusiem ;p), ja też takiego chcę w przyszłości :) Ideał, jeśli dodać do tego jego atrakcyjność... ehh, rozmarzyłam się :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak sobie wyobrażam Rafę prywatnie :) Może troszkę udoskonalam,no ale to przecież opowiadanie ;)

      Usuń
  3. Witaj! Jestem tutaj pierwszy raz i nie żałuję. Jak to ja zaczęłam czytać od końca zamiast od początku, ale nie żałuję bo teraz wiem, że jest warto!
    Świetne opowiadanie. :>
    Pozdrawiam!

    wiecznieskrytywwsobie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń